Autor: Andrzej Bart
Tytuł: Rewers
Warszawa, początek lat 50. dwudziestego wieku. Redaktorka poezji Sabina, która nigdy jeszcze nie całowała się z chłopakiem, ogląda w kinie pochód uśmiechniętych i muskularnych sportowców Związku Radzieckiego. Pół wieku później pani Sabina na warszawskim Okęciu czeka na samolot z Nowego Jorku, którym przyleci jej syn, Marek.
Sabina mieszka z matką i babcią. W tej samej kamienicy, na ostatnim piętrze, pracownię ma Arkadek, jej młodszy brat, socrealistyczny malarz. Ojciec zginął podczas nalotu, ją i brata matka zamknęła w piwnicy, aby nie brali udziału w powstaniu. Staropanieństwo Sabiny budzi w domu coraz większy niepokój. Ona zaś skrycie podkochuje się w dyrektorze Barskim, swoim szefie.
W końcu zjawia się adorator idealny. Przystojny, szarmancki, czytający w jej myślach. I chcący się żenić. Przedtem jednak prosi, by młoda narzeczona wyświadczyła mu pewną przysługę. Na piśmie. A właściwie, żeby wyświadczała ją raz na tydzień...
Rewers to powieść inteligentna i przewrotna. Poczucie humoru Barta jest najwyższej próby.
Powieść Rewers oparta jest na scenariuszu filmu pod tym samym tytułem, zdobywcy nagrody głównej 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Obraz wyreżyserował Borys Lankosz, główne role zagrali Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda i Anna Polony.
Z recenzji poprzednich książek Andrzeja Barta:
Najnowszą rzecz Andrzeja Barta czyta się z przejęciem i podziwem.
Dariusz Nowacki, „Tygodnik Powszechny”
Narracja Barta ma w sobie jakąś magiczną siłę i uwodzicielską moc.
Joanna Szczęsna, „Gazeta Wyborcza”
Trudno sobie wyobrazić problem bardziej upiorny od przedstawionego w powieści. A jednak książkę odkładamy z żalem, że to już koniec.
Zbigniew Bidakowski, „Rzeczpospolita”
literatura piękna
seria: archipelagi
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: twarda
format: 12,5 x 19,5 cm
liczba stron: 184
fragment 1
LIBERTY
Sabina otwiera drzwi do mieszkania i czuje się lepiej. To świat dobrze jej znany i zrozumiały. Babcia obrażona odjeżdża do pokoju na swoim wózku. „Nic nie rozumiecie. Gdybyście jak ja pamiętały powstanie styczniowe...” Mama, pochylona nad stołem kuchennym, wpatruje się w coś przez szkło powiększające.
– Tu jest napisane libertyn, a jeśli liberation to po francusku wolność, liberty musi znaczyć to samo – odczytuje słowa ze złotej monety.
Sabina wie, że od sprawy zdawania złota jeszcze długo nie będzie ucieczki. Przejmuje szkło powiększające.
– Na pewno ma wartość zabytkową. Czy nie lepiej oddać do muzeum?
– Wyobrażasz sobie, Sabinko, że któreś muzeum przyjmie dolarową monetę z napisem „wolność”? Najgłupszy pracownik weźmie to za prowokację. Milicja zjawi się, zanim zdążysz wyjść...
– A gdyby tak w nocy zakopać na podwórku? – Sabina mówi to, aby coś powiedzieć.
– Zawsze ktoś cię zobaczy. Zresztą nie ma takiej skrytki, której by nie znaleźli. Pamiętasz państwa Trońskich? Tydzień temu rozebrali im podłogi i piece pod pozorem niezapłaconego podatku.
– Znaleźli coś?
– Kto wie. Troński siedzi na Rakowieckiej, a od polityki był jak najdalej. Pamiętaj, dziecko, spokój i bezpieczeństwo rodziny są teraz największą wartością.
Mama ma swoją rację, Sabina o tym wie, ale jest też przekonana, że z monetą przesadza.
