Kim był Albert Einstein?



Literatura_logo Redakcja działu Literatura (17.03.2010 14:46)


17 marca 2010 nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazuje się biografia "Einstein. Jego życie, jego wszechświat" autorstwa Waltera Isaacsona.

Wiemy, kim był Albert Einstein. Znamy - przynajmniej pobieżnie - listę jego najważniejszych dokonań, łącznie z najsłynniejszym wzorem świata, pamiętamy o nagrodzie Nobla, a także bez trudu przywołujemy z pamięci wizerunek uśmiechniętego mężczyzny z bujną, niesforną czupryną.

Niezwykłość biografii Isaacsona polega nie tylko na tym, że dzięki niej uświadamiamy sobie, jak mało w gruncie rzeczy wiemy. I nie tylko na tym, że weryfikuje obiegowe opinie, jak choćby tę o Einsteinie niemiłosiernie ponoć rzępolącym na skrzypcach.

Książka Waltera Isaacsona jest wyjątkowa, ponieważ jasno pokazuje, w jaki sposób Albert Einstein został wielkim Einsteinem. Bynajmniej nie było mu to przeznaczone. W trudnych i zniechęcających początkach kariery mógł równie dobrze obrać inną drogę; zostać dyrektorem urzędu patentowego w Bernie lub znakomitym konstruktorem nowatorskich urządzeń elektrycznych.

Pomysłowość, upór, pracowitość, wielka wiedza i niespożyta energia - te cechy sprawiły, że wbrew wszelkim przeciwnościom (również takim jak żydowskie pochodzenie) Einstein dostał się do panteonu naukowych sław wszechczasów. Isaacson opisuje nie tylko życie swojego bohatera; wiele miejsca poświęca też jego naukowej działalności, przystępnie tłumacząc zawiłości jego teorii, a także na każdym kroku podkreśla, czego przede wszystkim powinniśmy uczyć się od Einsteina.

Opinie:

Isaacson skupia się na Einsteinie - człowieku: charyzmatycznym i pełnym namiętności, który często niedbale podchodził do spraw osobistych, nie przepraszał za swoje poglądy i mówił bez ogródek, że nikt nie powinien być zmuszany do poświęcania osobistej wolności na ołtarzu ojczyzny.
„The Publishers Weekly"

W dociekliwej biografii Einsteina, Isaacson objaśnia temperament nonkonformisty i filozofa, wyjątkową naturę jego geniuszu, a wszystko to osadza w bogatym kontekście społecznym. Wyjaśnia też „zadziwiające, tajemnicze i zaskakujące" osiągnięcia naukowe Einsteina i ich doniosłe konsekwencje.
„The Booklist"

Znakomita, klarowna biografia Einsteina.
„Vanity Fair"



Fragment:

