COMA live at Arena Ursynów - relacja

fot. mat. prasowe
Coma od premiery najnowszego albumu przeżywa oblężenie. Coraz więcej zaproszeń na komercyjne imprezy, coraz więcej nagród i co najważniejsze - fanów. Wiedzie im się ostatnimi czasy iście hipertroficznie. Nadmiar, przerost, niestety coraz częściej formy nad treścią.
Mystic Production, ich nowa wytwórnia płytowa wyszła z inicjatywą wydania koncertu na dvd. Skoro ostatnimi czasy jest tak wielki boom na Comę i tego nie mogło zabraknąć.
Afisze na ulicy, reklamy na MTV, wszystko by przyciągnąć 9 grudnia 2009 do warszawskiej Areny Ursynów jak największą rzeszę fanów. Niestety nie wprowadzono ograniczeń wiekowych co skutkowało tłumem nastolatek skandujących: Piotruś! Od kiedy wokalista w rytm muzyki żwawo rusza tyłkiem i posyła w tłum przeszywające na wskroś spojrzenia i serdeczne uśmiechy, nie da się tego uniknąć. Gitarzysta Witczak stara się w tym fachu dzielnie dotrzymując mu kroku, co udaje mu się wyśmienicie. Dla odmiany Kobza stoi jakby niewzruszony robiąc co do niego należy. Jednak chłopaki mają ten swój niebywały urok.
Koncert przeszło trzygodzinny. Zburzenie muru na początku iście widowiskowe. Pomysł z tańczącymi na scenie i ocierającymi się o chłopaków w rytm "Dyskotek" panienek też nie najgorszy. Niestety pomysł z niebiańską paradą wzbudził we mnie jedynie uczucie rozbawienia i politowania jednocześnie. No cóż, może to właśnie mięli na celu.
Setlista dobrana była wyśmienicie. "Rytmiczne i dynamiczne" kawałki na początku by spocić dostatecznie widownię, ballady na koniec. Zapoczątkowana w Lublinie tradycja, by obniżac swój poziom podczas 100 000 jednakowych miast miała w Warszawie swój ciąg dalszy. Przyznam, że zdziwiło mnie to bo był to mój pierwszy warszawski koncert, gdzie widownia podczas tego kawałka zachowała się jak należy. Coma perfekcyjnie potrafi solidaryzować ludzi. Niestety scena ustawiona była wyjątkowo nisko, dlatego w miarę dobra widoczność sięgała jedynie trzech pierwszych rzędów. Ja na szczęście znajdowałam się w pierwszej trójeczce, co pozwalało mi obserwować to show.
Nagle widownia zaczęła migrować - no tak, Roguc znowu rzucił się w tłum. Popływał chwilę na fali i rozradowany wrócił gdzie jego miejsce. Doznania trzymających go nastoletnich fanów zapewne bezcenne, jednak mógł wymyslic coś nowego zamiast powielac wzorzec obowiązująco niezmiennie podczas jesiennej trasy koncertowej. Na szczęście zagrali "Listopad". Nie przeszkadzali mi nawet gimnazjaliści śpiewający z Rogucem "amfetamina ma gorzki smak". Według mnie nie o taką gorycz mu chodziło ale to już inna bajka.
Gdyby był to jeden z pierwszych koncertów Comy, w którym uczestniczyłam prawdopodobnie byłabym zachwycona. I nie chodzi tu o to, że stac ich na więcej, po prostu zmiany są nieodłącznym postępującym procesem u artystów. Obojętnie czy przyczyny dla których teraz tworzą mijają się z pierwotnymi, nadal robią to dobrze i potrafią wyśmienicie trafic do odbiorców. Mam tylko nadzieję, że z biegiem lat, mimo iż prawdopodobnie ich priorytety zmieniły się, nie zapomnieli co to znaczy czuc.
Reasumując koncert wykonany poprawnie. Obiecane niespodzianki urozmaicały widowisko ale nie zwalały z nóg. Chciałabym cofnąć się w czasie do 2006 roku, gdy promowali "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków". Wtedy widać było, że czuja to co robią. Widac było w tym wszystkim pasję i satysfakcję z dzieła, zarówno dla siebie jak i dla nas. Teraz wydaje mi się, że są to już wykute doświadczeniem na blachę akordy i słowa przesiąknięte aktorstwem wokalisty. Nie zakochałam się w nich po raz kolejny na tym koncercie, jednak dvd i tak kupię. Mimo wszystko chciałabym znaleźc się tam jeszcze raz, ale tym razem rozciągnięta na kanapie z paczką chipsów w jednej ręce i pilotem, pozwalającym przeskakiwac niektóre momenty, w drugiej.
Aleksandra "Jajko" Wu.









ja rozumiem sława itd. ale nie przypuszczałem, że tak pieniądze mogą zmienić tak porządny zespół :(
z mojej strony szczere kondolencje dla zespołu coma