Lao Che w Palladium (fotorelacja)



Ja Paweł Kociszewski (07.03.2010 12:22)


W chłodny marcowy wieczór 6 marca 2010 stolicę rozgrzewało Palladium, gdzie przybyli najwięksi fani zespołu LAO CHE.

O godzinie 19:00 klub przy ulicy Złotej 9 był wypełniony. Gdzieniegdzie można było zobaczyć na koszulkach napisy Radio Bagdad, które było suportem w tym dniu. Reszta to wierni fani Spiętego i spółki.


Koncert zaczął jednak z kilkuminutowym opóźnieniem drugi z suportów tego wieczoru – Bajzel. To człowiek–orkiestra, który jest w zespole sam. Gra na gitarze, zapętla ją i dodaje sample perkusyjne. Całość twórczości można określić jako mieszanka rocka alternatywnego z odrobiną elektroniki. Publiczność może nie szalała podczas jego występu, ale z ciekawością wsłuchiwała się w coraz to dziwniejsze i bardziej ekspresywne dźwięki. Dla mnie Bajzel był niemałym zaskoczeniem, ponieważ znając jego płytę, ale nie będąc na żadnym koncercie spodziewałem się czegoś innego. To jednak pozytywne odczucie. Bajzel zdzierał gardło i dawał z siebie wszystko grając na gitarze i w tym samym czasie obsługując Sammler stopami. Był przy tym zabawny i sprawdził się doskonale jako „rozgrzewacz” publiczności. Dostał wielkie brawa – moim zdaniem zasłużone.



Po chwili przerwy i zmiany sprzętu na scenę wyszli znani już warszawiakom (chociażby po koncercie w Kamieniołomach) gdańszczanie. Radio Bagdad skłaniające się ku punk rockowemu graniu promowało swoją najnowszą płytę „Kupując czerń”. Na sali znalazło się sporo ich fanów. Śpiewali razem z Sielakiem „A ja nie”, „Kupując czerń”, „Magistra”, czy „Czas naszych czasów”. Pojawiło się nawet gdzieś w pierwszych rzędach pod barierkami małe pogo. Widać było, że ludzie świetnie się bawili. Zresztą nie tylko oni, bo radość z grania czerpał również sam zespół. Radio ma od jakiegoś czasu nowego perkusistę. Po pięciu latach wspólnego grania rozstali się z Majonesem – moim zdaniem bardzo dobrym pałkerem – a na jego miejscu zasiadł Przemo. Sam zespół podkreśla, że jest to tymczasowe i okaże się czy zostanie on na stałe perkusistą Radia Bagdad. W moim przekonaniu Przemo nie jest tak wyrazisty i wyszkolony technicznie jak Majones. Szkoda, że zmiana poszła w tym złym kierunku. Nie mówię, że „Nowy” nie dawał sobie rady, bo był dobry i zagrał wszystko prawidłowo, ale nie ma tej mocy i umiejętności co poprzedni. No i jak mi kiedyś powiedział Sielak: „Na Majonesa to dziewczyny lecą podobno… ale ja tego nie widze.” – ale wiem, że leciały. I to bardzo leciały. Ciekawe jak sobie poradzi Przemo na dalszych koncertach.







Wreszcie przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Lao Che zaczęło kilka, może kilkanaście minut przed godziną 21:00 utworem z nowej płyty „Prąd stały/Prąd zmienny” o nazwie „Historia stworzenia świata”. Było to raczej spokojne rozplączecie koncertu. Spiętego pierwszy raz zobaczyłem śpiewającego bez zawieszonej na nim gitary. Ale jak się później przekonałem, w większości kawałków z najnowszego krążka wokalista jest tylko wokalistą. Sporadycznie wspomaga Krojca, raczej skupia się na samym śpiewaniu. Zespół podczas koncertu mieszał utwory z różnych płyt. Usłyszeliśmy „Godzinę W” i „1939 / Przed burzą”, oraz na bis „Stare Miasto”, wszystko z „Powstania Warszawskiego”, natomiast z krążka „Gospel” pojawiło się „Hydropiekłowstąpienie”, „Czarne kowoje” i „Drogi Panie”. Najnowsza płyta zagrana została w całości – bez wyjątku. Można było odnieść wrażenie, że jest ona nagrana dla słuchania, a nie do skakania. Praktycznie wszystkie utwory na „Gospel” są zdolne rozpocząć wielkie pogo i doprowadzić do wielu obrażeń, zarówno słuchowych, jak i fizycznych. Jest genialna na koncerty. „Powstanie” natomiast budzi w publiczności patriotyzm i na koncertach wyzwala w niej wielkie emocje, które owocują krzykami i wspólnym śpiewem razem ze Spiętym. Ale „Prąd stały/Prąd zmienny” jest krążkiem innym. Słuchając go w domu można się wczuć, posłuchać genialnych jak zawsze słów i połechtać uszy wspaniałą muzyką. Na koncertach tylko niektóre kawałki są zdolne do naprawdę mocnego rozruszania tłumów. Zazwyczaj przyjmowane są spokojnie i czasami tylko można zauważyć wyrwane ręce i obolałe głowy w pogo. Lao Che widać, że na scenie się świetnie bawiło. Spięty uśmiechał się i wypluwał prawie płuca chcąc dać publiczności jak najwięcej.









Nie ulega wątpliwości, że całe wydarzenie pozostanie długo pamiętane. Dwa niesamowite supporty, oraz gwiazda tego wieczoru zbudowały wspaniałe zdarzenie muzyczne. Były to koncerty bardzo dobre, obfitujące w niesamowitą muzykę, świetne teksty i rozgrzaną do czerwoności publiczność. Palladium zawsze stara się o dobre koncerty i tym razem również się nie zawiodłem. Myślę, że nie tylko ja. Po minach i komentarzach ludzi wychodzących z sali wiedziałem, że była to doskonała zabawa. Około trzech godzin dobrej muzyki zrobiło z ludzi śmierdzącą potem plamę. Ale tak powinno być, bo to oznaka, że muzyce dali z siebie wszystko i wszyscy są zadowoleni. Podsumuję dwoma słowami: NIESAMOWITE WIDOWISKO!

Komentarze

Default-av-2 s_amael (08.03.2010 08:33)
Z Gospel było jeszcze Bóg zapłać i to jako pierwsze z tej płyty
A koncert miodzio - mój pierwszy Lao Che i na pewno nie ostatni
Default-av-2 s_amael (08.03.2010 12:12)
i jeżeli dobrze pamiętam to lecieli jeszcze Chłopacy z Gospel
Default-av-2 dots (07.03.2010 16:50)
Koncert był fantastyczny! :))
Z nowej płyty zabrakło dwóch utworów (Dłonie & Zima Stulecia)...
Przemieszanie Gospel, PW i PS/PZ dało nieziemski efekt!
Najlepszy koncert, na jakim byłam w tym roku! :)))
Lao Che jest absolutnie genialną kapelą!
Ja Paweł Kociszewski (07.03.2010 19:40)
Wydawało mi się, że zagrali całą nową płytkę. Moje przeoczenie ;)
A koncert rzeczywiście genialny!

Komentuj