– Zaniesiesz czy ja mam to zrobić? Najbliższy punkt zdawania złota masz na Grójeckiej. – Mama wpatrzona w gazetę. – Potem dopiero na Chłodnej, pod piętnastym.
Sabina owija monetę irchą, pieniądz jednak wypada jej z ręki i toczy się pod stół.
– Uważaj, Sabinko!
Mama zagniewana, ale razem z córką, w przyklęku, szuka monety na podłodze. Pierwsza zauważy ją Sabina. Tkwi między nogą kredensu a oknem. Najdziwniejsze, że nie leży, lecz sterczy śmiało w szparze podłogi, jakby mówiła: „Oto cała ja, liberty przecież”.
fragment 2
ADORATOR
Bardzo bym chciała mieć taki szyk jak mamusia – myśli Sabina – ten żabot przy bluzce nosi jak królowa. Sabinie także nie można niczego zarzucić. Spódnica sporo krótsza niż zwykle, mama na klęczkach szpilkami zaznaczała, o ile trzeba skrócić. Bluzka jedwabna sprzed wojny jeszcze, a więc wykończona jak trzeba. Włosy Sabiny, upięte wyżej, odsłaniają szyję, która, jak się okazuje, mogłaby zachwycić Flamandów, niemalujących traktorów.
Mama niespokojna, krąży między kuchnią a przedpokojem, często spogląda przez wizjer. Kiedy wreszcie zauważy, co chce zauważyć, nie biegnie do kuchni, lecz do pokoju. Na jej znak babcia włącza gramofon. Sonata Haydna rozlega się w tym samym momencie co dzwonek do drzwi.
Sabina próbuje się niczym nie przejmować i chce wierzyć, że zapowiedziana wizyta nie okaże się dla niej upokarzająca. Dlaczego jednak wszystko wypada jej z rąk i nawet rozlała mleko, którego jej się niespodziewanie zachciało? Usłyszy dzwonek do drzwi i za głośno nastawioną przez babcię muzykę Haydna. Jednak dzwonek wyda jej się po stokroć głośniejszy.
Otwieranie drzwi i głos mamy:
– Nic, co mówiono o pańskiej punktualności, nie było przesadzone, panie Józefie. Prosimy...
– Na pani ręce, pani Ireno, ten mały bukiecik...
– Jakie piękne, prosimy dalej...
Po chwili w drzwiach pokoju staje niewysoki mężczyzna z teczką. Na pierwszy rzut oka wydaje się sporo starszy od Sabiny, ale, co miłe, uśmiecha się do niej od progu. Jego odświętny garnitur w niczym nie przypomina niedbale noszonych garniturów z angielskiej wełny, które Sabina tak lubi u dyrektora Barskiego, a krawat pana Józefa wygląda rozpaczliwie. Nie sądź ludzi po pozorach – napomina się Sabina i wstaje z krzesła z uśmiechem.
– Proszę, niech pan pozna moją córkę. Sabinko, to pan Józef, o którym tyle dobrego ode mnie słyszałaś.
– Bardzo pani dla mnie łaskawa. A córka piękna jak marzenie... – Pan Józef całuje Sabinę w rękę z delikatnym cmoknięciem. Kiedy pochyla głowę, Sabina zauważa, że długie włosy, wyrastające z jego prawej skroni, mają za zadanie dyskretnie przykryć łysinę.
– Zobacz, Sabinko, jakim trzeba być człowiekiem, aby kwiaty, które dostałyśmy, nazwać bukiecikiem... Nie pomagaj mi, sama wstawię do wazonu.
Chciałaby szukać z mamą odpowiednio dużego wazonu, a siedzi naprzeciw pana Józefa i nie bardzo wie, co mówić.
– Proszę się czuć jak u siebie w domu, panie Józefie. Zaraz podam coś na przekąskę. – Mama cała w uśmiechach.
– Pomogę ci, będzie szybciej. – Jeszcze jedna próba wyjścia z pokoju choćby na chwilę.