Drugie małżeństwo Einsteina różniło się od pierwszego. Nie było w nim romantyzmu ani płomiennych uczuć. Od początku małżonkowie mieli oddzielne sypialnie ulokowane w dwóch końcach przestronnego apartamentu w Berlinie. Nie było też między nimi wspólnoty zainteresowań intelektualnych. Jak później przyznała Elsa, „zrozumienie teorii względności nie było mi potrzebne do szczęścia".
Z drugiej strony miała talenty praktyczne, których często brakowało jej mężowi. Mówiła dobrze po francusku i angielsku, co pozwalało jej występować jako tłumaczka i menedżerka Einsteina podczas wspólnych podróży. „Nie mam wielu uzdolnień, może z wyjątkiem talentu do bycia żoną i matką. Co do matematyki, to korzystam z niej jedynie przy sprawdzaniu domowych rachunków".
Wyznanie to świadczy o skromności Elsy, ale nie oddaje całej prawdy. Pełnienie roli żony - a zarazem matki - Einsteina, a także zarządzanie rodzinnymi finansami i domem nie było z pewnością łatwe. Jej jednak udawało się odgrywać tę rolę z wyczuciem i ciepłem. Choć czasami ujawniała różne pretensje, to ogólnie rzecz biorąc, miała niewymuszony sposób bycia i potrafiła spojrzeć na siebie z dystansem, co korzystnie wpływało na Alberta, który wykazywał podobne cechy charakteru.
Ich małżeństwo było w istocie solidną symbiozą, służąc, na ogół adekwatnie, obojgu małżonków. Elsa była kobietą energiczną i skuteczną w działaniu, gotową wspierać męża i chronić go. Podobało jej się, że jest taki sławny, i nie próbowała tego ukrywać. Doceniała też pozycję społeczną, jaką jej dawał, choć musiała czasami przeganiać dziennikarzy, którzy zbyt natarczywie próbowali naruszać ich prywatność.
On zaś lubił, kiedy się nim opiekowała. Mówiła mu, co ma jeść i dokąd ma pójść. Pakowała jego walizki i wydzielała kieszonkowe. W sytuacjach oficjalnych chroniła go, jak mogła, mówiąc o mężu: „profesor" lub po prostu: „Einstein".
Taki układ pozwalał uczonemu bujać w obłokach i rozmyślać raczej o kosmosie niż o sprawach przyziemnych. „Bóg dał mu tyle wewnętrznego piękna, a ja uważam go za cudownego człowieka, choć życie u jego boku bywa czasami trudne i nerwowe" - powiedziała kiedyś Elsa.
Gdy Einstein znajdował się akurat w okresie intensywnej pracy - a były to sytuacje częste - Elsa „rozumiała potrzebę odsuwania od niego wszystkiego, co mogłoby mu przeszkadzać", jak wspominał jeden z krewnych. Gotowała mężowi ulubione potrawy, na przykład zupę z soczewicy oraz kiełbaski, wołała go na obiad, a potem zostawiała samego, uczony zaś zjadał machinalnie swój posiłek. Ale kiedy marudził, przypominała mu, jak ważne jest dla niego właściwe odżywianie. „Ludzkość ma całe stulecia na różne odkrycia, ale twój żołądek nie może czekać".
Po spojrzeniu męża rozpoznawała, kiedy „zagłębiał się w jakimś problemie". Wiedziała, że nie wolno mu wtedy przeszkadzać. Einstein spacerował wówczas po swojej pracowni, a żona posyłała mu tam jedzenie. A kiedy następowała chwila rozluźnienia, schodził na posiłek, a czasami wychodził też na spacer z Elsą i jej córkami. One same nigdy mu tego nie proponowały. „To on musi poprosić - relacjonowała pewna gazeta po wywiadzie z Elsą. - A kiedy zaprosi je na spacer, to wiadomo, że jego umysł zrobił sobie wolne od pracy".
[...]


Teoria Einsteina rozpaliła umysły ludzi zmęczonych wojną i złaknionych jakiegoś triumfu ducha. W rok po zakończeniu morderczych zmagań ogłoszono, że hipoteza niemieckiego Żyda została potwierdzona przez angielskiego kwakra. „Naukowcy z dwóch zwaśnionych narodów znów współpracują ze sobą! - zachwycał się fizyk Leopold Infeld. - To wygląda na początek nowej ery".
Londyński „The Times" doniósł 7 listopada 1919 roku, że delegacja pokonanych Niemiec została wezwana do Paryża, by przyjąć brytyjsko-francuskie warunki układu pokojowego. W tym samym numerze zamieszczono inny artykuł pod wielkim nagłówkiem: „Rewolucja w nauce / Nowa teoria wszechświata / Newtonowskie idee obalone".
Niżej gazeta ogłaszała: „Naukowa wizja tkanki wszechświata musi się zmienić". Świeżo potwierdzona teoria Einsteina „wymaga nowej filozofii kosmosu, filozofii, która zmiecie niemal wszystko, co było uznawane do tej pory".
Dwa dni później ze swoją sensacją wystartował „New York Times". Nie posiadając w Londynie korespondenta naukowego, amerykańska gazeta zleciła temat swojemu ekspertowi od golfa, Henry'emu Crouchowi. Ten początkowo nie miał wcale ochoty wybierać się na posiedzenie Royal Society, ale później, zmuszony przez redakcję, zmienił zdanie, jednak na salę już się nie dostał. Zadzwonił więc do Eddingtona z prośbą o streszczenie tego, co się tam działo. Wysłuchał relacji, ale niewiele zrozumiał. Spytał więc astronoma, czy mógłby powtórzyć wszystko jeszcze raz, ale „prostszymi słowami".
Może to z powodu siły przekonywania Eddingtona, a może samego Croucha ogarnął niezwykły entuzjazm, dość że Amerykanie mogli się dowiedzieć, iż teoria Einsteina „to jedno z największych, a może i największe osiągnięcie w historii myśli ludzkiej". Jednakże ocenę tę poprzedzono bardziej umiarkowanym nagłówkiem:

