"Rezerwat ciemności" - rozmowa z Pawłem Passinim
We Wrocławskim Teatrze Pantomimy trwają właśnie próby do najnowszej premiery inspirowanej obrazem Hansa Memlinga Sąd Ostateczny
. Nad tryptykiem pracować będą Paweł Passini, którego próby właśnie dobiegają końca, Jerzy Kalina i Leszek Mądzik.Premiera całości przewidziana jest na połowę marca 2010 roku, ale już jutro, tj.9 stycznia o godzinie 18, w Centrum Kultury Wrocław Zachód odbędzie się przedpremierowy pokaz tej części przedstawienia, nad którą pracował Paweł Passini.
Agniszka Charkot: Jak trafiłeś do Wrocławskiego Teatru Pantomimy?
Paweł Passini: Jestem tutaj, wraz z częścią mojego zespołu neTTheatre, na zaproszenie Zbyszka Szymczyka. Ze Zbyszkiem spotkaliśmy się przy okazji mojej ostatniej premiery „U.F.O. Spotykacz” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Przedstawił mi wtedy zamysł „Tryptyku”. Ma to być projekt o charakterze "apokaliptycznym", inspirowany obrazem Memlinga „Sąd Ostateczny”, nad którym pracować, poza mną, będą jeszcze Leszek Mądzik i Jerzy Kalina.
Każdy z was pracuje nad swoją częścią, czy macie stworzyć jedno, wspólne przedstawienie?
Pracujemy nad jedną inscenizacją w trzech z założenia oddzielnych i unikalnych odsłonach, wypowiedziach - czyste szaleństwo. Kiedy dwa lata temu w Lublinie przygotowywałem „Nic co ludzkie”, dzięki współpracy trzech reżyserów udało się spojrzeć na problem z różnych perspektyw i w odmiennych, z pozoru wykluczających się estetykach. W „Tryptyku” moje zadanie polega na dookreśleniu postaci osądzanych, znalezieniu przestrzeni sądu.
Jak potraktowałeś sam motyw apokaliptyczny? Jak podszedłeś do tego tematu?
Już na wstępie naszej współpracy Zbyszek Szymczyk zaznaczył, że ma być to wizja sądu ostatecznego z perspektywy ludzkiej. Zadałem więc sobie pytanie: co to znaczy dla odczytującego ten motyw dzisiaj? Przyjrzałem się obrazowi Memlinga i postanowiłem, że pójdę za jego optyką, za jego spojrzeniem. Zastanowiło mnie to, dlaczego ludzie, zarówno ci w kolejce do nieba jak i do piekła, są smutni, wręcz wydrążeni. Zupełnie po nich nie widać, żeby to rozstrzygnięcie, gdzie trafią po śmierci, miało dla nich głębszy sens. Oni są wszyscy przerażeni, bo po prostu nie wiedzą co się dzieje, są jakby - co zaskakujące - poza tą całą sytuacją.
Na jakie zdarzenie sceniczne to przełożysz?
Z „Sądem Ostatecznym”, w tym także z narracją obrazu, skojarzyły mi się wypadki samochodowe. Rozpatruję tutaj wypadek jako niespodziewaną i nagłą śmierć, kiedy nie ma czasu na osąd i nie ma w niej logiki – jeżeli możemy mówić w tym przypadku o jakiejkolwiek logice. To wszystko koresponduje również z toposem tzw. dobrej śmierci i tym odwiecznym ludzkim strachem przed gwałtowną i nieoczekiwaną śmiercią. I analogicznie przekłada się to na sytuacje wypadków samochodowych, które właśnie postrzegam jako momentalne osądzenie. Dodatkowo ciekawe wydaje mi się ujecie tego tematu przez zespół, który zajmuje się analizą ludzkich zachowań; gdzie studiuje się ruch, żeby móc go wypreparować i opowiedzieć go w oderwaniu od przedmiotu.
Aktorzy wrocławskiej pantomimy spełniają oczekiwania?
Zawsze staram się pracować w takich miejscach, w których funkcjonuje coś takiego jak stały zespół, który ma jakąś chemię, stanowi organizm. Tutaj dodatkowo jest to grupa ludzi, która regularnie pracuje fizycznie, co jest efektem kontynuowania pewnych bardzo szacownych tradycji. Trening fizyczny nie polega tylko na rozgrzewce i rozciąganiu się, ale jest pracą nad samoświadomością ciała. W szkołach teatralnych ludzie się tego niestety nie uczą. Trudno jest znaleźć aktorów z takimi umiejętnościami. Ta tradycja, która stoi za tym miejscem, jest gwarantem wysokiego poziomu.
Taki zespół umożliwia pracę taką, jaką lubisz, czyli laboratoryjną. Nie wydaje Ci się, że taki charakter działania przenosi punkt ciężkości na sam trening, a efekt końcowy pozostawia jako konsekwencję, a nie cel?