– Nie trzeba, ty tylko zabawiaj gościa.
– Może ja się do czegoś przydam? W kuchni dobrze się czuję. – Szarmancki pan Józef także chce ruchu.
– Taki gość? Niech pan może opowie córce o tej ostatniej kontroli, o której mi pan wspominał. To bardzo wciągająca historia...
– Muszę się przyznać, że coś przyniosłem. – Pan Józef wyciąga z teczki owiniętą w papier butelkę i nie wie, czy ma ją podać Sabinie. – To tokaj, który, jak mnie zapewniano, może konkurować z każdym winem świata.
– Niepotrzebnie pan się wykosztowywał. Mamy trochę dobrych nalewek, jak to w aptekarskim domu... – Mama zgrabnym ruchem odbiera butelkę i biegnie do kuchni. Po drodze na pewno zagląda do pokoju babci, bo puszczony za głośno Haydn przycicha.
Sabina patrzy na gościa i stara się uśmiechać nawet wtedy, kiedy pan Józef opowiada, jakim to szczęśliwym trafem wykrył nieprawidłowości w kwitariuszach spółdzielni pracy produkującej zakraplacze.
PAN JÓZEF ZADOWOLONY
Sabina wypija już drugi kieliszek wina i trzeba przyznać, przestaje ją boleć lewa skroń. Po chwili przestaje też myśleć o prawej skroni pana Józefa. Mama wnosi ciasto, pan Józef wstaje i zaczyna klaskać. Ładne to z jego strony. Ciasto to samo, które tak smakowało Marcelemu Wodzickiemu. Sabina korzysta z okazji i zamyśla się nad losem wierszy Wodzickiego. Barski zapewnił ją, że wstawił się za nimi u najwyższej instancji.
– Pozwalam sobie kolejny raz wypić zdrowie tego domu... – Pan Józef wypija do dna, z małym palcem figlarnie odstawionym od kieliszka. – Wiem od pani mamy, że pani w kulturze się udziela.
– Sabinka w wydawnictwie pracuje. – Mama także czemuś zadowolona, choć nie wypiła jeszcze nawet kieliszka.
– To trudny odcinek, zdaje się?
Pan Józef patrzy już tylko na nią, a więc Sabina musi porzucić sprawę Wodzickiego.
– Można tak powiedzieć...
– Muszę się przyznać, niewiele mam czasu na czytanie. Życie krótkie, a tyle do zrobienia... Ale szacunek do książek mam, za to mogę zaręczyć...
– Jak jest szacunek, to i miłość może się obudzi.
Słowa tak mądre, że Sabina podnosi głowę. Nie, żeby się ich po mamie nie spodziewała, ale zawsze miło jest usłyszeć coś wypowiedzianego w porę.
– Kiedy podczas wojny w skarbówce pracowałem, to mogę paniom przysiąc, że pisarkę, która na Belwederskiej trafikę założyła, traktowałem łagodnie jak dziecko. A pojęcia żadnego nie miała o rachunkowości. Jak ona się nazywała?
– Zofia Nałkowska?
– Oczywiście. Wystarczy mi tylko podpowiedzieć. Tyle mam w głowie nazwisk...
– I często pan z nią rozmawiał? – Mama zaintrygowana, bo jak często powtarza, zna prawdziwe szczegóły romansu książkowej Teresy Hennert.
– Przy każdej kontroli. Trzeba przyznać, że wielka to była dama.
– Pani Nałkowska żyje przecież.
– Myślałem, że ją powstanie nadszarpnęło. A pani, przepraszam za dociekliwość, jakiś konkretny dział reprezentuje?
– Poezję polską – mówi Sabina z dumą i nawet odczuwa wdzięczność do pana Józefa za to pytanie.
– Ha, tu mnie pani trafiła! Poezja... Dużo by można mówić...
Pan Józef zamyśla się ładnie. Cisza, która następuje, trwa wystarczająco długo, aby mama zdecydowała się interweniować.
