Pinokio: przygoda w przyszłości

Dobra bajka to taka, która wytrzymuje próbę czasu. Teraz już takie niestety nie powstają, ale można wykorzystać sprawdzoną historię. Niedawno na ekranach gościł Bambi 2, zaraz będziemy mieli nową wersję Czerwonego Kapturka, a póki co w kinach oglądać możemy cyber-Pinokia.
Dla dzieci, które jeśli nie przy komputerze, to z game boy’em spędzają większość czasu, to na pewno atrakcyjna propozycja. Nie wiem, czy do nowych generacji rzeczywiście trzeba mówić systemem zero-jedynkowym, ale ma to swój satyryczny wdzięk. Szkielet filmu i oryginału pióra Carla Collodiego jest taki sam. Pinokio, jako przybrany syn (tu: robot) Geppeta, marzy, by być prawdziwym chłopcem. Wróżka (tu: Cyberynka, ekscentryczna, do połowy mechaniczna syrena) obiecuje, że spełni życzenie Pinokia, jeśli nauczy się on odróżniać dobro od zła. Zanim jednak malec zyska tę umiejętność, czekają go liczne przygody…
W drodze do szkoły mały robot spotyka Kratkę i Kolca, głupkowatych służących burmistrza Szlamboli. Burmistrz włada Szlambowicami - futurystycznym miastem, podobnym do tego z bajki o rodzinie Jetsonów. Tu dygresja. Nie rozumiem, co „szlam” ma wspólnego ze sterylnym miastem ze szkła i stali oraz podstępnym burmistrzem w metalowym uniformie. W angielskiej wersji ten despota nazywa się Scamboli, z angielskiego „scam” znaczy „przekręt”. Koniec dygresji. Na przeszkodzie w realizacji budowy zautomatyzowanego miasta stają dzieci, które zamiast docenić piękno mechanicznego świata, pragną beztroskiej zabawy i przyrody. Tak więc Kratka i Kolec sprawiają, że ufny robot dopełnia planu burmistrza. Kiedy Pinokio zrozumie, że popełnił błąd i pomógł Szlamboli pokonać Geppeta i zmienić dzieci w małe robokopy, będzie musiał przywrócić im życie i ratować ojca z brzucha mechanicznego wieloryba.

Postacią, która dodaje temu filmowi wiele uroku jest przyjaciel Geppeta, Stefan (wymawiany z niemieckiego: Sztefen). Stefan to cyber-pingwin, który posługuje się łamaną polszczyzną, przekręca znane przysłowia i jest chyba najciekawszym bohaterem. To z jego ust, to znaczy chromowanego dzioba, padają teksty wywołujące uśmiech na twarzach dorosłych widzów: „Kto nie rydzykuje, ten nie kibluje”. Nie można też pominąć świetnego dubbingu Małgorzaty Kożuchowskiej, która udzieliła głosu Pinokiowi. Ale, co najważniejsze, trójwymiarowe efekty specjalne nie przesłaniają samej historii. Nawet w wersji zdigitalizowanej, Pinokio nadal mówi o wartości przyjaźni i prawdy, o konieczności przeciwstawiania się złu.
Nie jestem przeciwna opowiadaniu na nowo tych samych historii, jeśli – przynajmniej – nie tracą niczego ze swej wartości. „Pinokio: przygoda w przyszłości” pierwowzoru się trzyma i to, co najważniejsze we włoskiej bajce przekazuje. A, że służy temu język peceta… takie czasy! Chociaż, jak widać, to tylko forma się zmienia.
(08.02.2006)








