30 Seconds To Mars w Łodzi - jak zwykle dali nieziemskie show!



8b5b55beaf Joanna Moska (17.11.2011 16:44)


Wyprzedany co do jednego miejsca koncert 30 Seconds To Mars w łódzkiej Hali Atlas Arena, to wydarzenie, na które polscy fani czekali cały rok. Było warto!

We wtorek, ósmego listopada, tłumy pod łódzką Atlas Areną od świtu zwiastowały szaleństwo, które miało mieć miejsce tego wieczoru pod sceną.
- Długo już tu czekacie?- zapytałam grupki nastolatków śpiewających The Kill dla zabicia czasu.
- Od siódmej rano. Chcemy stać przy barierce.
Jak się niebawem okazało, zamiar ten podzielało ok. 10 tysięcy fanów Thirty Seconds To Mars, którzy gromadzili się w kolejce do wejścia na płytę przez cały dzień.

Od godziny 18.00 hala Atlas Areny zaczęła zamieniać się w odblaskową mozaikę fluorescencyjnych barw- było jasne, że koncert pod szyldem „Neon Night” będzie niezapomnianym wrażeniem nie tylko muzycznym, ale także wizualnym. Publika uzbrojona w odblaskowe opaski, kolorowe podkoszulki, pomalowane na jaskrawe kolory włosy i twarze- z niecierpliwością wyczekiwała na rozpoczęcie show.

Jako pierwsza na scenie pojawiła się australijska formacja Our Mountain, rozgrzewając publiczność rockowym, psychodelicznym brzmieniem. Grupa została przyjęta entuzjastycznie, a specyficzna barwa głosu wokalisty na chwilę zahipnotyzowała salę, pozwalając przygotować się psychicznie na występ wyczekiwanej gwiazdy.



O godzinie 21.00, wypełniona po brzegi Atlas Arena, na ułamek sekundy zamilkła w oczekiwaniu, by po chwili dać się porwać emocjom, skandowaniu i wiwatowaniu na widok grupy 30 Seconds To Mars. Jak można było przewidzieć , Jared, Shannon i Tomo nie rozczarowali nawet najbardziej wymagających fanów- zespół od samego początku dawał z siebie maksymalną dozę energii, wprowadzając publikę w prawdziwy trans, zręcznie żonglując emocjami- od euforycznego szaleństwa przy utworach Closer To The Edge czy Hurricane, do melancholii i wzruszenia przy akustycznych wersjach Alibi i Buddha for Mary.

Każda kolejny utwór był oddzielnym, spektakularnym show- w trakcie pierwszych piosenek na scenę zaczęły spadać wielkie czerwone piłki wypełnione konfetti, następnie dmuchane delfiny i krokodyle, które sprawiały wrażenie „pływania” nad głowami publiczności. W pewnym momencie światła na moment zgasły, po czym na płytę spłynęło tysiące kolorowych, świecących patyczków, tworząc iluzję migoczącego, fluorescencyjnego deszczu. To odwróciło na chwilę uwagę od Jareda, który w tym czasie niespodziewanie przetransportował się na reżyserkę. Tam wykonał akustyczną część występu, rzucając po ostatnim utworze gitarę w szalejący tłum, by z powrotem przenieść się na główną scenę. Ostatni utwór- "Kings and Queens" wokalista wykonał wspólnie z kilkanaściorgiem fanów, których wybrał spośród tłumu.



To, co spajało cały koncert i każdy pojedynczy utwór tego wieczoru - to niewątpliwie obustronne zaangażowanie. Zespół od początku do końca robił wszystko, by przekazać publiczności jak największą dawkę emocji. Publika natomiast nakręcała niesamowitą atmosferę, wyśpiewując utwory słowo w słowo, czym wyraźnie zachwyciła samego Jareda Leto. Podsumował on koncert zdaniem - „Kocham was, byliście cudowni! Ten wieczór zapadnie mi w pamięci na zawsze!”.

Zapadnie on niewątpliwie każdemu, kto ten wyjątkowy, wtorkowy wieczór postanowił spędzić na hali łódzkiej areny- nie koniecznie pod barierką.

Komentuj