– Może zje pan z nami kolację? Tak miło się rozmawia...
– Jeśli tylko nie zabieram szanownego czasu...
– Opowiedz, Sabinko, w jakim ładnym kostiumie pokażesz się na defiladzie... – Mama wychodzi do kuchni przeświadczona, że wściekłe, tak właśnie, wściekłe spojrzenie Sabiny nie do niej jest skierowane.
Oczywiście ona sama zajrzy teraz do swojej mamy i już od progu da znak, że wszystko dobrze. Babcia leży w łóżku z zamkniętymi oczyma, ale otworzy je, kiedy tylko usłyszy skrzypnięcie drzwi.
– Nastawić Schumanna? – Unosi się na poduszkach, cała w gotowości do działania.
– Na razie nie... Podam teraz coś do jedzenia. A ty, mamo, głodna nie jesteś?
– Zjem potem, jak już sobie pójdzie...
Mama wychodzi, a babcia znowu zamyka oczy. Kiedy późnym wieczorem zostaną same, opowie, że wyobrażała sobie ślub Sabinki podobny do tego, jaki sama miała.
Na razie gość jest jeszcze, i to czerwieńszy na twarzy, bo nalewki bardzo mu smakują. Chwali wszystko, co przed nim postawić. O Sabinie nie można tego powiedzieć, a nawet trzeba zauważyć, że znowu jakaś sztywna. Na szczęście grzecznie pozwala panu Józefowi rozwiązywać w pamięci najtrudniejsze zadania.
– Proszę się nie krępować. Jak nie odpowiem, to się po prostu zawstydzę i tyle... – Pan Józef zmienia krzesło i do zgadywanek przysiada się bliżej Sabiny. Chce, aby widziała, że nie ma w tym żadnego oszustwa.
– Szesnaście razy osiemnaście?
– Za łatwe. Dwieście osiemdziesiąt osiem. Pani Sabina we mnie nie wierzy, a ja proszę, aby mnie nie oszczędzać... Trzycyfrowe wołałbym. Na przykład dwieście dwadzieścia osiem razy trzysta czternaście.
– Dwieście dwadzieścia osiem razy trzysta czternaście?
– Już lepiej. Siedemdziesiąt jeden tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt dwa. Chce pani Sabina sprawdzić?
– Wierzę panu.
– A więc zna się pani na ludziach, pani Sabino, bo ja w mnożeniu równych sobie nie mam. A i w dzieleniu mogę... – Nie dokończy myśli, bo wchodzi matka z półmiskiem. Dopiero teraz Sabina uświadamia sobie, jak mało wiedziała o przygotowaniach do tej wizyty.
– Nie wiem, czy lubi pan zimne nóżki?
– Nie tylko zimne, za przeproszeniem szanownej pani. Taki już jestem, przy apetycie. Panie pozwolą, że wypiję jeszcze pół kieliszeczka, bo nalewka królewska... – Aby przeprosić, że pije sam, wstaje pan Józef i skłania głowę przed paniami.
– Bardzo się cieszymy, że panu smakuje. – Po raz pierwszy Sabina słyszy w głosie mamy nutę zniecierpliwienia. Patrzy na nią, ale w twarzy widzi zadowolenie.
– À propos, jak się to mówi, ciepłych nóżek, to muszę paniom powiedzieć, że na wczasach, o których wspomniałem, duże powodzenie miałem. Niby nic dziwnego, bo w tańcu dużo takich przejść znam, że się głowie potrafi zakręcić. Ale nie chcę się chwalić. Chcę tylko zaznaczyć, że kobiety dzisiejsze jakieś puste mi się wydają. A ja niewiasty poważnej szukam i takiej powagę mogę ofiarować.
