rozmowa z Sorenem A. Gaugerem

Monika Stańco: Jaki jest Twój tekst?
Gauger Soren A.: Napisałem sztukę o chyba najbardziej abstrakcyjnym temacie związanym ze śmiercią Jezusa Chrystusa. Ma trzy części, nazywa się „Tryptyk”. Jest utrzymana w konwencji wodewilu przez pierwsze dwie części, które są trochę cyrkowe. Ostatnia opowieść jest już w kompletnie innej konwencji. Wszystko gra tutaj przez kontrasty. Obsada pochodzi z Polski, Kanady, Anglii i Meksyku. Jest to grane po polsku, angielsku i hiszpańsku.
M.S.: To Twój pierwszy dramat?
S.G.: Nie, napisałem jeszcze jeden, który miał być wystawiony w Los Angeles, ale niestety do tego nie doszło. Jest za to umieszczony w mojej książce, która została wydana w Stanach Zjednoczonych dwa lata temu.
M.S.: Pomysł przedstawienia śmierci Chrystusa w formie wodewilu nie wydaje Ci się ryzykowny?
S.G.: Nie, nie chodziło mi tylko o to. Tam jest bardzo cienka granica pomiędzy wodewilem a ostatnią częścią, która właściwie jest utrzymana w tonacji „memento mori”. Przez cały czas jest kontrast, który buduje napięcie.
M.S.: Chodziło mi o to, że jest to czas, który jest traktowany przez Polaków szczególnie, w skupieniu, zadumie, poprzez modlitwę. Może być to odebranie jako prowokacja.
S.G.: Zgadzam się. Patrząc na to bardzo powierzchownie można powiedzieć, że to jest bluźniercze, ale jeśli ktoś o tym trochę pomyśli, to zda sobie sprawę, że to jest nawet pobożne.
M.S.: A gdzie tajemnica związana z tym tematem?
S.G.: Chciałem zachować tajemnicę. Polecenie było takie, żebym napisał coś o śmierci Jezusa. Są różne postacie biblijne, z których mogłem wybrać i opisać ich historię. Nie chciałem jednak przedstawiać tego w ten sposób, ale stworzyć atmosferę religijną wspominając jedynie o tematach z Biblii za pomocą skojarzeń, nie poprzez dosłowność.
M.S.: I jeszcze samo miejsce – Alchemia. Wydaje Ci się odpowiednia do pokazania tematu związanego z pasją, czy też z okolicami pasji?
S.G.: Mieliśmy to wystawić w Teatrze 38, ale stwierdzili, że to zbyt ryzykowny pomysł bez podpisu proboszcza. Zostaliśmy stamtąd dosłownie wyrzuceni. A w Alchemii stwierdzili, że mamy wolną rękę. I to jest najlepsze. Wydaje mi się, że w Polsce jest jednak duża tradycja intelektualistów chrześcijańskich. W porównaniu z Kanadą na przykład, gdzie słowa religia i wiara kojarzą się z zamkniętym umysłem, czy nawet rasizmem. A w Polsce dyskusji na ten temat jest sporo. Jest taka postać jak ks. Tischner, który w bardzo inteligentny sposób opisuje wiarę we współczesnym świecie.
M.S.: Niedawno zakończył się VIII Przegląd Dramatu Współczesnego, którego temat brzmiał „Blokowisko czy testament księdza Tischnera”. Dziennikarze i teatrolodzy próbowali odpowiedzieć na pytanie, jakie miejsce zajmuje współczesny dramat i o czym powinien opowiadać. Czy powinien pójść drogą teatru reportażowego i poruszać trudne i brutalne tematy? Jaka powinna być ta współczesna sztuka?
S.G.: Takie podejście do teatru nie jest mi bliskie. Jeśli to nie ma nic wspólnego ze sztuką to naprawdę nie warto o tym mówić. Tylko dlatego, że istnieją blokowiska?
M.S.: Z drugiej strony teatr posiada olbrzymie dziedzictwo w postaci wielkich tekstów. Jak pokazać je tak, żeby nie straciły swojej wymowy w naszej współczesności? Poprzez zabiegi przebierania bohaterów w glany i przenoszenia ich do nocnych klubów? Na przykład „Hamlet” Klaty nazywa się „H.”. Jak podobają Ci się takie zabiegi?
S.G.: To jest takie skromne podejście, moim zdaniem. Współczesność nie istnieje w komputerach albo w marketingu, czy w rzeczach tego rodzaju. Jak możemy rozumieć „Hamleta” w naszym czasie? Czy przez to, że ubieramy postać w mundur z wojny wietnamskiej? To jest sztuka? Wydaje mi się, że to wszystko jest degradacją.
M.S.: Myślisz, że te teksty zestarzały się i są mało współczesne?
S.G.: Nie. To wszystko zależy od tekstu.
M.S.: A nie od subtelności reżysera?
S.G.: Oczywiście też. Ale to jest wielkie ryzyko realizmu. Zawsze. To jest też problem związany ze sztuką, która popiera pisanie o blokowiskach. Taki rodzaj realizmu bardzo szybko straci ważność. Tak jak na przykład stało się z realizmem XIX wieku. Nie da się tych rzeczy czytać. Nie jest to związane ze sztuką przez wielkie „s”. Sam często czytam rzeczy z XVIII, czy nawet z IV wieku. Ostatnio czytałem Homera i wydaje mi się to jak najbardziej aktualne. Nie trzeba przebierać tych bohaterów za gangsterów, aby pokazać, że ma to współczesny wymiar.
M.S.: A wśród polskich autorów?
S.G.: Przyjechałem do Polski, bo kocham Brunona Schulza i chciałem go czytać w oryginale. Myślę, że do tej pory nie ma ani jednej dobrej próby przedstawienia Schulza ani w teatrze, ani poprzez muzykę. To jest taka sztuka, która jest już sama w sobie pełna. Kiedyś Schumann próbował dopisać dodatki fortepianowe do partii solowych skrzypiec Bacha. A są to kompletne dzieła. Schumann wyszedł tylko na głupca.
M.S.: Z innych polskich pisarzy znajdujesz jakichś, którzy mogliby być czytelni dla obcokrajowców? Oprócz Gombrowicza i Mrożka?
S.G.: Jak najbardziej. Są niesamowite postacie. Jak na przykład Aleksander Wat, czy Jan Potocki. A z samych dramatopisarzy? „Nie boska komedia” mogłaby się obronić. Co jeszcze? Oprócz Gombrowicza. Nie wiem. Niestety dzieła klasyków bardzo słabo się tłumaczą do tej pory, więc dla Anglików jest to kompletnie nieznana kraina. Ale tradycje powieściopisarskie w Polsce są bardzo silne.
M.S.: Zamierzasz pisać dla teatru? Jest to trudna forma, a dosłowność jest wrogiem bardzo poważnym.
S.G.: To jest na pewno ciekawe doświadczenie. Wydaje mi się, że jest trochę „wulgarne”. Kiedy piszę opowiadanie myślę, że ta forma jest już pełna. Pisanie dramatów rządzi się innymi prawami. Istnieje ryzyko, że tekst zostanie bardzo dosłownie potraktowany. Bardzo mi się podoba to, co zrobiła moja reżyserka Ałła Maslovskya. Tekst nabrał plastyczności. Nigdy bym nie pomyślał, że coś takiego może zostać zrobione z mojej sztuki. Było to dziwne doświadczenie, ale bardzo przyjemne.
M.S.: Bardzo dziękuję za rozmowę.
Szczegóły dotyczące grupy Axism Muni znajdują się na stronie www.axism.pl








