3. Wrocław Summer Guitar & Folks Festival 2007 cz. 2

Po koncercie Vicente Amigo organizator festiwalu Maria Tarasek zapowiedziała support Que Passa w klubie Łykend i dodała, że będzie tam również Vicente Amigo. Poszłam tam, do końca nie rozumiejąc o co właściwie chodzi.
Jarek Dzień (bardzo spodobała mi się jego wyrazista osobowość i sposób bycia, kawał temperamentu, chciałoby się rzec, południowego) szef zespołu, bez ogródek sypnął solą w oczy na Dzień dobry, czy raczej już dobry wieczór, bo dochodziła 22.00: „Nie zagraliśmy supportu nie z naszej winy… Może jest taki zwyczaj w Hiszpanii, że się nie gra supportów… po czym już nieco delikatniej dodał: Ale byliśmy na koncercie, bardzo nam się podobało”. Dopiero teraz załapałam o co chodziło… Trochę „błysnęło nożami”, więc już wolałam nie sprawdzać czy był w klubie obecny mistrz Amigo czy nie. Zresztą zespół zaraz rozpoczął grę i tu doznałam pewnego olśnienia…Kuba Mietła na akordeonie „wymietł” z mojej duszy sporą dawkę emocji. W zawadiackiej czapeczce emanował także nietuzinkową osobowością, dziękując za „skromne oklaski” i zapowiadając na koniec „bardzo groźny numer z nowej płyty”. To właśnie akordeon uruchomił we mnie zupełnie nieznane mi dotąd pokłady wrażliwości. Dźwięki wydobywające się z tego instrumentu przenoszą w zupełnie inną rzeczywistość, inny wymiar, wymiar poruszający wyobraźnię obrazową. Wsłuchując się w akordeon mam wrażenie jakby ktoś, żywa istota, do mnie przemawiała w swoim języku. Przypomina mi się przepiękny obraz z opowiadania science fiction Marsa pt. „Paradygmat”: „Dopiero teraz zobaczyłem ich twarze, twarze pełne tak wielu szczegółów, że zrozumiałem dlaczego unikają swojego wzroku. Można było patrzeć w tę twarz bez końca... Przez czoło płynął maleńki strumyk, w którym pluskały się maleńkie rybki, rozgałęział się na fałdach czoła, rozwidlał i spływał do dwojga oczu, stawów mieniących się szafirami wody i błyskającymi łuskami podwodnych istot, pośrodku pływały małe łódeczki z nagimi ludźmi, którzy poruszali się na nich swobodnie, rozmawiali i łowili ryby. Można było usłyszeć ich rozmowy, plusk wody, szum trzciny. Ponad wszystkim górował nos, górski szczyt, którego zbocza pokrywało niezliczone mnóstwo kwiecia, falującego od wiatru. Po łąkach goniły zwierzęta, a u podnóży rozciągały się pustynie policzków z pofałdowanymi piargami piasków, niezliczone ziarna szczegółów… Jak gdyby ktoś pokrył skórę twarzy malowniczym skrawkiem ziemskiego arrasu. Były twarze oceany, lasy, pustynie, sawanny, po których drapieżne koty goniły swoje ofiary, wszystko co tylko możesz zobaczyć na Ziemi...”.
Na koncercie Al’a Di Meoli na szczęście (dla mnie) także pojawił się akordeon, bo niestety nie było żadnego „wymiatania” gitarą elektryczną, z czego zasłynęło jego „spojrzenie” na muzykę jazzową. Al nie rozstawał się z gitarą akustyczną, bo w końcu przyjechał promować swój nowy akustyczny projekt, o który zapytałam go tuż po koncercie: „To kolekcja utworów Astor’a Piazzolli wykonana z moim własnym odtworzeniem i tylko moją interpretacją, coś, co chciałem zrobić od wielu lat. Zatem to był projekt i pasja, żeby to zrobić. I jestem bardzo szczęśliwy z rezultatu. To coś, czego dokonałem na własną rękę, bez inicjatywy wytwórni płytowej.”
Tę płytę można było kupić wyłącznie po koncercie artysty, ona nie jest dostępna w żadnych sklepach płytowych. I rzeczywiście obie ostatnie płyty sprzedawały się znakomicie. Unikatowy styl Al’a di Meoli, (który określiłabym mianem na użytek własny - jazz alternatywny, z prostej przyczyny genialnego połączenia kilku gatunków muzycznych), przyciąga w Polsce nowe pokolenia wielbicieli. Autografy Al rozdawał bardzo chętnie nie tylko na płytach, zdjęciach, biletach i plakatach, ale także …na gitarach. Na moje pytanie o najważniejszy moment, filozofię życiową odpowiedział: „Bóg dał mi pewien dar rytmu i wskazał drogę, którą podążyłem. Specyficznie moja muzyka wywodzi się z silnego poczucia rytmu, który czerpie wiele z przekazów kultury Ameryki Południowej. I także pierwsze spotkanie z Chick’iem Corea, a potem z Astor’em Piazzolla oraz życiowe okoliczności wpłynęły na mój styl, moją własną drogę grania w najbardziej pozytywnym sensie. Tak więc szczęśliwie miałem dwa rodzaje muzycznych ojców.”
