19 luty - czyli wielki come back Comy
Pierwotnie miałam w planach udać się tylko na pierwszy koncert. Do drugiego zachęcił mnie support w postaci Jelonka i plan by zrobić analizę porównawczą dwóch koncertowych dni. Niestety choć, no i Bóg mi tu świadkiem, prężę się i wyginam by dostrzec do jakichś pozytywów pierwszego koncertu, znaleźć nic nie mogę. Pomijając gorszą formę chłopaków i kiepsko dobraną setlistę, nawet publiczność w tym dniu nie dopisała. Niech więc 18 luty pójdzie w niepamięć...
Podwójne koncerty w warszawskiej Stodole stają się ostatnimi czasy coraz powszechniejsze. Miasto stołeczne obfituje przecież w największą liczbę fanów na metr kwadratowy. Na plakaty zachęcające do obecności na koncercie 19 lutego w Stodole można się było natknąć nawet w najbardziej zabitych dziurach miasta. Te ścierające ze sobą pozytywy i negatywy afisze dostrzegę nawet w środku nocy, w stanie pozostawiającym sobie wiele do życzenia i z zawiązanymi oczami.
Nadszedł dzień zero. Do klubu poszłam dość wcześnie by móc stosownie wpasować się w klimat wieczoru i nie ominąć supportu. No jak nigdy nie interesują mnie zespoły poprzedzające gwiazdę wieczoru, tak tym razem jako wielkiej fanki Jelonka nie mogło mnie tam zabraknąć. Zaserwowali nam fantastyczny kontakt z publicznością i muzykę, która wpływała przez uszy, zataczała pętlę w głowie i lądowała w żołądku. Czuć ją było wyśmienicie.
Przyszła pora na Comę. W obawie przed powieleniem przez nich konceptu dnia poprzedniego, nie byłam przygotowana na wiele z ich strony.
Panowie weszli na scenę. Pierwsze riffy i moje wielkie 'przepraszam' w ich kierunku. Powtarzałam to przez cały wieczór, jednocześnie dziękując sama sobie, że zdecydowałam się na powtórkę. Już pierwszy kawałek w postaci "Zaprzepaszczonych sił..." rozłożył mnie na łopatki. Poczułam dokładnie to samo, co czułam podczas promocji krążka pod tym samym tytułem. Myślałam, że dawna Coma już nie wróci. Przekonałam się wówczas jak bardzo się pomyliłam. Mogłabym opisywać w nieskończoność jakie uczucia towarzyszyły mi podczas każdej kolejnej piosenki...
Tak ważne trzymanie dla mnie fasonu poszło w niepamięć, górę nad rozsądkiem zdominowały uczucia. Co jak co ale klimat potrafią stworzyć fantastyczny.
W setliście znalazło się wszystko czego mógł oczekiwać wieloletni fan tego zespołu,z wyjątkiem 100 tysięcy jednakowych miast, ale sam wokalista powiedział: Nie możemy zagrać wszystkiego.
Po poprzednich koncertach nie sądziłam już, że stać ich na tak wiele. Na to "coś", dzięki czemu zwróciłam na nich uwagę kilka lat temu. Podczas koncertu w głowie krążyło mi: proszę, jeszcze nie kończcie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę, słyszę i czuję. Zupełnie jak bym miała te 4 lata mniej i jako wielce zbuntowana nastolatka znajdowała się w środku największego pogo. Każdy przeżywa muzykę na swój sposób, z biegiem lat wszystko potrafi się diametralnie zmienić. Myślałam, że oni również.
Na tym koncercie przekonałam się, że jednak niekoniecznie, że są nadal tymi samymi facetami. Facetami potrafiącymi tak bardzo oczarować muzyką, którą tworzą z pasją i oddaniem. Zarówno jako rodzina i jako piątka zupełnie oddzielnych artystów. Niewiarygodnie głupio mi, że w to zwątpiłam.
Panowie, dziękuję!
Podwójne koncerty w warszawskiej Stodole stają się ostatnimi czasy coraz powszechniejsze. Miasto stołeczne obfituje przecież w największą liczbę fanów na metr kwadratowy. Na plakaty zachęcające do obecności na koncercie 19 lutego w Stodole można się było natknąć nawet w najbardziej zabitych dziurach miasta. Te ścierające ze sobą pozytywy i negatywy afisze dostrzegę nawet w środku nocy, w stanie pozostawiającym sobie wiele do życzenia i z zawiązanymi oczami.
Nadszedł dzień zero. Do klubu poszłam dość wcześnie by móc stosownie wpasować się w klimat wieczoru i nie ominąć supportu. No jak nigdy nie interesują mnie zespoły poprzedzające gwiazdę wieczoru, tak tym razem jako wielkiej fanki Jelonka nie mogło mnie tam zabraknąć. Zaserwowali nam fantastyczny kontakt z publicznością i muzykę, która wpływała przez uszy, zataczała pętlę w głowie i lądowała w żołądku. Czuć ją było wyśmienicie.
Przyszła pora na Comę. W obawie przed powieleniem przez nich konceptu dnia poprzedniego, nie byłam przygotowana na wiele z ich strony.
Panowie weszli na scenę. Pierwsze riffy i moje wielkie 'przepraszam' w ich kierunku. Powtarzałam to przez cały wieczór, jednocześnie dziękując sama sobie, że zdecydowałam się na powtórkę. Już pierwszy kawałek w postaci "Zaprzepaszczonych sił..." rozłożył mnie na łopatki. Poczułam dokładnie to samo, co czułam podczas promocji krążka pod tym samym tytułem. Myślałam, że dawna Coma już nie wróci. Przekonałam się wówczas jak bardzo się pomyliłam. Mogłabym opisywać w nieskończoność jakie uczucia towarzyszyły mi podczas każdej kolejnej piosenki...
Tak ważne trzymanie dla mnie fasonu poszło w niepamięć, górę nad rozsądkiem zdominowały uczucia. Co jak co ale klimat potrafią stworzyć fantastyczny.
W setliście znalazło się wszystko czego mógł oczekiwać wieloletni fan tego zespołu,z wyjątkiem 100 tysięcy jednakowych miast, ale sam wokalista powiedział: Nie możemy zagrać wszystkiego.
Po poprzednich koncertach nie sądziłam już, że stać ich na tak wiele. Na to "coś", dzięki czemu zwróciłam na nich uwagę kilka lat temu. Podczas koncertu w głowie krążyło mi: proszę, jeszcze nie kończcie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę, słyszę i czuję. Zupełnie jak bym miała te 4 lata mniej i jako wielce zbuntowana nastolatka znajdowała się w środku największego pogo. Każdy przeżywa muzykę na swój sposób, z biegiem lat wszystko potrafi się diametralnie zmienić. Myślałam, że oni również.
Na tym koncercie przekonałam się, że jednak niekoniecznie, że są nadal tymi samymi facetami. Facetami potrafiącymi tak bardzo oczarować muzyką, którą tworzą z pasją i oddaniem. Zarówno jako rodzina i jako piątka zupełnie oddzielnych artystów. Niewiarygodnie głupio mi, że w to zwątpiłam.
Panowie, dziękuję!








