Czytanie człowieka - rozmowa z Leszkiem Mądzikiem

zdjęcie z próby
Agnieszka Charkot: Interpretacja obrazu Hansa Memlinga "Sąd ostateczny" miała być punktem wyjścia do stworzenia przedstawienia o motywie apokaliptycznym. Jak Pan odczytał ten obraz i co, z tej katastroficznej wizji, chciał Pan zawrzeć w scenicznej realizacji?
Leszek Mądzik: Przede wszystkim świadomie chciałem się odciąć od obrazu. Ciężar jego ekspozycji skupia się na dosłowności wizji końca, na fizycznym dramacie charakterystycznym dla czasu jego powstania, dla konkretnej epoki i myślenia. Memling zobrazował katastroficzną wizję, która w swoim kształcie jest bardzo ekspresyjna, ale też bardzo naturalistyczna. Dla mnie ważną rzeczą było zaczerpnięcie z tej atmosfery mistycyzmu i pewnej duchowości. Przełożyłem to na symboliczną wędrówkę ku górze, która jest w naszym ludzkim wymiarze wyrazem tęsknoty. Każdy spektakl, który się zdarza w moim teatrze, każda premiera, żłobiła głębiej, penetrowała przestrzeń, perspektywy i była w jakimś kosmicznym wymiarze nieskończoności. A tu po raz pierwszy odwróciłem sytuację i zbudowałem przestrzeń gry w pionie. Co jest również utrudnieniem pracy dla aktora, stawia mu to nowe wyzwanie - musi się odnaleźć w innym wymiarze niż sceniczna podłoga.
Istotne jest również to, że nie staram się budować iluzorycznego obrazu tego, co będzie potem, na tamtym świecie. Nie chcę mówić, co będzie dalej, ale jak, za sprawą komfortu psychicznego, duchowego i pewnej czystości sumienia, mieć rajskość już tu na ziemi. A odczytanie, jaki jest ten inny wymiar, pozostawiam każdemu indywidualnie.
A. Ch.: W przedstawieniu wychodzi Pan poza swoją estetykę, przełamuje ją nagością ciała aktora. Na jakiej zasadzie opiera Pan tę korespondencję nagiego ciała z charakterystycznymi dla siebie fakturami wykorzystywanych materii?
L. M.: W pracy tutaj odkryłem coś bardzo istotnego dla mojego teatralnego doświadczenia - świadomie konfrontuję czystość nagiego ciała z fakturą jaką ma grzech, brud, patyna. Możliwości i siła zderzenia tego wszystkiego z ludzkim ciałem, które jest cudowne nie tylko w swoim wyglądzie, ale także ruchu i dynamice - to dla mnie kolejne wyzwanie. Podczas swoich teatralnych doświadczeń najpierw zabrałem człowiekowi słowo, a potem ciało. A tutaj po raz pierwszy tak mocno zderzam nagie ciało ludzkie z fakturą, za pomocą której robiłem do tej pory wszystko, żeby je zabić.
A. Ch.: Kolejnym wyzwaniem jest także charakter pracy przy tym przedstawieniu. Realizuje Pan tryptyk po raz pierwszy. Pańska wizja wybrzmiewać będzie nie tylko osobno, ale także w kontekście pozostałych części. Stąd też pewne czasowe ograniczenia. Jak Pan ceni sobie taki rodzaj pracy?
L. M.: Ograniczenia czasowego nie otrzymałem. Chociaż od jakiegoś czasu szczególnie intensywnie odczuwam potrzebę wytrącania pewnych elementów ze struktury przedstawienia, zubożania i szukania w tej ubogości. Moje wszystkie premiery Sceny Plastycznej nie potrafiły przekroczyć czterdziestu minut i tutaj też dzieje się coś takiego, że ten czasowy wymiar spektaklu jest bardzo krótki, ale intensywny.
Praca nad formą jaką jest tryptyk, to dla mnie kolejne wyzwanie. Gdy po raz pierwszy padła propozycja pracy nad tryptykiem, pomyślałem, że chodzi o to, aby każdy z nas zrobił inne skrzydło "Sądu ostatecznego". Można by pójść w tym kierunku, co też byłoby interesujące, ale my zderzamy ze sobą różne myślenia i estetyki. Na ten jeden wieczór złożą się więc formalnie inne i bardzo osobiste spojrzenia, co wydaje mi się bardzo ciekawe.
A.Ch.: Próby do Pana części trwały niecałe dwa tygodnie. Zawsze pracuje Pan w takim tempie?
