"Czefurzy raus" Gorana Voinovića



Default-av-2 Magdalena Szyszka (27.02.2010 17:23)


Czefurzy raus!” to powieść pełna gniewu, żalu i pretensji do wszystkich, choć często nie wiadomo właściwie do kogo. To historia o poszukiwaniu siebie i swojego
miejsca w świecie, o życiu, które od samego początku wydaje się być przegrane.

Bohater - 17-letni Marko Dordić jest z pochodzenia Bośniakiem, mieszka jednak wraz z rodzicami w Lublanie, na ogromnym blokowisku Fuziny. Marko jest czefurem,
czyli przybyszem z innego kraju dawnej Jugosławii. W związku z tym nigdy i nigdzie nie czuje się naprawdę u siebie i nie potrafi się z niczym ani z nikim
utożsamić. Obserwuje świat, w którym żyje. Swoich rodziców, którzy dawno już chyba zapomnieli, po co założyli rodzinę i czego szukali w Lublanie, swoich
kolegów staczających się wciąż w dół. Czasami wydaje się być jednym z nich, gniewnym, przegranym, nieszczęśliwym, ale butnym czefurem. Czasem jednak jego
osąd sytuacji jest bardzo trzeźwy, a emocje jak najbardziej zrozumiałe. Momentami z tego hardego czefura wyłania się po prostu bardzo skrzywdzone dziecko,
które wzywa pomocy jak potrafi najgłośniej, ale to i tak zbyt cicho, by ktokolwiek usłyszał.

Marko denerwuje się, że nie ma nawet swojego klubu piłkarskiego, bo z żadną z drużyn nie czuje się związany. Boli go, że czefurskie dzieci w szkole zawsze
siedzą w ostatnich ławkach, że czefurów powszechnie uważa się za podejrzanych itd. Z jednej strony bije z niego wielka duma i buta. Z drugiej jednak ten
chłopiec po prostu nie wie, kim jest, a jakoś nikt nie chce mu tego powiedzieć. A może po prostu nikt z dorosłych także tego nie wie? Znamienne, że tak
go bardzo boli, iż w pobliskiej restauracji kelnerka z góry podejrzewa, że chłopcy uciekną nie płacąc za obiad. Oczywiście to uczynili i dokładnie taki
był od początku ich zamiar, a jednak zdaniem Marka, kelnerka o tym nie wiedziała, więc jak mogła tak myśleć, jak mogła tak podejrzliwie na nich spoglądać,
Czy to tylko dlatego, że są czefurami? A może ten podejrzliwy wzrok to tylko wytwór wyobraźni, bo takich właśnie postaw wobec siebie chłopcy na co dzień
oczekują i wszędzie się ich doszukują?

Czy gdyby Marko wrócił do swojej Bośni, o której często wspomina z niejakim sentymentem, byłoby mu lepiej? Problem w tym, że nie, bo w Bośni on już jest
janezem, czyli przybyszem ze Słowenii. Znowu więc kiedy tam wraca, nie jest swoim, znowu staje się przybyszem z zewnątrz, a więc obcym.

Ta książka to też trudna i bolesna historia rodzinna. Opowieść o domowym piekle, w którym wcale nie musi być przemocy i alkoholu, by było strasznie. Rodzice
nie potrafią znaleźć wspólnego języka nie tylko z synem, ale również ze sobą nawzajem. Dlatego chłopak tak nie cierpi niedziel. Wtedy Ranka i Radowan są
obydwoje w domu i od rana się kłócą. Chłopiec sam nam w pewnym momencie jasno mówi, czego mu brakuje w rodzinnym domu: „Trochę miłości, uwagi, zrozumienia
i..." Gdyby oni tylko chcieli tego słuchać.

Marko żyje przecież w świecie, który stworzyli dorośli. Ma realizować ich niespełnione aspiracje, chce być kimś, ale nie wie kim jest, bo nikt mu nigdy
nie powiedział, jak w tym świecie być po prostu sobą. Kumple spod bloku też tego nie wiedzą, też zapewne chcieliby wiedzieć. Zamiast tego wychodzą z nich
coraz to nowe kompleksy, kłopoty z poczuciem własnej wartości, przekonanie o własnej niższości i wyższości zarazem, chęć udowadniania czegoś sobie, innym,
całemu światu. Skoro nie wychodzi pokazanie, że się potrafi coś sensownego zbudować, może by tak udowodnić chociaż, że się potrafi coś naprawdę zniszczyć,
kogoś skrzywdzić, ściągnąć na siebie jeszcze większe kłopoty?

Mogłoby się pozornie wydawać, że Goran Voinović opisał tu po prostu historię biednych imigrantów w niedobrej Słowenii. Tak naprawdę jednak powieść ta ma
dużo głębszy wymiar. W każdym niemal mieście jest przecież jakaś mniejszość, niekoniecznie narodowa. Wszędzie są wielkie blokowiska i grupy tych, których
podejrzewa się zawsze z góry o najgorsze zamiary, a oni sami tkwią w świecie, który zastali i z którego nie potrafią się wyrwać, bo nie znają niczego innego,
bo nikt im nie pokazał, jak można inaczej, jak coś budować, zamiast ciągle niszczyć, jak się uśmiechać, zamiast kipieć gniewem i złością.

Traktując rzecz jeszcze bardziej symbolicznie można by powiedzieć, że takim czefurem mógłby być dokładnie każdy z nas, niezależnie od pochodzenia i miejsca,
w którym mieszka. Problem tkwi bowiem w poczuciu alienacji i niezrozumienia. Zawsze najłatwiej zrzucić na innych winę za całe zło, jakie nas spotyka. Przecież
bohater wałkuje swój żal i gniew na tysiące sposobów, podsyca go i wciąż nim żyje, zamiast spróbować coś naprawdę zmienić i chociażby skończyć szkołę.
Sam autor tej powieści również jest czefurem. Nie został jednak kryminalistą, nie utkwił na dobre w jakichś schematach i w poczuciu bezsilności, dlatego
właśnie powstała ta książka i dlatego warto się czasem zastanowić, co sami możemy zmienić w sobie i wokół siebie, by było nam lepiej, a nie obwiniać za
wszystko innych ludzi i cały otaczający świat. W ten sposób nie wyrwiemy się z niego nigdy i nigdy niczego w swoim życiu nie zmienimy.

Powieść jest pisana barwnym, żywym językiem. Wrażliwych uprzedzam, że jest pełna wulgaryzmów, ale są tu one jak najbardziej na miejscu. To język zbuntowanej
młodzieży, która czuje się zepchnięta na margines, język gniewu i bezsilności. Dzięki temu wszystko jest tu bardzo wiarygodne i prawdziwe. Bardzo tę powieść
polecam, nie tylko zbuntowanym mieszkańcom wielkich blokowisk, naprawdę daje do myślenia.

Wydawnictwo Międzymorze, 2010

Komentuj