Rytmiczna, komiczna, deliryczna i tragiczna historia baru „Śmierć kredytom” spisana przez jego stałego bywalca, zwanego Kielonkiem.

Kiedy właściciel powierza Kielonkowi zeszyt i misję uwiecznienia słynnej na całe Kongo spelunki, ten nie protestuje. Nie chce jednak być jego murzynem, czuje się wolnym twórcą i nie zamierza nikogo oszczędzać. Tak powstaje jedyna w swoim rodzaju opowieść o klientach baru: człowieku w pampersach; Drukarzu, który „zaliczył Francję”, ożenił się z białą kobietą i wrócił pokonany przez własnego syna; o słynnej Spłuczce, z którą nikt nie mógł się równać w wykonywaniu pewnej codziennej czynności i jej legendarnym pojedynku z „Kazimierzem, żyjącym na poziomie”, a także o samym Kielonku, niegdyś szacownym obywatelu, dziś człowieku przegranym.

Literatura afrykańska? Proszę bardzo: bez wielkich liter, bez kropek, tekst, który się leje bez ładu i składu... Czego się można było spodziewać? Bo chyba nie ponad setki aluzji i cytatów ze światowej literatury poukrywanych między wierszami... A jednak! Już sama nazwa baru nawiązuje do słynnej powieści Céline’a, imię jego właściciela, Uparty Ślimak, to tytuł powieści algierskiego autora, Rachida Boudjerdra, zaś wspomniany pojedynek Spłuczki i Kazimierza żyjącego na poziomie jako żywo przypomina pewną scenę z Gargantui i Pantagruela Rabelais’go i tak dalej, i tak dalej...

Ta groteskowa, burleskowa wręcz powieść to z jednej strony satyra na Afrykę, z jej kompleksami, poczuciem niższości i wykluczenia, z drugiej – na świat zachodni, próżny i traktujący innych z protekcjonalną wyższością. Alain Mabanckou niczym Gombrowicz gra wszystkim na nosie, rozbija klisze, wysadza w powietrze zasady interpunkcji i kulturowe stereotypy. Kielonek to literacki majstersztyk, który łączy w sobie humor i powagę, lekkość formy i doniosłość treści. Tę książkę trzeba czytać na głos, skandować, rapować i poddać się obezwładniającemu rytmowi jej fraz.

przełożył: Jacek Giszczak
Premiera: 25.09.2008
Format: 120 x 195 mm
Ilość stron: 192

Wydawca: Wydawnictwo Karakter


„Pisarstwo Mabanckou to żywioł, który porywa wszystko, co napotka na swej drodze: słowa, hipokryzję, konwenanse, polityczna poprawność, afrykańską etniczność. A nawet interpunkcję: zostały tylko przecinki, nie ma kropek!”Bernard Pivot

========

Fragment:

pewnego jakże słonecznego dnia wylądowała w domu
rodzina ze strony żony, przeprowadzili plemienną
naradę wojenną i stałem się tematem ich zawiłej dysputy,
ja, Kielonek, obmówili mnie na wszelkie możliwe
sposoby, uchwalili stosowny dekret i skazali zaocznie,
bo nie stawiłem się przed trybunałem, jakbym przeczuwał,
że ci ludzie zastawiają pułapkę, mój instynkt dał
o sobie znać, dzień wcześniej wypisałem się z domu
i o włos uniknąłem szponów tej ciemnoty, tych katów
praw człowieka, tych nudziarzy, tych synów chaosu,
synów nienawiści, jednak nie doceniłem przytomności
umysłu i zacietrzewienia Diablicy, która wiedziała,
gdzie mnie szukać, poprowadziła ten rodzinny komitet
powitalny ulicą, Aleją Niepodległości, nawet przechodnie
myśleli, że to strajk battù, nędzy z dzielnicy
Trzysta, bo, trzeba to powiedzieć, moi byli teściowie to
zwykłe obdartusy, stróże, plebs w starych, wyświechtanych
łachach, nic dziwnego, toż to kmiotki z prowincji,
myślą wyłącznie o uprawie roli, wyglądają
pory deszczowej, a że są pazerni, gotowi są sprzedać tonadusze
swoich zmarłych pierwszemu, który się napatoczy,
brakuje im ogłady, nigdy nie nauczyli się jeść
przy stole, posługiwać widelcem, łyżką czy nożem, ta
hałastra spędziła cały swój marny żywot, polując na
palmowe szczury i wiewiórki, łowiąc karłowate sumy
i nie da się nawet podyskutować z nimi o kulturze,
bo, jak powiada pewien bard z wąsami, ich umysły
są naprawdę niewiele większe od naparstka, więc ci
jaskiniowcy przyszli oderwać mnie od szlachetnych
zajęć w barze „Śmierć kredytom”, odczytali mi zaoczny
akt oskarżenia, postanowili zaprowadzić mnie do
uzdrowiciela, maga czy szamana, zwanego Zero Błędu,
by przegnał natrętnego diabła, który we mnie mieszka,
by odebrał mi nawyk opalania się pod słońcem
Szatana, i mieliśmy tam iść razem, do tego kretyna
zwanego Zero Błędu, wcale się nie bałem, chciałem
sobie z nich zadrwić i powiedziałem „zostawcie mnie
w spokoju, czy wychylając szklaneczkę komukolwiek
przeszkadzam, dlaczego wszyscy są przeciwko mnie,
nie pójdę do Zero Błędu”, a wszyscy ci dzielni ludzie
z rodziny mojej żony zawołali chórem „musisz iść
z nami, Kielonek, nie masz wyjścia, pojedziesz tam
choćby na taczce, jeśli zajdzie potrzeba”, a ja zacząłem
wyć jak hiena schwytana w wilczy dół „nie, nie
i jeszcze raz nie, prędzej wyciągnę kopyta, niż pójdę
z wami do tego Zero Błędu”, a że mieli przewagę liczebną,
chwycili mnie, poturbowali, grozili, obezwładnili,
a ja krzyczałem „hańba, niedowiarki, nic mi nie zrobicie,
czy ktoś skleił kiedyś stłuczony kieliszek” i siłą
wsadzili mnie na śmiechu wartą taczkę, cała dzielnica
ryła na ten widok, bo wlekli mnie jak worek cementu, przeklinałem Zero Błędu przez całą tę drogę krzyżową,
a żona opowiadała wciąż o czarnym wężu, który
ją ukąsił, pytałem, o jakiego węża chodzi, „to był wąż
Szatana, sam go sprowadziłeś, nigdy jeszcze nie ugryzł
mnie czarny wąż” krzyczała, a ja mówiłem „czarny
wąż, rzeczywiście, jak mogłaś zobaczyć go w nocy,
jeżeli był czarny”, omal nie przewróciła taczki, ciotka
na czas ją uspokoiła i rzekła „spokojnie, kochana,
Zero Błędu zaraz się nim zajmie, wkrótce się przekonamy,
czy diabeł i Pan Bóg mogą jeść z jednej miski,
jeśli jeden nie używa bardzo długiej łyżki”.