Disparates i "Fafaberie", czyli duchowa schizofrenia



Kijak_0094 Magda Kotowska (22.02.2010 14:17)
Disparates - Fafaberie

Co zawiera w sobie Disparates? Życiową niepowagę, beztroskę, ale też intelektualną rozpustę, werbalne rozpasanie i soczyście dźwiękową biesiadę. Okazuje się, że hiszpańskiego pochodzenia disparates (wygłupy) sprawdzają się świetnie na polskim gruncie, naznaczonym energetyzującym folkiem, zakrapianym instrumentalną whisky i przepalonym aromatycznym haszykiem.




„Fafaberie” to debiutancki krążek Disparates – paraklezmerskiego, toruńskiego bandu pod batutą wagabundy - Bartłomieja Kulika. Owocem duchowej schizofrenii tego hedonistycznego dyrygenta jest bardzo bogata warstwa tekstylna – osobne historyjki zabierają do europejskich mordowni i wyuzdanych knajpek, sprowadzając na dno cielesnej rozpusty, by posmakować życia w jego epikurejskich przejawach. Biesiadne dźwięki burzą krew młodego bytu spragnionego pełni doznań i degustacji ziemskich atrybutów mydlących zmysły fatamorganą chwilowej szczęśliwości.

Słuchać tej płyty to obcować w ciemnej, zadymionej zakapiorce, z kobietami – kusicielkami w poszarpanych pończochach, z kolejką wódko-winno-chmielnych degeneratów, przy brudnym tangu wydobywającym się z przaśnego akordeonu i eterycznej trąbki. Tyle o doznaniach towarzyszących odtwarzaniu płyty.
Zaplecze muzyczne Disparates jest podenergetyzowane tak samo jak teksty obieżyświata Kulika. Akordeonowi i trąbce towarzyszą waltornia, perkusja, kontrabas i gitara – trudno o lepsze tło dla hedonistycznych opowiastek o przybrukowych dokonaniach nieświętych tego świata.

A po co nam takie muzyczne wygłupy? Dosadną pointą jest deklaracja samego Bartłomieja Kulika: „ambicją mą nie spektakl – lecz zabawa piórem w sercu mego piekła” – takiej, trochę szatańskiej, dźwiękowej marynaty po tej płycie się spodziewajcie.

Disparates "Fafaberie"
Lou&Rocked Boys, Rockers Publishing

Komentuj