Pan Józef zwraca się do mamy, jakby to u niej szukał zrozumienia. Mama potakuje z pewną boleścią w oku, która ma pewnie wyrażać żal, że tak mało rodzi się mądrze myślących mężczyzn. Sabina korzysta z tego, że nikt na nią nie patrzy, i biegnie do drugiego pokoju. Babcia gotowa jest przechylić się w stronę blisko ustawionego stolika i uruchomić gramofon. Robi już nawet stosowny ruch, ale Sabina opiera ją o poduszki i całuje mocniej niż zwykle. Babcia wie, co to znaczy.
– Jakieś kłopoty, moje dziecko?
– Skądże, babciu. Wszystko w najlepszym porządku, tylko nudzę się trochę.
– Mężczyźni często bywają nudni. Ale rzadko na pierwszej wizycie. Wtedy potrafią wykrzesać z siebie to, co najlepsze. Ten buchalter nudny, mówisz?
– Mama wszystko babuni opowie...
– Co tam mama, chcę wiedzieć, jak się tobie podoba.
– Jak tylko sobie pójdzie, to wszystko babci opowiem. – Sabina całuje ją raz jeszcze i wybiega z pokoju.
Czuje się lekko i z chęcią nawet wybiegłaby z mieszkania i szybkim krokiem poszła w stronę Łazienek. Po godzinie wróciłaby do domu. Najpierw jednak trzeba wrócić do pokoju, w którym pan Józef śmieje się właśnie. Dopiero z pewnej odległości słyszy, że jego głos w śmiechu przyjemny. Tenor okazjonalny, jak dyrektor Barski określił głos pewnego śpiewaka, lubiącego występy na akademiach. Sabinie nie chce się wracać do pokoju i przedłuża chwilę, w której dobiega z niego ożywiona rozmowa. Dlatego usłyszy słowa pana Józefa:
– Córkę ma pani ładną i rozsądną jak rzadko. Gdyby chciała o mnie pomyśleć jako o ewentualnym starającym się, to proszę wspomnieć, że pensję mam niezłą, a i na boku dorobić umiem. Niczego by jej przy mnie nie brakowało.
– Nie muszę pana zachwalać, panie Józefie, bo sam się pan pięknie przedstawił. Bardzo proszę sobie nalać. Ze mnie niech pan nie bierze przykładu, bo już po dwóch kieliszkach nalewki ciśnienie tak mi skacze, że nie śpię pół nocy...
Zapada cisza, więc pewnie pan Józef nalewa sobie i zachęcony podniesionym kieliszkiem mamy, wypija. Sabina rozumie, że nie wypada dłużej wagarować.
– Dobrze, że jesteś Sabinko. Dotrzymaj towarzystwa naszemu gościowi, a ja pomyślę o czarnej kawie. – Mama wita ją z wyraźną ulgą.
Sabina liczy na chwilę krępującej ciszy. Krępującej, lecz ciszy. Nic z tego jednak. Podochocony pan Józef uznał za słuszne zabawiać ją dowcipami, a do zapamiętywania ich miał tak samo dobrą głowę jak do działań matematycznych. Na szczęście pamięta tylko dowcipy dalekie od polityki. Za to jak pięknie je przedstawia. Chodzi po pokoju, gestykuluje, łapie się za głowę, odgrywając starą babę, co za Niemca przewoziła słoninę w serdaku. Sabina zaśmiała się, i to dwukrotnie, więc powie wreszcie pan Józef:
– Sama pani Sabina widzi, że mimo ścisłej głowy na żartach trochę się znam. Zaraz też przedstawię, czym jest żart sytuacyjny. Trudniejszy od innych, bo nie wyuczy się go człowiek na pamięć... A śmiechu może być co niemiara...
Z uśmiechem idzie pan Józef do drzwi i klęka skulony na progu. Już z przyklęku przykłada palec do ust, prosząc o milczenie. Przez głowę Sabiny przechodzą różne ewentualności. Najbardziej boi się, że z trudem powściągane obrzydzenie może stać się widoczne. Drzwi otwierają się i staje w nich mama z tacą w rękach. Sabina daje dyskretne znaki, że na dole, u jej stóp, czai się niebezpieczeństwo. Mama jednak nie chce nic widzieć. Nie zauważa pana Józefa, który wolno unosi się spod jej nóg. Krzyczy przestraszona, jedna z filiżanek spada na pana Józefa. Pan Józef oblany także krzyczy, lecz do swoich zalet dołącza przytomność umysłu, bo zdąży złapać filiżankę, zanim zetknie się ona z podłogą.