Zaćmienie Słońca ujawniło odchylenie grawitacyjne
Zakrzywienie promieni światła zatrzęsło prawami Newtona

Następnego dnia redakcja „New York Timesa" uznała, że jej doniesienie nie było wystarczająco gorące. Zamieściła zatem artykuł utrzymany w jeszcze bardziej sensacyjnym tonie. Poprzedziła go serią nagłówków, które przeszły do klasyki gatunku:

Wszystkie gwiazdy świecą krzywo
Ludzie nauki zelektryzowani rezultatami obserwacji zaćmienia
Teoria Einsteina triumfuje
Gwiazdy nie są tam, gdzie je widać, ani tam, gdzie je lokowano
Ale nie ma się czego bać
Książka dla dwunastu mądrych ludzi
Na całym świecie nie ma więcej czytelników, którzy mogliby ją zrozumieć - powiedział Einstein swojemu wydawcy, Daring Publishers

„New York Times", ulegając populizmowi tamtych czasów, celowo grał trudnością tej teorii, zdającej się obrażać zdrowy rozsądek prostych ludzi. „Te wiadomości są szokujące. Zaczęto wątpić nawet w tabliczkę mnożenia" - czytamy w komentarzu redakcyjnym z 11 listopada. Idea, że „przestrzeń jest ograniczona", nie ma sensu - orzekała gazeta - „bo nie jest ograniczona z definicji, przynajmniej dla zwykłych ludzi, choć może jacyś specjaliści od wyższej matematyki sądzą inaczej". Pięć dni później nowojorski dziennik powrócił do tematu: „Naukowcy twierdzący, że przestrzeń jest zamknięta, powinni nam powiedzieć, co jest na zewnątrz".
Wreszcie tydzień po pierwszym artykule redakcja „New York Timesa" uznała, że dość już szokowania i nadszedł czas na spokojniejsze słowa, nawet z domieszką humoru. „Brytyjskich naukowców ogarnęła intelektualna panika, gdy się dowiedzieli o fotograficznej weryfikacji teorii Einsteina - donosiła gazeta. - Powoli jednak dochodzą do siebie, bo zdali sobie sprawę, że słońce wciąż wschodzi na wschodzie i w najbliższym czasie nic się zapewne pod tym względem nie zmieni".
Nieustraszony korespondent „New York Timesa" w Berlinie zdołał nawet przeprowadzić wywiad z Einsteinem w jego domu. Było to 2 grudnia. Powstała wtedy apokryficzna historyjka. Po opisaniu mansardowej samotni uczonego reporter zapewnił, że to „z okna tej podniebnej pracowni Einstein ujrzał przed laty człowieka spadającego z sąsiedniego dachu - na szczęście mężczyzna ów wylądował na stercie miękkich śmieci i wyszedł z wypadku niemal bez szwanku. I to właśnie ten człowiek opowiedział doktorowi Einsteinowi, że spadając, nie odczuwał żadnych wrażeń kojarzonych powszechnie z działaniem grawitacji". W taki oto sposób - twierdził reporter - fizyk wpadł na pomysł „uszczegółowienia czy też uzupełnienia" newtonowskiego prawa grawitacji. Historię tę opatrzono nagłówkiem: „Zainspirował się jak Newton, tylko nie opadającym jabłkiem, lecz spadającym z dachu człowiekiem".
Wszystko to było jedną wielką „stertą miękkich śmieci". Einstein przeprowadził swój eksperyment myślowy w 1907 roku, kiedy jeszcze pracował jako inspektor patentowy, i nie w Berlinie, tylko w Bernie. No i w rzeczywistości nie obserwował żadnego nieszczęśnika spadającego z dachu. „To dęta gazeciarska bzdura" - napisał do Zanggera, gdy artykuł się ukazał. Ale rozumiał, że tak już działa prasa. „Przesadzają na każdym kroku, ale cóż - widać część czytelników tego właśnie oczekuje".
Dziwne było to powszechne zainteresowanie teorią względności. Skąd się brało? Teoria oczywiście szokowała, ale i pociągała swą tajemniczością. Zwinięta przestrzeń? Odchylenie promieni świetlnych? Czas i przestrzeń nie są absolutne? W teorii Einsteina kryło się tyle znaków zapytania i zaskakujących odpowiedzi, że przyciągała uwagę szerokiej publiczności.
Trafnie ujął to Rea Irvin w swej karykaturze zamieszczonej w „New Yorkerze". Widzimy tam skonfundowany tłum drapiących się w głowę osób, idących ulicą: dozorcę, matronę w futrze, portiera, dzieci i jeszcze innych ludzi. Podpis był cytatem z Einsteina: „Ludziom trudno się przyzwyczaić do idei, że fizyczne stany przestrzeni jako takiej są ostateczną realnością rzeczywistości fizykalnej". Jak napisał Einstein do Grossmanna, „teraz każdy fiakier i kelner rozprawia nad zasadnością teorii względności" .
Także zwolennicy i przyjaciele Einsteina byli oblegani, gdy mówili o teorii względności. Leopold Infeld, który później został współpracownikiem Einsteina, był wówczas nauczycielem w niewielkim polskim mieście Koninie. „W tamtym czasie robiłem to, co setki innych fizyków na całym świecie - wspominał. - Dawałem publiczne wykłady o teorii względności, a tłum, jaki się na nich gromadził w mroźne zimowe wieczory, był tak wielki, że nie mogła go pomieścić największa sala w mieście".
Tego samego doświadczył Eddington, gdy występował w Trinity College w Cambridge. Setki ludzi tłoczyły się w sali, setki innych musiały odejść z kwitkiem. Starając się trafić do słuchaczy, Eddington powiedział, że gdyby podróżował z prędkością podświetlną, miałby tylko trzy stopy wzrostu. Prasa podchwyciła to od razu. Także Lorentz dał wykład dla licznej publiczności. Żeby unaocznić niektóre zjawiska związane z względnością, przyrównał Ziemię do poruszającego się pojazdu.
Wkrótce wielu wybitnych fizyków i myślicieli zabrało się do pisania książek popularyzujących teorię Einsteina. Byli wśród nich Eddington, von Laue, Freundlich, Lorentz, Planck, Born, Pauli, a nawet filozof i matematyk Bertrand Russel. W ciągu pierwszych sześciu lat od pamiętnej obserwacji zaćmienia Słońca z 1919 roku ukazało się ponad sześćset książek i artykułów poświęconych względności.
Sam Einstein miał możność objaśnić swą teorię własnymi słowami na łamach londyńskiego „Timesa", który zamówił u niego artykuł Co to jest teoria względności? Rezultat był naprawdę zrozumiały dla laików. Popularna książka Einsteina na ten temat ukazała się w Niemczech jeszcze w 1916 roku. Teraz wydano ją również po angielsku. Książka ta, pełna obrazowych eksperymentów myślowych, stała się bestsellerem i w następnych latach ukazywały się jej kolejne aktualizowane wydania.

