Twój profil? Jeśli uważasz się za prawowitego właściciela tego profilu, to daj nam znać, a będziesz mógł go przejąć.
Przejmij
Default-av

Na razie nie ma wpisów na blogu

Na razie nie ma żadnych znajomych

Na razie nie ma żadnych aktualnych wydarzeń

Na razie nie należy do żadnych grup

wiki artysty

Paweł Kwaśniewski (ur.1963) uprawia performance od 1984 r. Zaprezentował ponad 150 pokazów na wszystkich kontynentach poza Australią i Antarktydą.

-------

Chirurg nie jest performerem. rozmawia Jarosław Lipszyc (Artmix)

brutalny artysta i liryczny biznesmen. Z wykształcenia katolicki fiolozof i psycholog, z zawodu dziennikarz. Performer z krwi i kości.

Który z Twoich performance najbardziej bolał?
Fizycznie czy w głowie?

Fizycznie.
Fizycznie to prawie nic nie boli, przynajmniej w dniu performance. Dzień później owszem. Wszystko łupie. Najbardziej bolało performance wiele lat temu w Amsterdamie - nie dość, że byłem przybity za dredy do ściany, to jeszcze kończąc performance wlazłem na dwie deski z gwoździami i przebiłem nogi na wylot.

Co jeszcze udało ci się zrobić na oczach publiczności?
Właściwie suma blizn przewyższa mój wzrost. Ale to nie jest tak, że się tnę. Moje performances były i są brutalne cielesne, ale krwi w nich mało.

Mało?
Oj, zdarza się. Mam dziesiątki powycinanych centymetrów kwadratowych skóry, czasem walę głową w mur - dosłownie i krew się pojawia. Zdarza się, że w ręce mam wbite kilkanaście igieł chirurgicznych z papierowymi kwiatami, które naciągają krwią w biało-czerwone barwy. Bywało, że siedziałem zakopany pod kilkoma tonami ziemi, słup lejącej się farby rozrywał mi gardło w śpiewie.

Myślisz, że kiedyś uda Ci się dokonać na scenie samospalenia?
A niby po co?

A po co się przypalasz czy tniesz nożem?
Ależ ja się nie przypalam - ja po prostu miałem palce przebite zapalonymi zimnymi ogniami :-). A serio - performance działa na granicach. Czasem warto zobaczyć, dotknąć. Czasem nawet przesunąć te granice. Performance można uprawiać na 3 różnych poziomach. Tylko intelektualnym - wtedy mogę o nim opowiadać. Artystyczno-akcyjnym - wtedy działanie odbywa się wyłącznie w czasie i przestrzeni. Można też performować na poziomie total. Wtedy działanie bez artysty, bez jego ciała, nie ma sensu. Można być i twórcą i tworzywem.

To jest bardziej odpowiedź na pytanie jak, a nie po co.
Performance jest dla sztuki wizualnej trochę jak poezja w literaturze. Są poeci, którzy piszą wiersze liryczne i krajobrazowe. Są tacy, którzy piszą krótko i dosadnie.

Rozumiem, że robiąc sobie krzywdę stawiasz się po stronie tych ostatnich. Mówisz publiczności: "Popatrzcie, to też można zrobić"?
Eee, to przecież nie tak. Ostatnio jak mnie kroili w szpitalu widziałem wszystko na ekranie. A przecież ten chirurg nie był performerem. Myślę, że ból fizyczny ma wartość, także wartość artystyczną.

W dwóch numerach bruLion zajął się Totartem, którego głównym hasłem było właśnie przekraczanie norm: obyczajowych, etycznych, artystycznych. Tekieli udowadniał, że nie można tego robić bezkarnie, że to się zawsze źle kończy.
I miał rację. Totart dawno już nie istnieje, nawet w pamięci sztuki. Może trochę w pamięci ludzi, ale sztuce to było obojętne. Nieobojętne było dla totartowców, którzy w większości przesrali sobie życie. Konio zapowiada imprezy porno, Paulus pije, Sajnóg świruje w Sekcie Niebo...

