Off Festival 2010 - relacja



Default-av-2 Kamil Downarowicz (19.08.2010 22:14)


Pięciolecie festiwalu było obchodzone w nowym miejscu, nazywanym nieformalnie stolicą Górnego Śląska – Katowicach.

Nie wiem czy przenosiny przysłużyły się imprezie Rojka, czy też nie, ponieważ na Offie byłem pierwszy raz, stąd też spoglądałem na wszystko okiem żółtodzioba. Jednak udało mi się podsłuchać (oczywiście niechcący) kilka rozmów, które ewidentnie świadczyły o tym, że Mysłowice słusznie zostały wymazane z festiwalowej mapy Polski.

Ale przecież nie samo lokum jest najważniejsze, a muzyka, ludzie i unoszący się w powietrzu klimat. Swoje odczucia względem Katowic, zatrzymam może dla siebie, nie chcę nikogo niepotrzebnie urazić. Delikatnie rzecz biorąc, nie czuje się w tym mieście najlepiej. Widok budynków z czerwonej cegły, wąskich uliczek i zdobiących widnokrąg kominów działał zawsze na mnie mega depresyjnie. Na szczęście koncerty odbywały się w Dolinie Trzech Stawów, na ogromnym, zielonym terenie, gdzie można było zapomnieć o tym, że jest się w samym sercu Śląska. Ufff.

Dwie duże sceny na powietrzu, dwie mniejsze pod namiotami, nie oddalone zbytnio od siebie, ale też nie gryzące się nawzajem kakofonią dźwięków, stanowiły główną oś wędrówek festiwalowiczów. Oczywiście były stoiska z piwem, jakieś tam bary z jedzonkiem, i niekończące się do nich kolejki (festiwalowe życie, tak, tak). Została nawet usypana, specjalnie na tę okazję, plaża, na której porozstawiane były leżaki. Spocząć tam z piwem w ręku po wyczerpującym koncercie, to była naprawdę nie lada przyjemność. Sporą popularnością cieszyły się także stoiska „kulturalne”, czyli oferujące płyty cd, winyle, koszulki, przypinki, czy to tam dusza zapragnie. A było komu co sprzedawać, w tym roku na Offie zjawiło się około 10 tysięcy ludzi. Nieźle.

No dobra, ale może słów kilka o muzyce...pierwszego dnia, na początek, udało mi się zobaczyć Kim Novak. Przyznam szczerze, że ich płyta podobała mi się tak sobie, i liczyłem na to, że chociaż na żywo, jakoś lepiej dają sobie radę. Nic bardziej mylnego. Ich występ był dość nudnawy i sprawiający, że człowiek zastanawiał się już, co, by tu zjeść na kolację. Podobnie było z Voo Voo, które przymulało, aż niemiło. Nie tego się spodziewałem po Fischu seniorze. Może gdyby zagrali w nocy, jakoś inaczej odebrałbym ich koncert, sam nie wiem. Na szczęście tuż po nich, na scenie głównej pojawili się młodziaszki z The Horrors, którzy rozkręcili festiwal na całego. Mroczne indie w ich wykonaniu, nawiązujące do Bauhaus czy Joy Division, nie jest może niczym specjalnie oryginalnym, ale podobać się może. I to bardzo. Po gitarach przyszedł czas na odprężenie. Na scenie eksperymentalnej grał bowiem mistrz ambientu – Fenesz. I to jak grał! Elektroniczne kompozycje niepokojąco pobrzmiewały w uszach, wprowadzając słuchaczy w stan przedziwnej medytacji. Duża część osób miała zamknięte oczy i podróżowała wraz z Feneszem po jego fantastycznych, barwnych krajobrazach. Następnym moim celem stała się scena Ofensywy Trójki, gdzie przepiękny koncert dał Duński Efterklang. Pełna zmysłowości oraz subtelności muzyka oczarowała bardzo licznie zgromadzoną pod sceną publikę. Dostali jedne z najgłośniejszych i najintensywniejszych braw na całym Offie. Dobrze, że grali akurat pod namiotem, bo z chmur zaczęło coś kapać, coraz mocniej i mocniej…
Przestało padać akurat wtedy gdy na Scenie Leśniej pojawiła się żywa legenda post-punku, grupa The Fall. Dowodzona przez charyzmatycznego Marka E. Smitcha pokazała na czym polega… antygranie koncertów. Było tam wszystko, tylko nie muzyka. Smitch, pijany w trzy d… chodził w tę i w tamtą jak obłąkany, czytał teksty z kartki, przewracał mikrofony i zamiast śpiewać - wył coś niewyraźnie. Pozostali, zupełnie stojący w cieniu lidera muzycy, wydobywali ze swoich instrumentów proste i niechlujne melodie, trącające monotonią i pretensjonalnością. Może niektórym takie „show” się podoba, mnie jednak kompletnie do siebie Brytyjczycy nie przekonali. Antykoncerty można grać na różne sposoby, o czym świadczy bardzo przyjemny, sobotni występ Mitch&Mitchów, którzy jak zawsze, bardziej nawijali z publicznością, niż grali swoje. Co się tyczy natomiast The Fall, to szybko od nich uciekłem, żeby obejrzeć włoskie trio Zu. Było warto. Zabójcza mieszanka metalu, free jazu i hardcore to wizytówka Zu od kilku już dobrych lat. Zdaniem wielu był to najlepszy koncert całego długiego weekendu. Osobiście widziałem ich już po raz trzeci, i nie zrobili na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak kiedyś, aczkolwiek rozumiem zachwyt tych, którzy przecierali oczy ze zdumienia, nie wierząc, że można grać w ten sposób. Bardzo udane zakończenie wieczoru.

