Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo”



Default-av-2 Grzegorz Czekański (05.09.2008 21:10)
Być może to nieładnie. Nie w duchu chrześcijaństwa. Z całą pewnością nie po dżentelmeńsku. Lecz mimo wszystko przyznać należy, ze wszelkimi tego konsekwencjami, że Jerzy Pilch (paradoksalnie) najmocniejszy bywa wtedy, gdy słania się na ciężkim rauszu. Gdy jego literacki bohater sunie na miękkich kolanach, czkając, bełkocząc, bezradnie wyciągając swe dygoczące dłonie do reszty bełkoczącej – lub nie – kompanii.

Nieprzypadkowy jest fakt, że najwybitniejszym jak dotąd, poważnym tekstem tego niepoprawnego gaduły z okolic Wisły, Krakowa czy Dworca Centralnego – okazuje się „Pod Mocnym Aniołem”. Mocna pijacka epopeja. Powieść tyle zaangażowana, co przemyślnie zdystansowana. Narracja równie autobiograficzna, co bujnie zmyślona. W podziurawionej pamięci zmęczonego recenzenta tkwią do tej pory frazy o „chitynowych pancerzach rzygowin”, setkach stłuczonych – i co najważniejsze: opróżnionych – butli z wysokoprocentowym, zwietrzałym osadem. Pisarz u szczytu formy dał w „Mocnym Aniele” ekstrakt swej pisarskiej osobowości, miotanej alkoholowym spleenem, dygotami, które potrafiły generować fascynujące fantasmagorie. Pilch – stylista, pastwiący się nad możliwościami języka. Szaradziarz. Nieposkromiony kuglarz. Pilch – po przejściach, dbający o bogactwo życiorysu. Pilch – koneser arcydzieł literatury, umiejętnie jej nieskończone zasoby eksploatujący. Wszystkie elementy tego kalamburu stworzyły wybitną mozaikę, wielopiętrowo strzelistą, którą rekonstruowało się z dziką satysfakcją.

Potem, zgodnie z logiką odwiecznych prawideł, nadszedł prędko, bo w siedmiomilowych butach, siedmioletni czas lat chudych. Pisarz rozmieniał się na drobne, koncentrując na działalności felietonowej, która także rozmieniała się znienacka na pomniejsze i coraz bardziej błahe przejawy z rejonów literackiej publicystyki. Przyszło na świat nieudane „Miasto utrapienia”. Sytuacja wymaga, by użyć Pilchowego, ulubionego piłkarskiego żargonu – autor zmieniał koszulki, z krakowskiego „Tygodnika Powszechnego” przedzierzgnął się w barwy warszawskiej „Polityki”, by zakończyć mecz (jeśli zabawa, to na całego!) w axelspringerowskim „Dzienniku”. Jesteśmy wreszcie w domu - pojawia się „Moje pierwsze samobójstwo”.

Nowy zbiór dziesięciu opowiadań nie przynosi przełomu, nie tego przecie się po Pilchu spodziewamy. Przełomowość jest wiślańskiemu prozaikowi bezwarunkowo obca, wpisana w indeks cech pisarsko zakazanych. „Mojemu pierwszemu samobójstwu” niedaleko także do artystycznego samobója, które i wcześniej bezskutecznie pisarz popełniał, powielając (cyklicznie, bezustannie) krąg swych ulubionych, koronnych motywów. Poetyka futbolu, okołowiślański regionalizm, miłosne zdobycze, nostalgiczne nawroty dziecięcych wspomnień, tworzenie mitów – to u pana Jerzego kanon, niczym trzy prawdy wiary zawsze obecny. Przyjrzyjmy się zatem książce z bliska, w powiększeniu. Metaforyka stadionowa, dalekosiężne (na długość wykopu z woleja) porównania, retoryczne parady, spalone, nieumyślne faule i manieryczne kiksy – wszystko to znamy z kart jego powieści niemal na pamięć. Są też i teraz. Także zaklęty krąg pod nazwą Wisła, opętany przez ewangelicką społeczność, reminiscencje z dzieciństwa, nostalgicznie wypielęgnowane szczegóły, które Pilch pacholęciem będąc zapamiętał i teraz kontempluje z łezką w oku - oczywiście i te wszystkie detale są w „Moim pierwszym samobójstwie” zapisane. Obowiązkowo. I ta znana wszem i wobec szarmancka aparycja łamacza niewieścich serc...Coś jeszcze? Coś ponad to, co znamy z kart jego poprzednich dokonań?