Al z muzykami na scenie „opowiadał” obrazy z dalekich krajów i dalekiej przeszłości.
Po koncercie Vicente i Al’a nastąpiły dwa dni „pod słodkimi rządami” Tommy Emmanuela z bachanaliowym finałem. To były wielogodzinne warsztaty i jam session z wszystkimi muzykami, którzy wystąpili na festiwalu: Jarosław Śmietana Trio, Martin Taylor, Artur Lesicki i wszyscy poniżej - naturalne środowisko Tommiego, w którym czuł się znakomicie: „Jestem szczęśliwy, gdy mogę dużo grać i gdy ludziom w Polsce podoba się to, co robię. To mi dostarcza świetnego samopoczucia i chciałbym znowu tu wrócić i zagrać. Lubię to, co robię i mogę spotkać tylu cudownych ludzi na całym świecie. Właśnie grałem koncert w Japonii i Singapurze, a wcześniej w Kalifornii i Włoszech, z których przyjechałem tutaj. Na całym świecie spotykam mnóstwo różnych ludzi, nowych twarzy i nie jestem tym wcale zmęczony, bo z ludzi i z muzyki mogę czerpać mnóstwo dobrej energii. Gdy ktoś przedstawia coś z miejsca, w którym się urodził, to przekazuje bardzo silną energię dla innych. Większość ludzi w moim wieku nie może dotrzymać mi kroku (śmiech)”. To wielce szarmancki przystojniak, który na koniec szczerze uścisnął mi dłoń i pocałował… w policzek.
I Tommy rozgrzewał nawet dużo młodszych od siebie: Krzysia Pełecha, Joscho Stephana czy całą ekipę luzaków z Hot Club of Nashville. A Joscho na swój sposób jest jedyny w swoim rodzaju: szczery i uśmiechnięty najszybszy gitarzysta świata:
ddb: Dlaczego jesteś taki szybki?
J.S.: Bo dużo ćwiczyłem. (śmiech)
ddb: Czy ciągle gdzieś się spieszysz?
J.S.: Nie! Ćwiczenia idą z wolna, a szybkość jest potem. Gram szybko, bo wcześniej ćwiczyłem bardzo, bardzo powoli.
ddb: Ile godzin dziennie?
J.S.: Nie zawsze mam czas, ale staram się grać tak dużo, jak tylko mogę, bo to muzyka profesjonalna, ciągle ćwiczę. Obecnie coś około jednej godziny dziennie, czasem dwie.
ddb: Plus cała noc?
J.S.: (śmiech) Nie, nie. Ale od czasu do czasu zdarza mi się mieć 3-4 godziny na grę.
ddb: Czym zatem jest dla Ciebie Twoja muzyka?
J.S.: To część mojego życia, prawdziwa część. Wiesz, prawdziwi muzycy nigdy nie są w stanie przestać grać.
Wszystko to zostało wypowiedziane przez Joscho w…bardzo, bardzo szybkim tempie. Całe szczęście, że na dyktafonie jest opcja zwolnionych obrotów.
Nie wspomnę nic o „biednym” skrzypku w Kwartecie Joscho - nie ma zbyt lekko, żeby nadążyć za szefem.
Przez cały czas trwania festiwalu przewijała się postać maestro Jorge Morela seniora rodziny flamenco, prawdziwego gawędziarza.
Ksylofon butelkowy, zwany też butelkofonem wywołał sporo emocji wśród wszystkich. W towarzystwie gitary klasycznej Sahsy Dejanovića, który przyjechał z Hiszpanii z córeczką, Zoran Madziroj wygrywał na serii butelek o niewiadomej zawartości i bardzo różnorodnych etykietkach klasykę klasyki: Vivaldi, Beethoven, Khatchaturian, Rossini, Offenbach i in. To tzw. styl „classic and bottle”, bardzo powszechny w rodzinnej Chorwacji. Jak stwierdziła organizator festiwalu Maria Tarasek po gromkich oklaskach: „Okazuje się, że gitara lubi towarzystwo butelek”.
