King of Limbs jak Czarny Łabędź Aronofsky’ego



Kijak_0094 Magda Kotowska (07.03.2011 21:49)


Nierówna, rozkołysana, hipnotyczna. Daleko jej do melodyjności In Rainbows, jeszcze dalej do wybitności Kid A.

Perełki w jeziorze jej dźwięków nieśmiało połyskują, ale żadna z nich nie czyni w duszy natychmiastowego spustoszenia, bliskiego choćby Street Spirit (Fade Out). Czy to oznacza, że nowa płyta Radiohead nie ma głębi?


Krążek The King of Limbs jest kontrowersyjny. Przy dziewiczym odsłuchu brzmi jak EPka nagrana w trakcie niezobowiązującej zabawy dźwiękiem podczas przypadkowej sesji w studio. Pierwsze kawałki krążka przypominają chaotyczną elektroniczną grę osnutą mgłą wokalu Yorke’a. Takie właśnie jest Bloom wprowadzające w radiogłowe uniwersum. Jeszcze bardziej egzotycznie brzmi Morning Mr Magpie. Trudno się tu odnaleźć, choć krew w ciele mimowolnie płynąć zaczyna w niespokojnym rytmie piosenki o sroce. Konsternacja mija wraz z pierwszymi dźwiękami Lotus Flower, które w zestawieniu z epilepsją Thoma, rachuje kości i skutkuje zakwasami.

I tu zaczyna się druga, bardziej przyswajalna, część płyty. Codex to piękno samo w sobie, na mapie doznań graniczące z doskonałością. W podobnej estetyce utrzymane jest Give up the Ghost. Finałowy Separator to przyczynek do lewitacji. Na tyle łagodny, że ma się ochotę zatoczyć krąg i ponownie poddać się transowemu chaosowi Bloom.

Nowa płyta Thoma Yorke’a i spółki jest jak Czarny Łabędź Aronofsky’ego – doskonała pod wieloma względami, ale pozostawiająca niedosyt. Jest malowniczo, momentami wręcz perfekcyjnie, ale brakuje emocjonalnego pierdolnięcia.

Magda Kotowska



Lotus Flower z płyty King of Limbs

Komentuj