Nie zgodzę się z Tobą. Nie należę do reżyserów, którzy wolą robić próby niż grać spektakl. Teatr, który mnie rajcuje, to ten zmierzający do spotkania z widzem, a nie tylko do interakcji z samym sobą, w sensie uporczywego potwierdzania jakichś wewnętrznych kwestii. Praca laboratoryjna, jak każda inna, jest po prostu sposobem przygotowania się, nastrojenia na spotkanie z publicznością. Nie przyjechałem też tutaj z nastawieniem, że teraz będę prowadził edukację tego zespołu, czy warsztat dla warsztatu. To jest zespół już doświadczony, z określonymi umiejętnościami. Ale zdaje sobie sprawę z tego, że mój sposób pracy jest dość angażujący dla aktorów i wymaga od nich zawsze czegoś więcej niż realizowania uwag reżysera.
Wykorzystujecie w pracy elementy improwizacji?
Próbujemy; jaki tego będzie efekt, zobaczymy. Widać, że pochodzimy z innych tradycji teatralnych i inaczej rozumiemy robienie teatru, ale docieramy się i mam nadzieję, że dotrzemy.
Nie miałeś obaw, że trafiasz do miejsca, które jest traktowane jako taki teatralny skansen? Nie bałeś się tego martwego punktu, w którym został ten teatr zawieszony przez środowisko?
Mam taką ideę uprawiania teatru, którą w skrócie można nazwać recycling. Wychodzę z założenia, że pewne rzeczy w naszej świadomości ciągle są obecne – tylko czasowo obumierają. A my musimy coś z tym robić, żeby je powtórnie przywrócić do życia. Trzeba dokonać aktu przewartościowania, znaleźć taki sposób, żeby znów działało i było twórcze. Dlatego praca w miejscu, które jest przez środowisko negatywnie postrzegane, jak jakiś relikt, jak coś, co jest już nikomu nie potrzebne – dla mnie jest podwójnie ciekawa.
Ja patrzę też na to przez inny pryzmat. Mnie pociąga tutaj pewnego rodzaju konstelacja międzyludzka, w której ci aktorzy mieszkają, żyją i funkcjonują razem – spodziewasz się wtedy, że poziom pracy będzie wyższy niż w miejscach, gdzie ludzie są do pewnego stopnia przypadkowi, są na kontrakcie, a później idą do domu.
Jak będzie wyglądała wizualna strona spektaklu? Czy będziesz sięgał po rekwizyty?
Maksymalnie staram się ograniczyć użycie rekwizytu. Jestem teraz w ciężkiej sytuacji, bo pracę na „Tryptykiem” miał zaczynać Jerzy Kalina, który jako rzeźbiarz i scenograf z pewnością nada temu spektaklowi wyrazisty plastyczny charakter. My natomiast mocno wykorzystamy wizualizacje. Z projekcjami pójdziemy nawet dalej niż do tej pory i zrobimy coś, czego jeszcze nie próbowaliśmy: będziemy je wyświetlać na postaciach. Potraktujemy ciało aktora jako nośnik obrazu. Dodatkowo zastosujemy tutaj zabieg, który dość często wykorzystuję w swojej pracy. W trakcie prób nagrywamy wypowiedzi aktorów o swoich postaciach. Na scenie, co wydaje mi się w teatrze fizycznym szczególnie ciekawe, skonfrontujemy ruch wykonywany w czasie rzeczywistym, z tymi właśnie projekcjami, na których o działaniu się opowiada.
W przedstawieniu pojawi się słowo…
Zaprosiłem do współpracy Maćka Wyczańskiego, z którym już wielokrotnie pracowałem i którego bardzo cenię. Jego postać jest w tym spektaklu na innych warunkach i w innej rzeczywistości. Głównym medium Maćka nie jest ciało, bo jest świetnym aktorem dramatycznym. Tutaj występuje w roli Boga, który zadaje różne pytania światu pędzących samochodów, albo przekazuje procedury postępowania wobec bliskości śmierci. Postać niepokojąca, gorzka, ironiczna.
Pokusisz się w „Tryptyku” o odpowiedź na ostateczne kwestie?
To jest tak, że bardzo rzadko, człowiek który robi spektakl, daje odpowiedzi. Istnieje przecież duża dowolność interpretacyjna, każdy przychodzi z innym zasobem wiedzy. Ja próbuje stworzyć taką rzeczywistość, która wykorzystuje to, co w teatrze jest najważniejsze dla mnie: że ludzie przez godzinę, dwie, siedzą w ciemności i oglądają, słuchają. Taka relacja międzyludzka, że ty coś do mnie mówisz, a ja ciebie słucham – w życiu się normalnie prawie wcale nie zdarza. Ludzie ze sobą w ten sposób nie rozmawiają.
Teatr jest dla mnie rodzajem rezerwatu ciemności. Wyjętym sposobem funkcjonowania ludzi ze sobą - dlatego staram się jak najbardziej tę sytuację wykorzystać. Na tyle, aby widz chciał ponownie przyjść i mógł coś dla siebie z niej zabrać. Wydaje mi się, że kiedy traktujemy widza dydaktycznie, usiłujemy wepchnąć mu coś do głowy, to on w którymś momencie blokuje, cenzuruje odbiór. Dlatego bardziej satysfakcjonuje mnie, kiedy myśli zaczynają same krążyć wokół tematu, a teatr staje się tylko maszyną, która je inicjuje.
Paweł Passini
Wywiad ukazał się na stronie Wrocławskiego Teatru Pantomimy.
Więcej informacji o Wrocławskim Teatrze Pantomimy i o najnowszej premierze znajdziecie na stornie Teatru.