– Nic się panu nie stało, drogi panie Józefie? – Sabina podziwia mamę, że w tej sytuacji potrafi zapanować nad sobą.
– Skądże. Udało mi się panią przestraszyć, nie przewidziałem tylko, że coś będzie niesione. – Pan Józef znowu jest zuchem. – Na szczęście nic się nie stłukło, bo i w rękach szybki jestem.
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki
Tytuł: Rewers
Warszawa, początek lat 50. dwudziestego wieku. Redaktorka poezji Sabina, która nigdy jeszcze nie całowała się z chłopakiem, ogląda w kinie pochód uśmiechniętych i muskularnych sportowców Związku Radzieckiego. Pół wieku później pani Sabina na warszawskim Okęciu czeka na samolot z Nowego Jorku, którym przyleci jej syn, Marek.
Sabina mieszka z matką i babcią. W tej samej kamienicy, na ostatnim piętrze, pracownię ma Arkadek, jej młodszy brat, socrealistyczny malarz. Ojciec zginął podczas nalotu, ją i brata matka zamknęła w piwnicy, aby nie brali udziału w powstaniu. Staropanieństwo Sabiny budzi w domu coraz większy niepokój. Ona zaś skrycie podkochuje się w dyrektorze Barskim, swoim szefie.
W końcu zjawia się adorator idealny. Przystojny, szarmancki, czytający w jej myślach. I chcący się żenić. Przedtem jednak prosi, by młoda narzeczona wyświadczyła mu pewną przysługę. Na piśmie. A właściwie, żeby wyświadczała ją raz na tydzień...
Rewers to powieść inteligentna i przewrotna. Poczucie humoru Barta jest najwyższej próby.
Powieść Rewers oparta jest na scenariuszu filmu pod tym samym tytułem, zdobywcy nagrody głównej 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Obraz wyreżyserował Borys Lankosz, główne role zagrali Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda i Anna Polony.
Z recenzji poprzednich książek Andrzeja Barta:
Najnowszą rzecz Andrzeja Barta czyta się z przejęciem i podziwem.
Dariusz Nowacki, „Tygodnik Powszechny”
Narracja Barta ma w sobie jakąś magiczną siłę i uwodzicielską moc.
Joanna Szczęsna, „Gazeta Wyborcza”
Trudno sobie wyobrazić problem bardziej upiorny od przedstawionego w powieści. A jednak książkę odkładamy z żalem, że to już koniec.
Zbigniew Bidakowski, „Rzeczpospolita”
literatura piękna
seria: archipelagi
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: twarda
format: 12,5 x 19,5 cm
liczba stron: 184
fragment 1
LIBERTY
Sabina otwiera drzwi do mieszkania i czuje się lepiej. To świat dobrze jej znany i zrozumiały. Babcia obrażona odjeżdża do pokoju na swoim wózku. „Nic nie rozumiecie. Gdybyście jak ja pamiętały powstanie styczniowe...” Mama, pochylona nad stołem kuchennym, wpatruje się w coś przez szkło powiększające.
– Tu jest napisane libertyn, a jeśli liberation to po francusku wolność, liberty musi znaczyć to samo – odczytuje słowa ze złotej monety.
Sabina wie, że od sprawy zdawania złota jeszcze długo nie będzie ucieczki. Przejmuje szkło powiększające.
– Na pewno ma wartość zabytkową. Czy nie lepiej oddać do muzeum?
– Wyobrażasz sobie, Sabinko, że któreś muzeum przyjmie dolarową monetę z napisem „wolność”? Najgłupszy pracownik weźmie to za prowokację. Milicja zjawi się, zanim zdążysz wyjść...