Nie tędy droga. Oto jesteśmy w momencie, w którym ktoś nie znający Pilchowej twórczości znajduje się w jak najbardziej uprzywilejowanej pozycji. Ktoś ten zasłyszawszy gdzieś, że te książki się najzwyczajniej sympatycznie czyta, z chytrym uśmieszkiem przebrnie przez trzysta stron „Mojego pierwszego samobójstwa”. Ów ktoś będzie podziwiał retoryczne akrobacje autora, z którym niewielu bić się może o pierwszeństwo. Z aprobatą skinie głową, mówiąc : „Tak być mogło, rację masz ty, Pilchu! Wielkim żeś jest pisarzem!”. Będzie chłonął kolejne stronice, zadowalając się przyjemnościami płynącymi z pogawędki z nowopoznanym towarzyszem. Czar pryśnie, gdy zachęcony czytelnik sięgnie po poprzednie pozycje z katalogu pisarza, odnajdując jak krople wody do siebie podobne motywy, detale, bohaterów, sentencje, scenki, refleksje, kark łamiące stylistyczne wygibasy...Wszystkie bliźniaczo z sobą pokrewne, mnożące się za pomocą techniki kopiuj/wklej.

Sam w sobie, w oderwaniu od przeszłych dokonań, zbiór tych dziesięciu opowiadań mimo wszystko może przypaść do gustu. Przynajmniej zakładam taką możliwość. Brzmi zachęcająco już od pierwszych stron – potwierdza to chyba najlepsze, otwierające opowiadanie o „Najpiękniejszej Kobiecie Świata”, w którym Pilch czuje, że „Ma prawo do stawiania i do rozstrzygania kwestii kluczowych”. Po chwili dodając „Stawiam zatem (i zaraz rozstrzygnę) następującą kwestię kluczową: Co mianowicie w seksie jest kwestią kluczową?”. Kilka dalszych opowiadań (choćby tytułowe) jest równie przyzwoitych, tak samo łatwych co przyjemnych. Ale jak oderwać „Moje pierwsze samobójstwo” od dawnych, zdecydowanie lepszych dokonań? Jak odsączyć Pilcha z Pilcha? Przecież to równie niemierzalne co zawartość cukru w cukrze. Po lekturze ostatniej książki nie zmienia się nic, podobnie jak to, że dla mnie pisarz ten pozostanie autorem „Spisu cudzołożnic”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Tysiąca spokojnych miast”. Po lekturze ostatniej książki nie zmienia się NIC, to chyba wystarczająco przygnębiający argument.

Okres lat artystycznie chudych w przypadku pana Jerzego przedłuży się, co potwierdza (pod każdym względem) jego ostatnia książka. Przypomina mi się przy tej okazji internetowy czat z autorem, który widząc napisane przez fankę jego twórczości :„Współczuję panu chwilami”, beztrosko rzekł swoje :„Pocałuj mnie w dupę”. Fakt jednak jest taki, że od dłuższego czasu Jerzy Pilch i jego Mocny Anioł mocno się pocą, dwoją i troją – i nie przychodzi im w zamian na myśl nic ważnego, jątrzącego. Jeno nostalgiczne błahostki, wariacje z powtórzeniami. I copiątkowe felietony, w których prozaik z całą zatwardziałością dowodzi, że niemożliwe jest przejście przez drugą stronę drzwi, nie wspominając nawet o odpakowaniu płyty z muzyką. Być może w końcu uda się to cholerstwo odpieczętować, muzyka zabrzmi, a sam Pilch przemierzy próg. Przejdzie.

[21.04.2007]

powiązania

Komentuj