Musisz się zalogować lub zarejestrować

Klimt „Agape”



Default-av-2 Kamil Downarowicz (12.01.2012 17:28)


Klimt to solowy projekt, znanego z formacji Saluminesia, Antoniego Budzińskiego. Z zespołem tym wielu dziennikarzy wiązało swego czasu pewne nadzieje, które jednak spełzły na niczym. Sauminesia postanowili być drugim Myslovitz - i mówiąc w skrócie – nie wyszło im to na zdrowie. Sytuacja Budzińskiego była o tyle lepsza, że nikt z jego twórczością żadnych nadziei nie wiązał, więc mógł bez skrępowania i bez zbędnego stresu nagrać wszystko, co przyszłoby mu do głowy. No i niestety szansa ta nie została przez niego do końca wykorzystana.

Muzyka Klimt opiera się na zasadzie Yin i Yang, pochodzącej z antycznej filozofii chińskiej i metafizyki, mówiącej o tym, że w całym wszechświecie możemy odnaleźć dwie pierwotne i przeciwne, lecz uzupełniające się siły. W przypadku Klimt jest to cisza i hałas. Świat ciszy tworzony jest przez melancholijne, zmysłowe, post-rockowe gitary, delikatnie zawieszające dźwięki na leśnych pajęczynach. Świat ciszy to świat natury, to strumyk płynący pośród tajemniczych, ale przyjaznych gór, to wiatr poruszający konarami drzew, wydobywający ukrytą w ich korzeniach melodię. Świat hałasu reprezentują niepokojące shoegazeowe ściany dźwięku, otaczające nas szczelnie ze wszystkich stron. Staramy się uciec, biegniemy w panice przed siebie, ale nigdzie nie możemy odnaleźć wyjścia. Kręcimy się w kółko i w rozpaczy wołamy o pomoc. Może ktoś usłyszy nasz głos?



Yin i Yang istnieją na równych prawach, przenikają się, tworzą jedną, nierozerwalną całość. I rzeczywiście „Agape” jest spójny treścią i formą. Bardzo podobają mi się momenty, kiedy Budziński sięga po pianino, elektronikę czy motywy etniczne. Wychodzi wtedy poza wąskie ramy gatunkowe i próbuje eksperymentować. Szkoda, że robi to tak rzadko. Efekt jest taki, że otrzymujemy płytę, jakich jest już chyba tysiące. Owszem, „Agape” brzmi przyjemnie, głowa od niej nie boli, ale gwarantuje, że przesłuchacie ją dwa, trzy razy i odstawicie na półkę. To wszystko już było. Trochę tu Sigur Ros, trochę Radiohead, trochę Mogwai i może This Will Detroy You na dokładkę. Nic nowego. Do tego patos na zmianę z ckliwością aż wylewają się na niektórych kawałkach z kolumn, chcąc najwyraźniej utopić słuchacza. Nie specjalnie podoba mi się też głos i teksty Antoniego, które bywają irytująco infantylne. Może powinien on się zastanowić nad poszukaniem jakiegoś konkretnego wokalisty i tekściarza? Muszę przyznać, że ciekawi mnie dalsza droga, jaką obierze Budziński. Życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że nas jeszcze zaskoczy czymś pozytywnym.

powiązania

Komentuj