– A gdyby tak w nocy zakopać na podwórku? – Sabina mówi to, aby coś powiedzieć.
– Zawsze ktoś cię zobaczy. Zresztą nie ma takiej skrytki, której by nie znaleźli. Pamiętasz państwa Trońskich? Tydzień temu rozebrali im podłogi i piece pod pozorem niezapłaconego podatku.
– Znaleźli coś?
– Kto wie. Troński siedzi na Rakowieckiej, a od polityki był jak najdalej. Pamiętaj, dziecko, spokój i bezpieczeństwo rodziny są teraz największą wartością.
Mama ma swoją rację, Sabina o tym wie, ale jest też przekonana, że z monetą przesadza.
– Zaniesiesz czy ja mam to zrobić? Najbliższy punkt zdawania złota masz na Grójeckiej. – Mama wpatrzona w gazetę. – Potem dopiero na Chłodnej, pod piętnastym.
Sabina owija monetę irchą, pieniądz jednak wypada jej z ręki i toczy się pod stół.
– Uważaj, Sabinko!
Mama zagniewana, ale razem z córką, w przyklęku, szuka monety na podłodze. Pierwsza zauważy ją Sabina. Tkwi między nogą kredensu a oknem. Najdziwniejsze, że nie leży, lecz sterczy śmiało w szparze podłogi, jakby mówiła: „Oto cała ja, liberty przecież”.
fragment 2
ADORATOR
Bardzo bym chciała mieć taki szyk jak mamusia – myśli Sabina – ten żabot przy bluzce nosi jak królowa. Sabinie także nie można niczego zarzucić. Spódnica sporo krótsza niż zwykle, mama na klęczkach szpilkami zaznaczała, o ile trzeba skrócić. Bluzka jedwabna sprzed wojny jeszcze, a więc wykończona jak trzeba. Włosy Sabiny, upięte wyżej, odsłaniają szyję, która, jak się okazuje, mogłaby zachwycić Flamandów, niemalujących traktorów.
Mama niespokojna, krąży między kuchnią a przedpokojem, często spogląda przez wizjer. Kiedy wreszcie zauważy, co chce zauważyć, nie biegnie do kuchni, lecz do pokoju. Na jej znak babcia włącza gramofon. Sonata Haydna rozlega się w tym samym momencie co dzwonek do drzwi.
Sabina próbuje się niczym nie przejmować i chce wierzyć, że zapowiedziana wizyta nie okaże się dla niej upokarzająca. Dlaczego jednak wszystko wypada jej z rąk i nawet rozlała mleko, którego jej się niespodziewanie zachciało? Usłyszy dzwonek do drzwi i za głośno nastawioną przez babcię muzykę Haydna. Jednak dzwonek wyda jej się po stokroć głośniejszy.
Otwieranie drzwi i głos mamy:
– Nic, co mówiono o pańskiej punktualności, nie było przesadzone, panie Józefie. Prosimy...
– Na pani ręce, pani Ireno, ten mały bukiecik...
– Jakie piękne, prosimy dalej...
Po chwili w drzwiach pokoju staje niewysoki mężczyzna z teczką. Na pierwszy rzut oka wydaje się sporo starszy od Sabiny, ale, co miłe, uśmiecha się do niej od progu. Jego odświętny garnitur w niczym nie przypomina niedbale noszonych garniturów z angielskiej wełny, które Sabina tak lubi u dyrektora Barskiego, a krawat pana Józefa wygląda rozpaczliwie. Nie sądź ludzi po pozorach – napomina się Sabina i wstaje z krzesła z uśmiechem.
– Proszę, niech pan pozna moją córkę. Sabinko, to pan Józef, o którym tyle dobrego ode mnie słyszałaś.