Pustki rozpoczęły moją sobotnią przygodę w Katowicach bardzo przyjemnym rockowym koncertem, idealnie pasującym na godzinę 16. Zespół był w dobrej formie i zagrał prawie wszystkie kawałki ze swojej ostatniej płyty „Kalambury”. Jakże inny był to występ od tego, co działo się godzinę później na Scenie Leśnej. Tam Macio Moretti w swojej ulubionej roli konferansjera weselnego, rozbawiał na całego bardzo licznie zgromadzoną publikę dając najbardziej luzacki show całego festiwalu. Mitch&Mitch Panie i Panowie! Spore brawa zgarnęła Apteka, która zaprezentowała w całości swoją „Mendę”. Może to i prostacka muzyka, ale słucha się jej naprawdę fajnie. Podobnie jak Archie Bronson Outfit, którzy mocą rozbujanego rock’n’rolla sprawili, że można było zapomnieć o, dość intensywnie, padającym deszczu. Zagrali dużo bardziej żywiołowo niż na swoich albumach i przywdziani w kolorowe szaty rozbujali kilka tysięcy osób. Fantastyczny koncert! A był to dopiero początek wieczoru. Na Scenie Eksperymentalnej zaprezentowali się Amerykanie z These Are Powers, lubujący się w hałaśliwym noisie zmiksowanym z punkiem, r’n’b i dubstepem. Nieokiełznana energia wokalistki i powykręcane rytmy, na długo pozostaną jeszcze w mojej pamięci. Czekając na przepyszną kolację serwowaną przez Dinosaur Jr. na podwieczorek zasmakowałem Jacka Lachowicza, który zagrał bardzo poprawny i skromny w swojej formie set. Ale najlepsze miało dopiero nadejść… I stało się. Na Głównej Scenie pojawili się Amerykanie. Trochę pogadali, tłumacząc się, że ich sprzęt zaginął gdzieś na lotnisku i musieli pożyczyć instrumenty od innej kapeli, powyzywali firmę lotniczą i zaczęli grać. To, co usłyszała katowicka publika to prawdziwy gitarowy czad, przy którym wszystkie młodziutkie zespoły, starające się być tak bardzo cool szalone, wypadają naprawdę blado. Może chłopaki z Dinosaur Jr. to rzeczywiście już dinozaury, ale grać potrafią jak za najlepszych swoich lat! Koniec kropka.

Trzeci, ostatni dzień festiwalu obfitował w kolejną porcję muzyki na najwyższym poziomie. Przy ponad 80 kilku artystach, żaden nie był przypadkowy, gwarantuję. W niedzielę największe wrażenie zrobili na mnie Norwegowie z CasioKids, którzy zaprezentowali nowatorskie i dość ciekawe spojrzenie na muzykę elektroniczną, pełną wigoru, młodości i tanecznej energii. Trochę zawiedli The Ravonettes, którzy noise łączyli z usypiającymi kawałkami w stylu młodych zespołów Indie. Jednak pomimo kilku mankamentów dali radę. Z rodzimych kapel sporo popularnością cieszył się reaktywowany Kryzys, który zaprezentował wszystkie swoje niezapomniane „hity” młodzieńczych lat istnienia. Folkowe klimaty zapanowały, gdy na scenie pojawili się Shearwater. Przejmujące, piękne melodie oczarowały niejednego festiwalowicza.

Koncertem zamykającym całą imprezę była niekwestionowana przez nikogo gwiazda nr 1 Offa – The Flaming Lips. To co się działo na deskach największej sceny przechodziło wszelkie wyobrażenia. To nie był zwykły koncert ale prawdziwy spektakl! Fanfary, baloniki, wokalista zamknięty w szczelnej kuli, unoszący się na rękach publiki, śmiech, zabawa na całego, słowem – istny karnawał. Brzmi kiczowato? Może i tak, ale trzeba było to po prostu zobaczyć! Przepiękne muzyczne podsumowanie Off Festivalu 2010.

Krótko na zakończenie – Artur Rojek osiągnął w ciągu pięciu lat niebywały sukces. Stworzył festiwal, który może śmiało ubiegać się o miano najlepszej imprezy tego typu imprezy w Polsce. Kogo mierzi snobizm Heinekena, mało zróżnicowany artystycznie Tauron Nowa Muzyka, a komercyjne imprezy typu Coke Festival czy Selector odstraszają na mile, na Offie odnajdzie swoje miejsce. Świetny klimat, dojrzała muzycznie publiczność, prawdziwie OFFOWI artyści z całego świata, czynią z tego kulturalnego wydarzenia, rzecz naprawdę wyjątkową. Nie wyobrażam sobie nie pojechać tam za rok. Mam nadzieję, że wy także.

Komentuj