A jak ty skończysz?
Ja jestem performerem tradycyjnym. Nie zamieniam życia w performance. Uprawiam performance w obszarze sztuki. Mam 39 lat, od dziewietnastu działam, żyję, nieźle funkcjonuję. Mam normalny dom, żonę, dzieciaki.

Czy zdarzyło Ci się, że na Twoim wystąpieniu ktoś zemdlał, porzygał się?
Nie widziałem wymiotów, może rzygali ci, którzy wyszli przed końcem. Ale zdarzyło się, że jeden chłopak zemdlał w czasie realizacji programu telewizyjnego z moim udziałem.

Co robiłeś?
To był dla mnie nowy cykl, nowy etap pracy. Do tego momentu wszystkie moje wystąpienia były wyłącznie formalne, bez żadnego tekstu, żadnej opowieści. Wtedy jednak zdecydowałem się opowiedzieć o historii z Belfastu, którą przeżyłem. Unioniści rozpierdolili rodzinę mieszkającą za moją ścianą. To zdarzenie przełożone na język performance było naprawdę brutalne. I chłopak się przewrócił. Zresztą emisję programu wstrzymano i przełożono na godziny nocne.

Jaką to wartość artystyczną ma ból?
Taką samą jak kolor. Chociaż ból nie zawsze jest czerwienią.

Co chcesz przekazać i komu?
Najfajniejsze jest to, że performance nie pozwala na odpowiedź twórców innych dziedzin sztuki: "robię to dla siebie". Performance bez publiczności nie istnieje. Malować obrazy można dla siebie, pisać do szuflady, a performance'u bez upublicznienia po prostu nie ma. Muszę więc powiedzieć, że performance robię nie tylko dla siebie. Myślę, że każdy, absolutnie każdy człowiek, ma potrzebę twórczości. Tylko we mnie tego nie zabito. Robię to dla tych kilku, kilkunastu lub kilkuset osób, które mają potrzebę zobaczenia mojej wizji o tym jacy będziemy. A będziemy, już jesteśmy, jak wańka-wstańka. Upadek zastąpi zmartwychwstanie. Ból niesie w sobie koniec bólu. Problemy końca mnie interesują, nie mam ich załatwionych. Nie potrafię robić śmiesznych performance, nie potrafię robić sztuki z zabarwieniem erotycznym. Nigdy nie zrobiłem perfo o seksie, o stosunkach miedzyludzkich. Pewno akurat te dziedziny mam załatwione.

Zarzekasz się, że nie mieszasz życia ze sztuką. Tymczasem sprzedajesz kawałki siebie, a potem wypłacasz dywidendy.
Umownie podzieliłem siebie na 10 000 centymetrów kwadratowych. Czyli na metr kwadratowy. Zachowując kontrolę nad sobą zapisałem w akcie, że 51 procent zostaje moje. Resztę mogę sprzedać lub rozdać. Jak akcje na giełdzie. Zresztą miło by było dostać się ze sztuką na Warszawską Giełdę Papierów Wartościowych. Kiedyś w Polsacie na żywo rozmawiałem o tym z prezesem giełdy, Jackiem Sochą, prosząc o radę, jak to zrobić. I chciałem mu podarować 1 cm2. Wyciąłem sobie ten centymetr i mu darowałem, ale nie przyjął, bo by można ten gest potraktować jako łapówkę. Trochę zbladł, ale po programie przyznał, że właściwie mógł się spodziewać wszystkiego, bo ze sztuką jest za pan brat. Jego siostrą jest słynna krakowska animatorka sztuki progresywnej Masza Potocka. I rzeczywiście, tym właścicielom moich centymetrów kwadratowych, którzy się upominają wypłacam dywidendy. Po rozliczeniu podatków wypłacam z moich dochodów netto dziesięciotysięczną za każdy centymetr. Kiedyś był to trochę żart. Dziś zainwestowane 100 zet zwraca się wielokrotnie. A ten projekt ma również przedłużenie. Otóż od lat skupuję po metrze kwadratowym w różnych miejscach świata. Mam ich kilka. To w sytuacji bez wyjścia się przydaje. Zawsze mogę na swoim metrze kwadratowym pokazywać taką sztukę, jaką chcę i cenię. I żaden administrator sztuki mi w tym nie przeszkodzi. Wracając do pytania o mieszanie życia ze sztuką. Nikt nigdy jeszcze brutalnie nie stwierdził, że trzeba być konsekwentnym. Kiedyś w ogóle uważałem, że sztuka służy tylko i wyłącznie sztuce. Że wszelkie opisy realności powinno zostawić się dziennikarzom i literatom. Dziś trochę moja ortodoksja zmiękła.

