Tomasz Piątek "Pałac Ostrogskich"
Usiądę przy komputerze, zaparzę kilka herbat i napiszę opowieść o alternatywnej wersji własnego losu – takie zamierzenie twórcze zdawało się przyświecać autorowi głośnej „Heroiny” przy pisaniu nowej powieści. Nie jestem pewien, czy można jednak „Pałac Ostrogskich” określić mianem powieści. To dość osobliwy i bardzo frapujący konglomerat wielu gatunków literackich, w której felietonistyczne zacięcie i charakterystyczna forma autoironii Tomasza Piątka wysuwają się na pierwszy plan i powodują, że tę książkę można od pierwszych stron pokochać albo się z nią do końca męczyć. Dotychczasowa twórczość autora wywoływała we mnie mieszane uczucia. „Kilka nocy poza domem”, „Przypadek Justyny” czy „Nionio” były powieściami ze specyficznym kluczem interpretacyjnym. „Pałac Ostrogskich” odczytuje się nie w kontekście linearnie układających się zdarzeń (bo linearności w tej książce nie ma), lecz ukrytej pod kolejnymi rozdziałami wykładni, jaka odnosi się w szerszym znaczeniu do egzystencjalizmu i fatalizmu.
Trop do egzegezy tekstu ukryty jest już w pierwszym zdaniu. Okazuje się, że całość świata przedstawionego wyłania się z subiektywnych odczuć chwili i wybiórczej pamięci. W tonie objawienia Piątek informuje bowiem, że „Na początku był nastrój”. Jego opowieść będzie więc zmienna tonacyjnie, niejednorodna, ustawicznie zaskakująca zarówno formą, jak i treścią. Zaskakująca bardzo pozytywnie i niezwykle sugestywnie. Nic bowiem po lekturze „Pałacu Ostrogskich” nie jest tym, czym się dotychczas wydawało. Wszystko zmienia swój kształt i staje się niejednoznaczne. Jest to tekst, w którym dokonują się skomplikowane operacje na kształtach rzeczy i tekst przedstawiający paradoks zmieniania kształtu uczuć. Przede wszystkim jednak autor staje jakby obok siebie i demaskatorsko szydzi z własnego życia, będąc jednocześnie wnikliwym obserwatorem historii i teraźniejszości swojej ojczyzny, której kształt (sic!) jest tak samo niejasny, jak kształt tajemniczych podziemi w tytułowym pałacu.
Piątek zaskakuje i rozbraja swoją szczerością. Przeczytać można na przykład, że „Mając dziesięć lat, byłem już zdeklarowany, wiedziałem, że chcę zostać narkomanem, a potem umrzeć, ewentualnie napisawszy jakąś książkę, żeby zagrać ludziom na nosie, pokazać, że mogłem być z wami, coś sobą reprezentować, ale jednak wolałem się nie męczyć”. Z takim dorobkiem pisarskim i mroczną kartą biografii, którą wszyscy znają, autor wydaje się potwierdzać to, że od czasu do czasu uśmiecha się sardonicznie i drwi z zasad oraz percepcji swoich czytelników. Można „Pałac Ostrogskich” interpretować jako dodatkową opowieść pół żartem pół serio, którą Piątek decyduje się dodać do swych dokonań pisarskich. Można także spojrzeć na tę książkę jako na podkreślenie kuglarskiej zabawy ze słowem i całą literaturą, praktykowaną przez autora od lat. To jednak dość pesymistyczna w swej wymowie opowieść, w jakiej znaleźć można zarówno nawiązania do wcześniejszych książek Piątka, jak i do znanych i cenionych tekstów kultury oraz rozpraw naukowych. Po co to wszystko? Myślę, że przede wszystkim po to, aby pokazać mroczną stronę życia i przeżywania samego siebie. „Pałac Ostrogskich” jest bowiem – przy całej swej ironicznej i chwilami dowcipnej konstrukcji – opowieścią snującą się w symbolicznym mroku, w alegorycznych lochach, z których wielu nie udaje się wydostać. Sfera ciemności, swoista szatańskość przekazu wiąże się niewątpliwie z następującymi słowami autora: „Jestem po to, żeby przypominać wam o tym, że ten świat jest nie tyle szatańsko zły czy szatańsko straszliwy, tylko raczej szatańsko niewygodny, szatańsko, straszliwie niedopasowany do nas, że jesteśmy nie z tego świata i potrzebujemy czegoś innego”. Lektura „Pałacu Ostrogskich” może być szatańsko niewygodna, bo nawiąże do spraw i uczuć, o jakich na co dzień nie myślimy.
Autor „Bagna” prezentuje nam szereg różnego rodzaju prób. Prób mających na celu wpłynięcie na wspomniane już kształty i prób zakończonych wielokrotnie niepowodzeniem – niczym u de Montaigne’a. Nie da się bowiem w konkretnej formie i w konkretnym czasie opisać czegoś, co wymyka się próbom jakichkolwiek syntetycznych podsumowań. „Człowieka nie da się odkształcić. Uczucia nie mają kształtów, to nie formy. Uczucia istnieją w czasie. Człowiek nie jest formą, nie jest ciałem. Jest ciągiem”. Uważam, że ta książka także jest specyficznym ciągiem słów. Tak wieloznacznych i tak niejasnych jak wszystkie charakterologiczne rysy postaci, które poznajemy na kartach „Pałacu Ostrogskich”.
Na zakończenie kilka konkretnych zachęt do przeczytania. Utwór kryje w sobie wiele zagadek, które czytelnik za wszelką cenę próbuje rozwikłać i tym samym całkowicie zanurza się w narracyjną polisemię. Poznamy m. in. frapujące historie zdrapywania renesansowych obrazów, tajemnicę pewnej surrealistycznej transplantacji i zaginionego rękopisu, którego lektura znacznie ułatwiłaby życie. Dowiemy się także, dlaczego nikomu poza pewnym starszym panem nie wolno siadać na parkowej ławeczce, której zdjęcie zdobi okładkę książki.
Piątek napisał o sobie na nowo. Napisał inteligentnie i podważył wiarę w stały porządek rzeczy, miejsc i ludzi. „Pałac Ostrogskich” dostarczy niepowtarzalnych wrażeń i na pewno wyraźnie wpisze się w dorobek twórczy autora jako powieść potrzebna przede wszystkim jemu samemu.











