Osiedle Swoboda ma się dobrze
Czternaście „produktowych” czarno-białych historii Michała „Śledzia” Śledzińskiego znalazło się w zbiorczym wydaniu „Osiedla Swoboda”. Opasłe tomiszcze ukazuje się niemal dokładnie w dziesiąte urodziny serii.
Zacznijmy jednak od początku. Albo nawet od pra-początku. Jest rok 1997. Wówczas to pojawia się pierwszy numer tworzonego (i dystrybuowanego) przez Śledzia zina „Azbest”. Nie zagrzał on jednak zbyt długo miejsca na komiksowym rynku – został zamknięty po zaledwie trzech numerach. Ale właśnie w „Azbeście” odcinkiem „Chabry z poligonu” zadebiutowała seria o Zdziśku Szalecie. Zdzisiek powrócił w grudniu 1999 roku w debiutanckim numerze „Produktu”. W kolejnym – tym razem już oficjalnie sprzedawanym – magazynie tworzonym przez Śledzia. Miał być jedną z lokomotyw magazynu. Ale – jak się szybko okazało – to nie on stał się motorem napędowym „Produktu”. Okazało się, że bardziej niż osadzona w wioskowych klimatach Obudna i Gzina jajcarska opowieść, czytelnikom podpasowała inna z zamieszczonych w jedynce historii. „Matka Boska Extra Mocna”, pierwszy z odcinków „Osiedla Swoboda”…
Była to klasyczna obyczajówka o piątce kumpli z osiedla. Smutnym, Wirażu, Kundziu, Szopie i Niedźwiedziu. Piątce, która z miejsca stała się jedną z ikon „Produktu” (Zdzichu od którego zacząłem zaś wpada na karty magazynu jedynie raz na jakiś czas). Zagościli w sumie w czternastu z 23 numerów magazynu. Na dziesiąte urodziny serii – przypadały w grudniu 2009 - Kultura Gniewu postanowiła przygotować zbiorcze wydanie „produktowych” opowieści z Osiedla Swoboda. Świętowanie jubileuszu trzeba było jednak przełożyć na marzec kiedy to komiks trafił na księgarskie półki. I – muszę przyznać – miło jest znów przenieść się na najsłynniejsze polskie komiksowe blokowisko. I przypomnieć to, cóż przytrafiało się swobodnej ekipie.
Sporo było w ich życiu gadek. Najczęściej po kilku browarkach, kiedy to zaczyna się filozoficzne dysputy. Jak wtedy, gdy Niedźwiedź ze Smutnym prawią o dresiarzach: „Skąd się to gówno wzięło? Dlaczego normalny człowiek boi się wyjść po zmroku na ulicę?” Albo, gdy ktoś ze swobodnych rzuca: „Człowiek musi mieć w życiu jakiś cel, inaczej zmieni się w zombie…”. Celem ekipy jest głównie zdobycie kaski na kolejną imprezę, na kolejny dzień życia. Parają się więc najróżniejszych zajęć. Szopa handluje stuffem z Holandii, Dźwiedziu ze Smutnym próbują swych sił przy nieboszczykach w prosektorium, innym razem załapują się do podkładania głosów w hiszpańskich pornolach, do roznoszenia ulotek w przebraniu pingwina… Z jednej strony więc samo życie.