Mieszasz literaturę z performance...
Nie jestem literatem. Nigdy nim nie byłem. Zawsze miałem blok przed pisaniem. Nawet kiedy wykładałem na różnych uczelniach wykłady nagrywano, żeby potem je spisać i opublikować w semestralnych biuletynach. Potem z głodu zostałem dziennikarzem Gazety Wyborczej. Okazało się, ze pisać też potrafię, nawet duże formy reporterskie. Prawie dwa lata temu zacząłem eksperyment literacki w internecie. To fantastyczny sprawdzian. W performance ludzie przychodzą na moje spektakle także powodowani szeptanką, że Kwach znowu się potnie. Tak jak oglądają skoki narciarskie głównie czekając, aż się któryś wypierdoli na zeskoku. A w sieci byłem kompletnie anonimowy. Zacząłem pisać na www.nlog.pl niespójną bajkę o Jose Rodriguezie Montoya. Nikt nie wiedział, że 2lazy2die, autor, to właśnie ja. I bajka o Jose zaczęła pracować na siebie, zaczęła zdobywać czytelników, bez reklamy i marketingu. Do dziś przeczytało ją kilkadziesiąt tysięcy ludzi. To miłe, bo bez znajomości. W pewnym momencie postanowiłem połączyć obie aktywności i ostatnio moje performance to mniej lub więcej wizualizacje bajki o Jose lub książka o Jose to zapis performace.

Czy robienie sobie krzywdy nie stało się dla ciebie swoistym wytrychem, nadawaniem ciągle tego samego komunikatu, który multiplikujesz na kolejnych zagramanicznych konwentach?
Nie robię sobie krzywdy. Krew na dłoni nie jest krzywdą. Roman Opałka od dziesiątków lat nadaje ten sam komunikat i nikt nie zarzuca mu multiplikacji. A wręcz przeciwnie wszyscy są zachwyceni, że taki konsekwentny. A ja rzygam konsekwencją. Performance jest pracą nad koniecznością. Można w performance zrobić wszystko, nawet wystawić swoja śpiewającą babcię. Pytanie, czy to konieczne. Jeśli tak, to proszę bardzo. Ja akurat poruszam się często w obszarze, w którym konieczny jest ból. I nie mam czasu iść na skróty.

Można cię zapytać o pierwszy milion?
Nie mam miliona na koncie. Nie potrafię uzbierać, zawsze w coś tę kasę właduję. W jakiś nowy projekt. Ale mogę uczciwie powiedzieć, że wartość firm, które mam i którymi zarządzam dawno już przekroczyła ten milion. Fajne jest to, że budujemy "system obok". Pierwszą firmę założyłem za 30 zetów. I do dziś nie wzięliśmy nawet zet kredytu. Wszystko budujemy krok po kroku, wyłącznie z zysku. I mamy w dupie oficjalne systemy. Może bylibyśmy dziś dużo dalej, ale przynajmniej wiem, że jest stabilnie, a ludzie, z którymi razem pracuję, mają co jeść o czasie.

Czy pieniądz jest forma opresji?
Tak. Od lat pracuję na to by kasa nie przeszkadzała mi w uprawianiu sztuki. Stąd biznes, który prowadzę. Dziś stać mnie na to by jeździć po świecie i robić spektakle. Czasem płacą, czasem nie, ale nie muszę wybierać miejsc, które mi przyniosą żółty ser dla dzieci. To miłe.

Dobrze zrobiony biznes może być dziełem sztuki?
Dobrze zrobiony biznes będzie tylko dobrze zrobionym biznesem. A dzieło sztuki ma to kompletnie w dupie.

  • Jeszcze nikt nie napisał o tym użytkowniku. Możesz być pierwszy.

powiązania: strony wiki

powiązania: wpisy

    

komentarze

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz