Lech Janerka

Kolejne produkcje Lecha Janerki rzadko wprawdzie przechodziły bez echa, równie rzadko mogły jednak liczyć na poklask szerszego grona słuchaczy. Na pewno nie zależało na takim poklasku samemu muzykowi, który nigdy nie pchał się przed obiektywy, nie zamierzał prężyć się w snopie uwagi mediów, nie zarzucał rozgłośni radiowych dziesiątkami singli, a zapotrzebowania rynku miał gdzieś. Dokładnie tam.
Aż tu nagle przyszło zaskoczenie. "Plagiaty" - najnowszy album Janerki - od kilku tygodni utrzymują się w ścisłej czołówce najchętniej kupowanych płyt w Polsce, a obiektywy same pchają się przed jej twórcę. Na ironię zakrawa fakt, że muzyka wypełniająca tę płytę powstała jakieś trzydzieści lat temu, a rejestracji mogła w ogóle się nie doczekać.
Independent: Podobno w kontrakcie podpisanym przed premierą poprzedniego albumu zastrzegł Pan sobie, że nie dojdzie do żadnego press tour z Pańskim udziałem. W ramach promocji "Plagiatów" pojawia się Pan natomiast na czatach, udziela wywiadów. Skąd ta odmiana?
Lech Janerka: Ale to nie jest press tour. Press tour polega na tym, że jeździmy od miasta do miasta i wybałuszamy gały, kiedy ktoś zadaje dziwne pytania. A teraz siedzę sobie spokojnie na miejscu, kilka dni po koncercie, nigdzie nie muszę jeździć. Rozmawiam z ludźmi. Raz na trzy lata mogę porozmawiać.
Independent: Na "Plagiatach" znalazła się muzyka, którą tworzył Pan przed kilkudziesięcioma laty, na długo przed nagraniem albumu Klausa Mitffocha. Nasuwa się w związku z tym pytanie, dlaczego tak długo zwlekał Pan z debiutem płytowym, skoro miał Pan muzykę?
Lech Janerka: Miałem muzykę, ale nie potrafiłem jej wykonać. Wtedy śpiewali Demarczyk, Niemen, Grechuta i inni wykonawcy o nieskazitelnym warsztacie. Ja takowego nie posiadałem i nie podjąłem rękawicy.
Independent: Ciekawi mnie, czy wszystkie te melodie z "Plagiatów" przetrwały w nienaruszonym stanie w Pańskiej pamięci, czy może były systematycznie archiwizowane na taśmach?
Lech Janerka: Nie, nie... Ja je po prostu pamiętałem. To są tak proste piosenki, że zapamiętanie ich nie sprawia żadnego problemu.
Independent: A kiedy narodził się pomysł, by siegnąć po tę muzykę?
Lech Janerka: Pracuję z Bartkiem Dziedzicem od ładnych paru lat. To producent "Fiu fiu", a także nagłośnieniowiec na moich koncertach. Wyprodukował też nowy album oraz kilka innych pozycji. To właściwie on tak przynudzał... Mówił, że skoro siedzę w domu, gram na gitarze i śpiewam jakieś śmieszne piosenki, to może warto byłoby je nagrać. Pomysł był taki, by zarejestrować je w bardzo surowej formie - wyłącznie z gitarą. Zaczęliśmy się tym bawić i oprócz gitary podochodziły inne instrumenciki.
Independent: Jak się Pan czuł w roli gitarzysty?
Lech Janerka: O, myślałem, że jestem lepszym gitarzystą. Trauma.
Independent: Jakie uczucia towarzyszyły Panu podczas odtwarzania tej muzyki sprzed lat? Sentyment?
Lech Janerka: Mówiąc o tych pioseneczkach jako o muzyce, mówimy za dużo. To proste piosenki - jedna czy druga melodyjka, podstawowe akordy. One są pogodne i subtelne, i to spowodowało, że robiło się je w miarę przyjemnie. Wracałem do nich tak od niechcenia. Mówię o sferze doaranżowywania tych rzeczy, czy w ogóle śpiewania tego. Oczywiście wykonawstwo to, jak zwykle w moim wypadku, męka, ale same piosenki ciągle lubię. Po nagraniu się to nie zmieniło, słuchałem płyty już po wydaniu i brzmiało to przyjemnie. Cieszę się, że te pomysły nie wylądowały w koszu.
Independent: Wspomniał Pan, że "Plagiaty" brzmią pogodnie. Jeśli o samą melodykę i nastrój chodzi, to rzeczywiście jest to album zdecydowanie radośniejszy od większości poprzednich wydawnictw. Czy to znaczy, że z wiekiem Pan posmutniał?
Lech Janerka: No, to jest dobry wniosek.
Independent: I co z tym? Tak już zostanie?
Lech Janerka: To się pewnie okaże za chwilę. W moim wypadku chwila oznacza trzy lata. Wtedy nagram następną płytę i sprawy się wyjaśnią.
Independent: Kilka amerykanizmów pojawiających się w tekstach sugeruje, że słowa - w przeciwieństwie do muzyki - powstawały współcześnie. Mam rację?
Lech Janerka: Teksty to historia ostatnich czterech miesięcy.
Independent: A swoją drogą, czym tłumaczyć nagromadzenie sformułowań o amerykańskim rodowodzie?
Lech Janerka: Nie ma ich tam za dużo. Używam na "Plagiatach" słów, które są w powszechnym obiegu, nie są to jakieś wykwintne określenia. Poza tym to chyba nie są już amerykanizmy. Jeżeli jakaś knajpa w Kocibuszkach nazywa się "Freedom", to jaki to amerykanizm?
Independent: Może to naiwne pytanie, ale zastanawia mnie, czy za takimi sformułowaniami, jak "kryptofisie" albo "patofil" coś się kryje, czy to może zupełnie swobodna gra słów?
Lech Janerka: Nie, to słowa użyte z pełną premedytacją i bardzo precyzyjne. Patofil to taki ktoś, kto lubi patologię, wielbiciel patologii, a kryptofiś to taki, co jest fisiem, ale się z tym kryje.
Independent: Czy pogodna warstwa muzyczna zdeterminowała nastrój tekstów?
Lech Janerka: Ja próbowałem, ale właściwie nie udało mi się. Trochę mi szkoda. Poza "Ramydadą", której tekst jakoś przystaje do melodii, reszta troszkę się rozmija z muzyką. To, niestety, ściąga te utwory w bardziej mroczne rejony. Można powiedzieć, że nie udało mi się osiągnąć takiej pogody ducha, jaką kiedyś zdarzało mi się miewać.
Independent: Ale taki na przykład "Rower" brzmi wręcz sowizdrzalsko.
Lech Janerka: Sowizdrzalsko? Jest coś takiego. Postawa sowizdrzalska nie jest najgorsza. Sowizdrzalstwo nie wyklucza jakichś głębszych przemyśleń, a przy okazji jest pogodne i dodaje chęci zycia.
{---}
Independent: Na "Plagiatach" wrażenie robi przede wszystkim aranżacyjna oszczędność, wręcz ascetyczność. Na przykład "Rympał", gdyby pozbawić go gitarowego akompaniamentu, pozostałby zupełnie nagi. Zastanawia mnie w związku z tym, czy wyjściowy materiał sprzed lat w ogóle był poddawany liftingowi?
Lech Janerka: "Rympał" to pierwsza piosenka, jaką w ogóle napisałem. Poza tekstem pozostała w zupełnie niezmienionej formie. To dźwięki powstałe w okresie, w którym zaczynałem grać na gitarze i poznawałem pierwsze dwa akordy. A może trzy? Próbowaliśmy nagrać "Rympał" w bardziej zaawansowanej postaci, ale stwierdziliśmy, że pozostawimy go właściwie jako demo. Siedziałem sobie gdzieś w kącie i przenuciłem sobie piosenkę, żeby wiedzieć, ile ma taktów. Tak zostało, nie przebiliśmy tej wersji, poza tym nawet nie bardzo próbowaliśmy się napinać, bo tak powinno to wyglądać. W niektórych utworach gitary akustyczne brzmią dokładnie tak, jak w momencie komponowania tych piosenek, na tym poziomie nie ma żadnych modyfikacji. Pododawaliśmy jednak basy, klawisze. To normalna praktyka podczas produkcji.
Independent: Czy utwór "I jak ci tam w tym niebie" to komunikat do Wojtka Seweryna?
Lech Janerka: To jest komunikat do umarlaków, ponieważ tak się złożyło, że ostatnio w moim otoczeniu mniej ludzi się rodzi, niż umiera, więc tak sobie pomyślałem, że można by tym umarlakom poświęcić kilka wersów.
Independent: Jak się osiąga taki stan bezwładu, jaki opisuje Pan w "Absolulu"?
Lech Janerka: Pograj dwadzieścia pięć lat na scenie, to zobaczysz.
Independent: Ten "minimal stan", o którym Pan pisze, to już konieczność, czy jeszcze alternatywa?
Lech Janerka: To jest wybór, to nie jest najgorszy stan.
Independent: Wers zamykający płytę brzmi: "trzeba sporo kwasu, żeby ogranąć sens". Nie ma sensu?
Lech Janerka: Lewis Carroll gdzieś tam zasolił, że sens nie ma sensu. Każdy go szuka, każdy ma swoje sposoby. Ja uważam, że jest jakiś sens. W końcu żyję, próbuję zerkać w różne strony, rozwijać się. Efekty są różne, ale podejmuję próby i jakiś sens dostrzegam.
Independent: W tekstach z "Plagiatów" padają aluzje do "Kill Billa" i "Upadku". Bywa Pan w kinie?
Lech Janerka: Tak, bywam. Chodzę na różne rzeczy. Byłem na przykład na... Nie pamiętam tytułu, obraz odwoływał się do "Odysei".
Independent: "Troja"?
Lech Janerka: O, "Troja". Zagrał mój sentyment do starożytności, wyniesiony jeszcze z dzieciństwa. Byłem też na "Między słowami", bardzo cenię ten film, podoba mi się, że kino zerka momentami w takie rejony. Oglądam, staram się być w miarę na bieżąco, to - jak się okazuje - jedno z pól, na których szukam inspiracji.
Independent: Jeśli o samą muzykę z "Plagiatów" chodzi, to chyba nie będzie Pan zaprzeczał wpływowi The Beatles?
Lech Janerka: (śmiech) The Beatles... Jest to mój ulubiony zespół.
Independent: Z drugiej strony trudno uwierzyć, że taki utwór, jak "Wiosna na pustyni" powstał dzięki beatlesowskiej inspiracji.
Lech Janerka: W tym wypadku geneza jest nieco inna. W warstwie melodycznej jest to dokładne powtórzenie "Braku". To jest ta sama melodia, tylko śpiewana oktawę niżej i inaczej zaaranżowana. Z tym utworem wiąże się pewna historyjka. Kiedy poznawałem moją Bożenę - moją żonę, z którą gram od wielu lat - wybraliśmy się do kina na film, w którym podkładem muzycznym były bossanovy. Spodobały się Bożenie, więc po powrocie do domu napisałem jej właśnie bossanovę. Po latach do niej wróciłem, ale głos osiadł mi nieco w dole i pomyślałem, że można by zaśpiewać oktawę niżej. Dlatego zrobiłem dwie wersje: grubym i cienkim głosem.
Independent: Podobno The Beatles poznał Pan w podstawówce dzięki koledze?
Lech Janerka: To było w liceum.
Independent: Czy od tamtej pory dostrzegł Pan jakikolwiek zespół, który zdołałby zbliżyć się do ich poziomu?
Lech Janerka: Powiem bezczelnie, że nie.
Independent: Czy kiedy zaczynał Pan grać, było Pana ambicją, by im dorównać?
Lech Janerka: Tak, chciałem być Paulem McCartneyem. Myślałem, że jeśli będę miał podobny bas - a on grał na bardzo specyficznym instrumencie w kształcie skrzypiec - to nim zostanę. Dostałem taki bas na czterdzieste urodziny. Było już grubo za późno.
Independent: A czy to prawda, że maturę pisał Pan o George'u Harrisonie?
Lech Janerka: Tak. Dostałem niską ocenę.
Independent: Ja pisałem o Panu.
Lech Janerka: O, to ciekawe. Jak z oceną?
Independent: Piątka.
Lech Janerka: No, kurde, gratuluję.
Independent: Podobno w ramach promocji nowego albumu ma się odbyć kilkadziesiąt koncertów.
Lech Janerka: Och, kilkadziesiąt. Powiedzmy wprost, że ma być ich około trzydziestu. Kilkadziesiąt to może by dziewięćdziesiąt dziewięć.
Independent: Trzydzieści to i tak sporo, zwłaszcza że deklarował Pan, że już trzy pod rząd to zdecydowanie za dużo.
Lech Janerka: Wpadłem w sidła menadżera, który po prostu drenuje mnie i najwyraźniej chce wykończyć. Ja sam jestem ciekaw, ile będę w stanie wytrzymać. Teraz zagrałem serię pięciu koncertów, a wcześniej rzeczywiście rzadko zdarzało się, bym zagrał trzy pod rząd. To było ciekawe doświadczenie, bo po trzecim chciałem umrzeć, ale już po piątym miałem ochotę zagrać kolejny. Teraz robię sobie kilkudniową przerwę, a potem wracam do koncertowania. Ciekawe, jak to się wszystko skończy. Wcale nie jest powiedziane, że zagramy wszystkie zaplanowane koncerty. Zobaczymy.
Independent: Jak Pan wspomina współpracę z Tymonem przy okazji utworu nagranego na potrzeby ścieżki dźwiękowej filmu "Wesele"?
Lech Janerka: Bardzo lubię Tymona. Pozdrawiam go i życzę wszystkiego dobrego. A praca poszła bezboleśnie, mignęło to w ułamku sekundy. To była krótka piłka.
Independent: Tak zupełnie na marginesie; podobno jest Pan sympatykiem jednego z albumów Sepultury?
Lech Janerka: "Roots". Uważam, że to bardzo dobra płyta, ciężko jej podskoczyć, przebić ją w działce, w której powstała.
Independent: Czy z materiałów powstałych w Pańskiej młodości coś jeszcze zostało?
Lech Janerka: Zostało ze sto siedemdziesiąt piosenek. Mógłbym wydawać płyty co pół roku.
Independent: Ale pewnie nie należy się tego spodziewać?
Lech Janerka: Nie sądzę, bo w tej chwili myślę już o czymś innym. Te piosenki, które są na "Plagiatach", satysfakcjonują mnie.
Independent: A nowa - czyli wypełniona materiałem świeższym, niż sprzed trzydziestu lat - kiedy może powstać?
Lech Janerka: Znając siebie, to za chwilę, czyli za trzy lata, może cztery.
Powiązane:
Janerka Lech











