Zanim wzejdzie świt. Czas demonów



Indep Mamoń (03.02.2012 20:25)


Wydany w 2002 roku albumik „Diefenbach” był w ogóle jednym z pierwszych komiksów przygotowanych przez Kulturę Gniewu. Blisko dekadę później pojawia się kolejny tom cyklu Benedykta Szneidera z podtytułem „Zanim wzejdzie świt”.

To już nie mały albumik obleczony w kartonową okładkę, ale okazały album „na kredzie” i w twardej oprawie. To jedyna zmiana. W środku dalej jest mrocznie. I dobrze. Wszak Szneider w tego typu klimatach czuje się świetnie, czego dowodem czarno-białe grafiki, które możemy podziwiać przez ponad 50 plansz albumu. Zanim jednak przejdę do nowego „Diefenbacha” kilka słów o jedynce. Przenieśliśmy się wówczas do wioski Skytten, do której przybywa dwóch zakonników-joannitów. Przyciąga ich tu „Czarna księga” – będąca zapisem nawracania miejscowej ludności na chrześcijaństwo. Zanim jednak do niej dobrą, zostają wciągnięci w tajemnicę śmierci Agaty – czternastolatki, która mogła mieć kontakty z diabłem. Dowodem na to listy, jakie dziewczynka pisała do swej przyjaciółki Siri: „Droga Siri. Znów spotkałam się z Nim. Czekałam na niego przy krypcie tak jak zwykle. Och Siri! Gdybyś mogła to sobie wyobrazić. Każdy jego pocałunek sprawiał, że umierałam i rodziłam się na nowo.” W tajemnicę barona Diefenbacha, który ku czci żony obok miejscowego kościółka ustawił złowieszczy posąg ni to z aniołem, ni to z diabłem na cokole. A później trafiają na jego grobowiec, kryjący mroczną tajemnicę – ożywającego truposza…



Zgoła inaczej wygląda wioska, do której zaglądamy w drugiej odsłonie „Diefenbacha”. To wymarła osada przy ruinach klasztoru. To w nim – gdy jeszcze kwitło tu życie zakonne - pół wieku temu szatan miał objawić się siostrze Magdalenie. Teraz trafia tu Anton – złodziejaszek buszujący po bitewnych pobojowiskach – prowadzony przez tajemniczego Łowcę. Gościa w kapeluszu, z rozwianą, czarną peleryną i pustym wzrokiem. I z opowieści, którą przytacza „wybrańcowi” dowiadujemy się nieco więcej o zdarzeniach sprzed lat, o narodzinach dziecka będącego efektem miłosnych uniesien kochanków. Stanowią preludium do tego, co czeka nas gdzieś na północy, gdzie w zimnych toniach skrywa się… Magdalena. W scenariuszu jest więc mrok, tajemnica. No bo „Diefenbach” to po prostu horror. Takie też są grafiki Benedykta Szneidera. Czerń i biel w jego wykonaniu porównywana jest często wręcz do dzieł Albrechta Dürera. I o ile często porównania tego typu są na wyrost, to w tym przypadku doprawdy jest celne. Plansze, przez które przewijają się truposze, wszelakie demony i na których pojawiają się tajemnicze, opuszczone wioski, klasztory oraz grobowce robią wrażenie. A duży format drugiej odsłony serii sprawia, że w końcu można docenić w pełni kunszt rysownika.



„Zanim wzejdzie świt” nie zamyka tematu „Diefenbacha”. Na okładce pojawia się już zapowiedź kolejnego tomu – „Łowca”. Dobrze by było, gdyby przy okazji wydania tego albumu (oby nastapiło to szybciej niż za kolejną dekadę) wydawca pomyślał o wznowieniu pierwszego albumiku (może też w formacie A-4?), którego nakład – niestety – już się wyczerpał.

Benedykt Szneider „Diefenbach. Zanim wzejdzie świt”, wyd. Kultura Gniewu

powiązania

Komentuj