Muzyki przestałem słuchać dwadzieścia lat temu - rozmowa z Yogi Langiem, wokalistą RPWL
Yogi Lang, wokalista i gitarzysta zespołu RPWL, rozpoczął tournee promujące jego najnowszy, solowy album "No decoder".
W Polsce pojawił się 20 marca 2011 w poznańskim klubie Blue Note. Fenomenalnym koncertem artysta potwierdził swój status - jednego z najlepszych europejskich muzyków prog-rockowych.
O przekazie najnowszego albumu, współpracy z Gayem Prattem
oraz fascynacją Pink Floyd, z Yogi Langiem rozmawiały
Joanna Moska oraz Claudia Reluga.
Joanna&Claudia: Od 1997 roku grasz z zespołem RPWL. Skąd pomysł na solowy album?
Yogi Lang: W rzeczywistości wszyscy mieliśmy pomysł, aby zrobić solowy album kilka lat temu. Każdy z nas miał stworzony własny utwór na solową płytę. Po prostu tak to jest, jak się pracuje z zespołem przez kilkanaście lat, że zdarzają się pomysły, które nie pasują do muzycznego profilu grupy. Utwory, których nie chcesz robić z zespołem, chcesz żeby były tylko Twoje. Czasem niektóre kawałki po prostu nie pasują do danego albumu.
Wiesz, generalnie zespół powinien być jedną osobą. Kilku różnych muzyków, ale jedna rzecz. Nie każda piosenka, która zaświta ci w głowie, jest tym, co pasuje do albumu. Przez wiele lat miałem pomysł, aby zrobić coś swojego i tworzyłem wiele utworów, które przez długi czas czekały na decyzję o stworzeniu albumu. Przełom nastąpił po spotkaniu w 2009 roku z gitarzystą Torstenem, znanym niemieckim muzykiem. Zapytałem go wtedy po prostu- „ chcesz ze mną grać?” - i tak się zaczęło. Żeby tworzyć coś dobrego, potrzebujesz przede wszystkim odpowiednich muzyków oraz iskry, potrzeby stworzenia czegoś. Od spotkania z Torstenem miałem wszystkie te niezbędne składniki. W 2010 roku powstał mój pierwszy solowy album i jestem z niego bardzo dumny. Stanowi on sen, marzenie, o muzyce którą czuję. Jest dla mnie naprawdę wyjątkowy.
Z zespołem RPWL rozpocząłeś karierę grając covery Pink Floyd. Nie bałeś się, że zespół już zawsze będzie porównywany do legendy rocka?
Nie, nigdy nie mieliśmy z tym problemu. Po prostu kochamy tę muzykę. To był na pewno jeden z powodów, dla których w ogóle zaczęliśmy się nią zajmować.
Z chłopakami z zespołu znaliśmy się od czasów, kiedy byliśmy bardzo młodzi. Tworzyliśmy wspólnie jakieś kawałki, ale wszyscy mieli prywatne zajęcia- ja produkowałem muzykę, Karl grał na gitarze. Któregoś razu zebraliśmy się wszyscy i po prostu postanowiliśmy razem zająć się muzyką i znów grać ją na żywo. Repertuar Pink Floyd był tym, co mogliśmy grać razem tak po prostu, bez próby. Nie robiliśmy tego dla pieniędzy. Oczywiście, żeby tworzyć muzykę, musieliśmy zarabiać, ale pieniądze pochodziły z naszych dodatkowych zajęć.
Tak więc urządzaliśmy różne jam session i po prostu graliśmy Pink Floydów. To był genialny czas! Po pewnym czasie zorientowałem się, że ludzie zaczęli się nami interesować, więc zaczęliśmy grać koncerty. To była świetna zabawa. Już później, gdy mieliśmy własny repertuar, nigdy nie miałem zamiaru zerwać z tą przeszłością. Grać kawałki Pink Floyd to po prostu przyjemność, a my nie jesteśmy komercyjnym zespołem, który musi zmierzać w jakimś konkretnym kierunku, profilować się. Możemy robić to, na co mamy ochotę. Tak długo jak będziemy czuć się dobrze z graniem Pink Floyd, będziemy to robić. Jak przestaniemy czuć taką potrzebę, to przestaniemy grać. Tu chodzi po prostu o dobrą zabawę. Najważniejsze jest, żeby zawsze się bawić robieniem muzyki.
Jaka jest różnica między pracą nad albumem w zespole a tworzeniem solowym?
Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Zespół jest pracą wspólną, natomiast solowy album skupia się na jednej osobie, wszyscy patrzą na ciebie, wszystko jest od ciebie zależne, to ty decydujesz czy robimy coś dalej, czy nie. Oczywiście jest to też w pewnym sensie praca zespołowa, ponieważ na scenie nigdy nie jesteś sam. Ale w solowym projekcie to ja jestem tematem albumu.
Koncentrowanie się na jednej osobie bardzo różni się od pracy w grupie. Praca wspólna to niejako praca nad zespołem. Jeśli w zespole jest więcej muzyków, jest więcej różnorodnych koncepcji, które trzeba ze sobą godzić. Na albumie solowym mogę robić wszystko to, co chcę, wszystko zależy ode mnie. Po prostu mogę być sobą bez żadnych ograniczeń. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Stoisz na scenie i możesz powiedzieć: „ To ja, nie zespół!” To dwa zupełnie różne uczucia, choć kocham oba.
Na Twoim najnowszym albumie „No decoder” słyszymy czysty, wysmakowany dźwięk gitary basowej. Jest to zasługa Gaya Pratta, gitarzysty Pink Floyd. Jak wam się wspólnie pracowało?
Zacznę od tego, że Gay to świetny człowiek, z ogromnym dystansem i luzem podchodzący do pracy. Potrafił być bardzo bezpośredni. Gdy mu się spodobał dany pomysł, mówił po prostu - „To jest super, brzmi nieźle, gramy!”, ale też bez zawahania przedstawiał swoje sugestie odnośnie ścieżki basu. Szanował moją niezależność w tworzeniu albumu, a ja szanowałem jego ogromne zdolności muzyczne, na które się niejednokrotnie zdawałem. Praca była intensywna i owocna, ale przede wszystkim- wspólne granie to była po prostu niezła frajda!
Co było dla Ciebie inspiracją przy tworzeniu tego albumu? Czy czerpiesz czasem inspirację z twórczości innych muzyków, zespołów?
Szczerze mówiąc, nie słucham za dużo muzyki. Kiedy profesjonalnie zajmujesz się tworzeniem muzyki, jesteś praktycznie cały czas w studiu. Tak więc ostatnią rzeczą, o której myślisz po powrocie do domu, jest słuchanie muzyki. Istnieje kilka niemieckich stacji radiowych, gdzie się tylko mówi - i to jest dokładnie to, czego chcę (śmiech). Tak naprawdę, mówiąc o moich inspiracjach muzycznych, przychodzą mi na myśl czasy młodości i pierwszych fascynacji różnymi zespołami- jednym z nich był właśnie Pink Floyd, który w pewien sposób ukształtował mnie muzycznie. Oczywiście było również kilka innych zespołów....generalnie myślę że w tamtych czasach była większa różnorodność w muzyce. Pod koniec lat osiemdziesiątych definitywnie przestałem słuchać muzyki, a w mojej głowie zostało to, czego słuchałem do tej pory. Myślę, że tworząc muzykę, zawsze ogromny wpływ wywierają muzyczne doświadczenia właśnie z czasów młodości. Jest to muzyka która na zawsze pozostaje w sercu.
Cechą charakterystyczną progresywnego rocka jest to, że pojedyncze utwory składające się na album, tworzą pewną spójną historię poświęconą jakiemuś aspektowi życia. O czym jest Twój album? Co chcesz przekazać fanom?
W RPWL tematy były bardzo różne. Większość albumów, a szczególnie ostatni, zawierały bardzo społeczny punkt widzenia na świat i politykę. To była zawsze część mojego świata. Od kiedy pamiętam, fascynują mnie relacje międzyludzkie, to w jaki sposób ludzie się ze sobą komunikują, a przeważnie- jak wielkie zazwyczaj mają z tym problemy. Ludzie nie potrafią się dziś ze sobą porozumieć. To jest naprawdę bardzo skomplikowane ale i fascynujące zjawisko. Na przykład, jeśli powiesz, że „jesteś w domu”, każdy może odebrać to inaczej. Dom dla każdego z nas ma zupełnie inne znaczenie. Oczywiście używasz słów, ale obraz który odzwierciedla dane słowo, każdy widzi zupełnie inaczej. Dom, jest to dla mnie coś zupełnie innego, niż dla każdego na tym świecie. Masz jedno słowo, ale próby porozumiewania się i komunikacji kończą się niepowodzeniem. Właśnie o tym chciałem napisać. Jest to pewnego rodzaju opowieść zrodzona do tego albumu. O tym, co się dzieje, gdy nie potrafimy zrozumieć się wzajemnie, jak te nieporozumienia na nas wpływają. Lub też przeciwnie, że można porozumiewać się bez słów. O tym właśnie mówi utwór „Sail Away”.











