3. Wrocław Summer Guitar & Folks Festival 2007

Muzyka Flamenco jest bardzo ekspresyjna i emocjonalna, pełna pasji i namiętności. Pewną specyfikę stanowi prawie nieodłączne połączenie jej z tańcem flamenco. Opowiadanie o niej to rzecz subiektywna, zaś moja wyobraźnia milczy jak zaklęta, głucha jak pień na jej uroki. Jednak lubię jej słuchać, a już w szczególności patrzeć na taniec... Na koncert Vicente Amigo, uznawanego za następcę Paco de Lucii, postanowiłam więc zaprosić Marsa, piszącego znakomite wiersze i opowiadania, ale też czującego gitarową muzykę klasyczną (pewnie dlatego, że zaliczył trochę szkoły muzycznej). Z jego pomocą spróbuję poruszyć swoją wyobraźnię, coś w sobie uruchomić i poszukać dla siebie na całym festiwalu.
Bez zapowiadanego supportu Que Passa, Vicente wychodzi na scenę sam i zaczyna grę. Komentarze z tłumu to wielka tradycja naszego kraju, one mają wiele wspólnego z flamenco, bo tak jak ta muzyka dotykają tradycji pewnej wspólnoty i niezależności. Gdy po ulicach naszego kraju jeździły jeszcze czołgi, a kino (pękające w szwach od tłumów spragnionych prawdy i wolności) było prawdziwym oknem na ten wolny świat, niektóre komentarze w salach kinowych wywoływały gromki śmiech i niejednokrotnie większe zainteresowanie (moje przynajmniej) od samej akcji filmu. Gdy po dwóch utworach na scenę wchodzi 3- osobowy zespół muzyków charakterystycznie wyklaskujący rytm i wpatrzony w Vicente, pojawia się pierwszy komentarz z tłumu, (chyba trochę zakorzeniony już w dzisiejszej rzeczywistości): „klaszczą swojemu szefowi”. Potem już do końca pozostaje między muzykami specyficzna komunikacja: bez przerwy niemal patrzą na siebie, niezwykle ciepło i przyjacielsko wymieniając się szczerymi uśmiechami, a Vicente po każdym aplauzie publiczności dotyka swojego serca.
To sedno sprawy flamenco – bardzo bliski, rodzinny kontakt i wzajemny szacunek, ale oprócz tego formalna konieczność, jak wyjaśnia mistrz Paco de Lucia, mówiąc o różnicy między jazzem a flamenco: „W jazzie improwizacja jest zorganizowana. Masz akordy i cykle akordów i stale je powtarzasz grając. We flamenco jest inaczej. Tu się improwizuje w sposób anarchiczny. Muzycy kontrolują improwizację bardziej wzrokiem niż słuchem. Nie wiesz jaki akord ma nastąpić, więc patrzysz na ręce gitarzysty i zgadujesz mające nastąpić zmiany.”
Wieczna niepewność jutra wędrujących Cyganów wyrażona została w ten sposób także całkowitą nieprzewidywalnością w ich muzyce. Żałosny śpiew drobnego Rafaella wywołuje kolejny komentarz w tłumie, zdradzający znajomość tematu: „ ja tam nie narzekam na swój los!”. (Zresztą soprany Rafaela burzyły za każdym razem misterne ustawienia akustyki za konsoletami, powodując nadmierne sprzężenia dźwięku). Wywodząc się ze starożytnych Indii, Cyganie przez wieki wędrowali przez całą Euroazję aż do Półwyspu Iberyjskiego koło Kadyksu, gdzie w I w. po Chrystusie muzyka flamenco wyewoluowała jako, można by rzec, zlepek czy raczej efekt wchłonięcia i przetworzenia zetknięcia z kulturą rzymską, kulturą ludów barbarzyńskich, Arabów, Chrześcijan i Żydów. Flamenco opiewa radość życia jak i pogodzenie z nieuchronnym jego końcem. Mars twierdzi, że ten sam utwór i tak samo brzmiący można zagrać i na weselu i na pogrzebie. Muzyka zdaje się mieć wśród wiecznie zmieniającego się otoczenia wciąż wędrujących Cyganów charakter sacrum – czegoś stałego i nabożnego, jako jedyny element łączący całą wspólnotę, jedyny element stały i niezmienny. To ważny przekaz dla całej wspólnoty: gdy ktoś intonuje pierwsze dźwięki, praca zostaje przerwana, wszyscy poważnieją i rozpoczyna się snuć jakaś niewidzialna więź między wszystkimi uczestnikami. To muzyka biedoty, efektu koczowniczego i wędrownego sposobu życia przez wieki i wszelkich dramatów z tym związanych. To muzyka życia i śmierci w najbardziej autentycznym wymiarze jaki można sobie tylko wyobrazić, muzyka z krwi i kości. Nawet pojedynki na noże odbywały się przy jej dźwiękach. A powody pojedynków na noże były różne, m.in. o kobiety, o których mistrz Paco mówi, że są „karą i przekleństwem”. W tym miejscu dla zobrazowania i pogłębienia atmosfery chciałabym zaprezentować moją ulubioną balladę Marsa:
Ballada o wielorybie
Nachil tego ranka krótko brali…
Choć słońce w górze długo stało,
Miast jasności od dymów ciemniało.
Ciała mężów nachilskich krwią zlane leżały.
Oni na zwinnych arabach kłusem,
Łup z miasta całego zwozili.
Dzieci nachilskie – już inni,
W kolumnach wiązali sznurem.
Misy złote, kobierce, klejnoty, puchary,
Dzwoniły w Nachilu długo, co chwila,
Gdy wreszcie wódz ich Munzira
Dał znak: - Czas łup żywy dzielić !