Z drugiej – radość z tegoż życia. Browarek na ławce. Imprezka z wyżerką. Nocne powroty do domu, nader często kończące się urwanym filmem. Jakiś hafcik… Wspominki, gdy w przedszkolu każdy chciał być kowbojem, wspomnienia opchniętej motorynki. Wspominki osiedlowych legend – jak Bystry. Dla jednych zakapior, buc i prostaczek spod budki z piwem. Dla innych wrażliwy gość, który urodził się tylko w złym miejscu i w złym czasie. Z trzeciej absurdy dnia codziennego. Jeszcze bardziej przerysowane przez Śledzia. Weźmy osiedlowych dresiarzy, którzy tylko czekają, aż nadarzy się okazja, by komuś przyjebać. Zamaskowanych mścicieli, którzy próbują zaprowadzić spokój na blokowisku. Moherowe babcie. Staruszki i staruszków zasuwających co niedzielę do kościoła, którzy nawet w wymiotach mogą dopatrywać się cudownego objawienia…
Siłą „Osiedla…” jest zabawa formą komiksu. Śledziu potrafi osadzić np. Wiraża w roli kucharza pitraszącego zupę z młodego gołębia. Potrafi sportretować Smutnego, gdy smaży sobie z rana omlet. Zaciągającego się czymś mocniejszym Szopę. Zwracającego w połowie gadki Niedźwiedzia… W najmniej spodziewanym momencie. W środku akcji. Bawi się narracją. Łamie ją. Ale i prowadzi opowieść w różnoraki sposób. Kiedy – we „Włoskiej kapuście” - wychodzący z kościoła czekają na przystanku na autobus, opis tej sytuacji przypomina relację sportową, z Wirażem, komentującym całe zamieszania z daszka przystanku. Kiedy zaczynają walczyć ze sobą dresiarskie grupy Bekona i Parówy – historyczne legendy. Jeden z epizodów „Ballady o Bystrym” zbudowany jest ze wspomnień mieszkańców osiedla. Historia Ericha Kraukenschwarza, do którego należała kamienica, w której zamieszkuje Szopa, jest niczym z telenoweli wyjęta. „Konrad” z kolei jest klasycznym horrorem, który – w końcówce – okazuje się być tylko złym snem. To też jedna z bardziej zaskakujących opowieści w całym zbiorze, w której cała piątka pojawia się tylko na ostatnich kadrach, gdy lepi ze śniegu… wielkiego penisa.
„Osiedle Swoboda” można porównać do pierwszej płyty Cool Kids of Death. To, podobnie jak w przypadku kapeli w której do mikrofonu krzyczy – notabene inny komiksiarz - Krzysiek Ostrowski, głos pewnego pokolenia. Z tym, że nie jest to głos buntowników, którzy chcą wychodzić z rewoltą na barykady. To głos ekipy, która w życiowym bezsensie szuka ukojenia w kilku browarkach na ławce w towarzystwie najbliższych kumpli, w lufce trawy. W niekończących się praktycznie imprezach, W muzyce. Właśnie. W muzyce. Ta odgrywa w komiksie również ważne miejsce. Kapele takie jak Slipknot, Kyuss, Tool, System of a down, Beaste Boys, Korn są obecne na murach. A ich kawałki tworzą soundtrack do komiksu. Na swoim blogu Śledziu pokusił się zresztą nawet o stworzenie tracklisty, którą można sobie zapuścić podczas lektury komiksu.
Komiksu, który może mieć ciąg dalszy. Twórca wspomina o nim w paskach umieszczanych na dole plansz (takie same paski przewijały się przez „Produkt”). Wspomina, że chętnie zebrałby w gruby tom również sześcioodcinkową kolorową już miniserię, która ukazała się w latach 2004-2006. Ale chętnie raz jeszcze wróciłby też i z tematem Swobody. Wrócił na stare graty i stworzył kolejną opowieść ze Smutnym, Szopą, Wirażem, Kundziem i Niedźwiedziem. Bohaterami, których do zbiorczego wydania dodatkowo sportretowali przedstawiciele polskiej sceny komiksowej – z Andrzejem Janickim, Filipem Myszkowskim, Łukaszem Ryłko, Bartoszem Minkiewiczem i Ryśkiem Dąbrowskim na czele. Śledziu do zbiorczego wydania „Osiedla…” dołożył jedynie kilka grafik.
I sześć nowych plansz, na których piątka – i dodatkowo dobry duch ekipy (chyba można tak o nim powiedzieć) Ciachciarachciach – odpowiadają na krótkie pytanie: „Jak jest?”
W życiu – różne. Jak to w życiu. A jeżeli chodzi o zbiorcze wydanie „Osiedla Swoboda” jest naprawdę dobrze.
Michał „Śledziu” Śledziński „Osiedle Swoboda”, wyd. Kultura Gniewu