Na koncercie finałowym atmosfera była znakomita, nic dziwnego, bo w kuluarach rozlewano szlachetny, czerwony trunek niezbędny na tę okoliczność.
Cały Hot Club of Nashville na czele z niewiele wolniejszym od Joscho Richard’em Smith’em (obdarzonym przez Tommy’ego ksywką Richard Sinatra, po naprawdę świetnym wokalu!), grający mieszankę jazzu, swingu i swoistego dla Neshville country + bluesowa harmonijka ustna, dał z siebie wszystko. (Wokalistce Annie Sellick chciałabym w przyszłości przeznaczyć nieco więcej miejsca, bo jest przemiłą osobą o fajnym głosie. Ale to już w innym czasie i przestrzeni). Prowokujący ich do tego Tommy Emmanuel na ich solowym występie dzień wcześniej pełnił funkcję perkusisty (jak zażartowała śliczna Annie), trzepiąc „miotełką” i ręką o gitarę (czasem tylko ciachając na ramieniu komara) przez półtorej godziny. W końcu wszyscy na scenie rechotali się już ze wszystkiego: ktoś zaczął podsuwać plastikową butelkę z wodą mineralną Zoranowi, który naturalnie w nią trzepnął swoimi pałeczkami…, wachlowanie przez wszystkich Joscho po jednej z solówek zagranej naturalnie z nienaturalną prędkością…, skrzypce i harmonijka z Hot Club odgrywający swój żelazny numer sygnału karetki pogotowia…, kontrabasiści z Neshville i Kwartetu Joscho na zmianę stawali do kontrabasu lub kręcili kamerą wszystkich po kolei, nie szczędząc nazbyt bliskich zbliżeń… Ale w końcu w rodzinie nie ma nic do ukrycia. Słysząc salwy śmiechu i oklasków powoli i dostojnie przyszedł pod scenę maestro Morel, usiadł koło mnie i poklepywał sobie wesoło ręką po udzie, gdy ja ledwo powstrzymywałam się, żeby nie skakać, ale niestety nie ma w naszym kraju jeszcze (mam nadzieję!) tego zwyczaju, by bawić się i hulać na koncertach gitarowych, jak bywało i bywa nadal na przykład w kolebce rodziny – Andaluzji.
Nie chciałam uwierzyć i w rozmowach próbowałam nieco sprowokować co niektórych, ale wszyscy ci bardzo zdolni, utalentowani i pracowici artyści naprawdę kochają włóczęgę, wkładają całe serce w sposób życia, który wybrali i są szczerze w to wkręceni. Urocza Annie z dredami do pasa bardzo chętnie rozmawiała z ludźmi i zgadzała się na zdjęcia, a nawet na … to było piękne i zaskakujące, ale nie mam pojęcia jak mogłabym to oddać słowami, … no, powiedzmy na pewną bachanaliową atmosferę, która na koniec finału zaczęła nabierać już zewsząd wielu mieniących się kolorków.
Na tym festiwalu wyraźnie wszyscy mieli cocotier (czyli tzw.palmę na punkcie czegoś) na punkcie muzyki, na czele z samym zespołem Cocotier. Ale jeszcze coś innego unosiło się w powietrzu: otwartość i więź do siebie nawzajem. Młodsi liczyli na szansę nawiązania współpracy w przyszłości z tuzami większymi od siebie, ale też szczerze siebie nawzajem podziwiali.
Przez 4 dni trwania festiwalu przewijało się mnóstwo grupek młodzieżowych, żywo komentujących swoje wrażenia po koncertach. Michał Zień z Katowic przyjechał z grupą przyjaciół z Kwartetu gitarowego ze Szkoły Muzycznej. W przyszłości bardzo chciałby dostać się na Akademię Muzyczną na jazz, choć zdaje sobie sprawę, że byłby to duży wyczyn.
Na koniec finału Tommy został na scenie sam, podziękował m.in. za sprawy formalne i pasję oraz wypowiedział słowa bardzo często wypowiadane na scenach wszystkich gatunków muzycznych w Stanach Zjednoczonych, ale chyba więcej w żadnym innym państwie, nie licząc Watykanu: „Niech Was wszystkich Bóg błogosławi!” Zagrał przepiękną balladę pt. „Pytania” z ostatniego albumu. Potem przyciemniono światła i Tommy zagrał jako ostatni bardzo ostry, elektryczny kawałek z początków swojej kariery…
I jeszcze raz Paco de Lucia o istocie flamenco:
„To nie jest coś, czego można się nauczyć z nut. My nie czytamy nut. To się chłonie zmysłami, intuicją. Trzeba się po stokroć, przez wiele nocy upijać winem i żyć, żyć flamenco.”
(26.08.2007)