Paradoks popularności
Einstein miał już to, co potrzebne, by zostać gwiazdą. Dziennikarze, wiedząc, że publiczność tęskni za międzynarodowymi „celebrytami", byli zachwyceni, że ten nowo odkryty geniusz nie jest jakimś bezbarwnym molem książkowym ani kostycznym akademikiem. Wręcz przeciwnie, był pełnym uroku czterdziestolatkiem, może niespecjalnie przystojnym, ale z nietuzinkową powierzchownością, rozwianą grzywą włosów i żywym spojrzeniem, o bezpośrednim stylu bycia - i gotowym do dzielenia się swą wiedzą w małych, łatwych do przełknięcia dawkach.
Jego przyjaciel Paul Ehrenfest uznał tę prasową popularność Alberta za dość komiczną. „Podniecone kaczki dziennikarskie podrywają się do lotu z niepohamowanym kwakaniem" - ocenił żartobliwie sytuację. Dla siostry Einsteina, Mai, która dorastała w czasach, gdy ludzie nie przepadali jeszcze za rozgłosem, ów zgiełk był zdumiewający. „Gazeta z Lucerny wydrukowała artykuł o Tobie - dziwiła się, nie zdając sobie sprawy, że jej brat stał się bohaterem pierwszych stron gazet z całego świata. - Wyobrażam sobie, jakie to dla Ciebie przykre, że tyle o Tobie piszą" - współczuła bratu.
Einstein rzeczywiście skarżył się na swoją świeżo uzyskaną sławę. „Ścigają mnie pismacy i różne takie typy - narzekał w liście do Maksa Borna. - Ledwo mogę oddychać, nie mówiąc już o poważniejszej pracy". Przed innym przyjacielem odmalował jeszcze barwniejszy obraz swej niedoli: „Za sprawą tej powodzi artykułów zasypywany jestem pytaniami, zaproszeniami i żądaniami. Wydaje mi się, że jestem w piekle, a naczelnym diabłem jest listonosz, pokrzykujący wciąż na mnie i sypiący mi na głowę sterty nowych listów, choć na stare nie miałem jeszcze szansy odpowiedzieć".
Jednakże niechęć Einsteina do rozgłosu miała charakter bardziej teoretyczny niż praktyczny. W rzeczywistości dość łatwo mógłby uniknąć tych wszystkich wywiadów, zdjęć i wystąpień publicznych. Ktoś, kto naprawdę nie lubi światła fleszy, nie pokazałby się na czerwonym dywanie z Charlie'em Chaplinem na premierze jego filmu.
„Jest w nim coś, co przyciąga fotografów i tłumy - zauważył eseista C.P. Snow po spotkaniu z Einsteinem. - Ma w sobie jakąś żyłkę ekshibicjonisty i komedianta. Gdyby tych cech nie posiadał, dziennikarze nie lgnęliby tak do niego. Bo nic nie jest łatwiejsze do uniknięcia niż popularność. Jeśli się jej naprawdę nie chce, to się jej nie ma".
Reakcja Einsteina na te objawy uwielbienia była złożona - prawie jak ciał niebieskich na grawitację. Obiektywy reporterów pociągały go, ale i mierziły jednocześnie. Kochał popularność i kochał też na nią narzekać. Ten miłosno-nienawistny stosunek do sławy i prasy mógł się wydawać czymś niezrozumiałym, ale ostatecznie wiele sławnych postaci doznaje wobec mediów szczególnej mieszaniny rozbawienia, podniecenia, niechęci i irytacji.
Jedną z przyczyn faktu, że to Einstein - a nie choćby Planck, Lorentz czy Bohr - stał się ikoną nauki, było to, że się do tej roli nie tylko nadawał, ale też chciał i potrafił ją zagrać. „Uczeni, którzy stają się ikonami, muszą być nie tylko geniuszami, ale i dobrymi aktorami, umiejącymi porwać widzów i wywołać owacje" - zauważył fizyk Freeman Dyson (niespokrewniony z królewskim astronomem).
Einstein umiał być aktorem. Chętnie udzielał wywiadów, zaprawiając je świetnymi aforyzmami i bon motami. Wiedział, czego trzeba, by opowieść budziła zainteresowanie.
Także Elsa - przede wszystkim Elsa - cieszyła się sławą męża. Służyła mu za ochroniarza, potrafiącego ostrym głosem i łypnięciem oczu wystraszyć nachalnych intruzów. Ale bardziej jeszcze niż małżonek potrafiła się napawać statusem i poważaniem, jakie dawała popularność. Zaczęła pobierać opłaty za fotografowanie Einsteina, a uzyskane pieniądze przekazywała instytucjom dobroczynnym dokarmiającym głodne dzieci w Wiedniu i innych miejscach.
[...]


Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Komentuj