I rozwarli bramy świętej madrasy,
Tam nachilki w dziedzińcu skrywali.
A był wielki. Otoczon białymi liwanami,
Pełen arkad jak drzewa, jak lasy.
One ciche bez mężów, bez dzieci,
Kwef i sukno oka tylko nie kryły.
A ze dwie setki tam pięknych były,
Powab tryska, chaluk w wojach chuć nieci.
I już pierwszy tam z boku pochwyca,
A tuż za nim rąk gorących jest wiele.
W głębi wódz stoi z Iblisa uśmiechem,
Nieśmiałym i młodym syczy: - To twoja hurysa !
Potem przestał i jak paw pewnym krokiem,
Stąpa. A tam pod liwanem
Łoże włóknem palmowym jest dlań wyściełane.
W nim kobieta naga ponagla go wzrokiem.
Raz w dłoni miecz, raz pierś mieć,
Raz krew, raz rozkosz przelewać.
Śmierć, ta kobieta zdumiewa !
Pcha się sama, na gwałt, nie trzeba jej chcieć !
Wtem wzrok dwu wojów na lico rzucony to samo,
Dwie dłonie schwyciły ramię jedno.
Spojrzeli na siebie i bledną,
Dwaj bracia: Dżalut i Hannos.
Ona smukła w fioletnym kaszmirze,
Wyszła dumna – spojrzały kobiety…
Nogi jak palmy na nich bransolety,
Niemy spokój nastał w cielesnym wirze.
Bracia długo tak na się patrzyli,
- Ona wzrokiem ich chyba zaklęła !
Dwa orły schwyciły jednego daniela.
Już turbany, kolczugi zrzucili…
Słońce tuż nad arkadą. Skrzą się czarne szale.
Wiatr włos jej wywiewa z ukrycia,
Szmer fontann czy igieł cyprysa ?
Zgrzyt dały pierwszy o siebie bułaty, damasceńskie metale.
Dżalut starszy, w wojach wsławion był wielu,
Jak ptak z góry atakuje brata.
Hannos młodszy w garści mocno trzyma bułata,
I nie daje za nic dosięgnąć siebie, celu…
Niejeden już zgrzyt echem tu rozbrzmiewa,
Niejedno westchnienie i niejeden jęk.
Spojrzenie jej i Hannosa na moment,
Lewe udo młodzieńca krwią się już zlewa.
Dżalut jeszcze pewniejszy w ataku,
Już nie jak ptak – jak tygrys się rwie.
A tam – spójrz ! – krople krwi,
Znaczą obronę Hannosa na piachu.
I upada. Bułat blisko się wbija. Ziemię mierzi,
Potem wstaje na skrwawione nogi,
Powiew ten dziwny z jej oczu nie schodzi.
Pną się między nich mukarnasowe jej piersi…
Już ramię Hannosa krew nowa zbluzgała,
I już dłoń miecz słabiej trzyma.
Dżalut jak szatajn mord z bratem wyczynia,
Ktoś chce im przerwać. Munzira nie pozwala.
Hannos walcząc dłoń ukradkiem za pas skrywa,
Bułat bliżej już jego szyi.
Wtem patrz ! rzucony kindżał lśni,
Brat się chyli… z tyłu czaszkę innego rozrywa.
I krzyki… tamta chmura jakby wielbłąda przypomina…
Promień skacze leciuchno jak tancerz…
Głucho. Tępy zgrzyt… szyja…
Te oczy… w piach wbijają się palce.
- Nachil łatwo wzięty dziś z ranka !
Spojrzała pod stopy na głowę niedoszłego kochanka.
- Dokąd że to, pani, odszedł mój brat, czy duch brata ?
- A dokąd że odchodzi płomień lampy, gdy ją zgasisz dmuchnięciem ?
Hen w morskiej toni śpiew wieloryba humbaka.
- Zgasiłeś lampę jednym cięciem.
Ze względu na rozboje, kradzieże i inne problemy wynikające z włóczęgi Cyganów, administracje państw, do których docierali, stopniowo zaczęły zabraniać koczowniczego trybu życia i włóczęgostwa. Zaczęto wymagać od nich przypisania do stałego miejsca. Pojawiają się pierwsze istotne zmiany. W filmie „Czekolada” wywodząca się od Majów Vianne (J.Binoche) wnosi nowy wymiar, kolejną ważną przesłankę dla niespokojnego ducha wędrowców, w rozmowie z cygańskim rybakiem rzecznym – Roux (J.Depp):
- R.: Za każdym razem budujesz nowy dom, poszukujesz czegoś stałego…
- V.: Nie marzysz żeby mieć coś stałego?
- R.: Cena jest za wysoka, musisz liczyć się z opinią innych…
- V.: Co w tym złego, że ludzie oczekują czegoś od Ciebie?
Gdy muzycy schodzą ze sceny i Vicente pozostaje na niej znowu sam, słyszę ostatni komentarz z tłumu, mocno zakorzeniony we współczesności: „A teraz Vicente będzie robił na nich!”. Ale widać nie stanowiło to dla mistrza żadnego problemu, bo na koniec wszystkim swoim muzykom dotknął serca, uścisnął się z nimi serdecznie i ucałował.
Po koncercie wszyscy zainteresowani mogli udać się do klubu Łykend, by zobaczyć… support w wykonaniu Que Passa!
Ale od tego rozpocznę już wkrótce drugą i ostatnią część relacji z 4–dniowego festiwalu odbywającego się na Wyspie Słodowej we Wrocławiu – w miejscu, gdzie narodził się piastowski, polski Wrocław.
(17.08.2007)