L. M.: Istota pracy nad przedstawieniem tkwi dla mnie nie w długości czasu jemu poświęconej, ale w ujarzmianiu materii, którą się w sobie nosi. W sytuacji, kiedy mam zebrane wszystkie tworzywa i elementy spektaklu, to wystarcza mi te dziesięć dni. Jeżeli nie mam spełnionego tego pierwszego warunku, to nawet jakbym pracował przez rok - może być to nadaremne.
zdjęcie z próby
A. Ch.: Nie dopuszcza Pan w czasie pracy do sytuacji improwizacji?
L. M.: Kiedy zaczynam pracę nad spektaklem, mam już konkretną wizję, obrazy i szkielet całości. Powiedziałem kiedyś, że "myślę obrazami" - to jest taka moja próba budowania scenariusza w tym, co się widzi, nie pisząc o tym. Ale zawsze daje sobie możliwość zmian.
A. Ch.: Nadal Pan uważa, że robi jeden spektakl?
L. M.: Najpierw trzeba wyjaśnić, co rozumiem przez to, kiedy mówię, że "robię jeden spektakl". Chodzi o to, że daję teatrowi swój czas, swoje życie, swój rodzaj zauważania pewnych spaw. I w takiej perspektywie można mówić, że robię jeden spektakl - bo ja jestem jeden. Natomiast upływający czas każe mi różnie patrzeć nawet na te same tematy, które penetrowałem trzydzieści, czterdzieści lat temu. Z jednej strony ten przemijający czas sieje we mnie dużo niepokoju i przyspiesza pewne decyzje, a z drugiej strony - mobilizuje, żeby być bardziej oszczędnym, lapidarnym.
A. Ch.: "Teatr religijny" - jak Pan reaguje na tę etykietę?
L. M.: Uważam, że każda sytuacja jest religijna. Każdy ma w sobie jakieś sacrum: kobieta, natura? Osobiście nie odczytuję pojęcia sacrum tak ortodoksyjnie, a na pewno nie w strukturze jakiegoś kościoła. Jeżeli miałbym określać swój teatr w kategoriach pewnej transcendencji, to powiedziałbym, że ma on swoją specyficzną duchowość, misteryjność, ale nie upierałbym się, że jest to teatr religijny. Bardziej zależy mi na tym, żeby to w przeczuciu widza było pewne sacrum, które jest efektem poddania się stanowi pewnej świętości, ale bez lokowania tego w jakiejś konkretnej religii.
zdjęcie z próby
A. Ch.: Z jednej strony widz ma dużą wolność interpretacyjną, ale z drugiej strony prowadzi go Pan w swoich spektaklach grą świateł i muzyką. Wydaje mi się, że nie do końca jest to takie wolne spojrzenie, bo ja "jako widz" nie mogę sobie wybrać obrazu, na który chcę patrzeć. Muszę widzieć w danej chwili to samo co reszta.
L. M.: Gra światłami buduje dramaturgię - nie jest więc bez znaczenia. Światłem i muzyką staram się widza uwieść. On musi za nimi biec, bo nie ma innego wyboru - resztę zostawiam zawsze w mroku i milczeniu. W "Osądzie" wykorzystuję muzykę estońskiego kompozytora Arvo Pärta. Jest to muzyka instrumentalna, nie ma w niej ani jednego elektronicznego dźwięku. Religijność i minimalizm jego muzyki komponuje się z fakturami moich przedstawień, dopełnia ich duchowy wymiar.
A. Ch.: Jakie są Pana wrażenia po pracy z zespołem Wrocławskiego Teatru Pantomimy?
L. M.: Jest to dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Gdybym nie znalazł kontaktu z zespołem, nie miał z nimi jakiegoś takiego osobistego spotkania, to nic by się nie zdarzyło. Szczerze powiem, że interesuje mnie tylko taka praca, podczas której znajduję przeczucie, że coś nas łączy i w tym zespole mnie to spotkało. Nawet jak dopada nas zmęczenie, to wiem, że dzielimy je wspólnie. Nie ma między nami jakiegoś dystansu, jest za to duży kredyt zaufania. Zafascynowała mnie również uroda i możliwości ciała aktora wrocławskiej pantomimy. Czuję, że jest mi to potrzebne i chciałbym się w tym zanurzyć kiedyś jeszcze bardziej. Praca tutaj jest dla mnie kolejnym sensownym czytaniem człowieka.
Zapis wywiadu przeprowadzonego podczas prób do premiery Osądu w marcu 2010 roku