– Bardzo pani dla mnie łaskawa. A córka piękna jak marzenie... – Pan Józef całuje Sabinę w rękę z delikatnym cmoknięciem. Kiedy pochyla głowę, Sabina zauważa, że długie włosy, wyrastające z jego prawej skroni, mają za zadanie dyskretnie przykryć łysinę.
– Zobacz, Sabinko, jakim trzeba być człowiekiem, aby kwiaty, które dostałyśmy, nazwać bukiecikiem... Nie pomagaj mi, sama wstawię do wazonu.
Chciałaby szukać z mamą odpowiednio dużego wazonu, a siedzi naprzeciw pana Józefa i nie bardzo wie, co mówić.
– Proszę się czuć jak u siebie w domu, panie Józefie. Zaraz podam coś na przekąskę. – Mama cała w uśmiechach.
– Pomogę ci, będzie szybciej. – Jeszcze jedna próba wyjścia z pokoju choćby na chwilę.
– Nie trzeba, ty tylko zabawiaj gościa.
– Może ja się do czegoś przydam? W kuchni dobrze się czuję. – Szarmancki pan Józef także chce ruchu.
– Taki gość? Niech pan może opowie córce o tej ostatniej kontroli, o której mi pan wspominał. To bardzo wciągająca historia...
– Muszę się przyznać, że coś przyniosłem. – Pan Józef wyciąga z teczki owiniętą w papier butelkę i nie wie, czy ma ją podać Sabinie. – To tokaj, który, jak mnie zapewniano, może konkurować z każdym winem świata.
– Niepotrzebnie pan się wykosztowywał. Mamy trochę dobrych nalewek, jak to w aptekarskim domu... – Mama zgrabnym ruchem odbiera butelkę i biegnie do kuchni. Po drodze na pewno zagląda do pokoju babci, bo puszczony za głośno Haydn przycicha.
Sabina patrzy na gościa i stara się uśmiechać nawet wtedy, kiedy pan Józef opowiada, jakim to szczęśliwym trafem wykrył nieprawidłowości w kwitariuszach spółdzielni pracy produkującej zakraplacze.
PAN JÓZEF ZADOWOLONY
Sabina wypija już drugi kieliszek wina i trzeba przyznać, przestaje ją boleć lewa skroń. Po chwili przestaje też myśleć o prawej skroni pana Józefa. Mama wnosi ciasto, pan Józef wstaje i zaczyna klaskać. Ładne to z jego strony. Ciasto to samo, które tak smakowało Marcelemu Wodzickiemu. Sabina korzysta z okazji i zamyśla się nad losem wierszy Wodzickiego. Barski zapewnił ją, że wstawił się za nimi u najwyższej instancji.
– Pozwalam sobie kolejny raz wypić zdrowie tego domu... – Pan Józef wypija do dna, z małym palcem figlarnie odstawionym od kieliszka. – Wiem od pani mamy, że pani w kulturze się udziela.
– Sabinka w wydawnictwie pracuje. – Mama także czemuś zadowolona, choć nie wypiła jeszcze nawet kieliszka.
– To trudny odcinek, zdaje się?
Pan Józef patrzy już tylko na nią, a więc Sabina musi porzucić sprawę Wodzickiego.
– Można tak powiedzieć...
– Muszę się przyznać, niewiele mam czasu na czytanie. Życie krótkie, a tyle do zrobienia... Ale szacunek do książek mam, za to mogę zaręczyć...
– Jak jest szacunek, to i miłość może się obudzi.
Słowa tak mądre, że Sabina podnosi głowę. Nie, żeby się ich po mamie nie spodziewała, ale zawsze miło jest usłyszeć coś wypowiedzianego w porę.
– Kiedy podczas wojny w skarbówce pracowałem, to mogę paniom przysiąc, że pisarkę, która na Belwederskiej trafikę założyła, traktowałem łagodnie jak dziecko. A pojęcia żadnego nie miała o rachunkowości. Jak ona się nazywała?
– Zofia Nałkowska?
– Oczywiście. Wystarczy mi tylko podpowiedzieć. Tyle mam w głowie nazwisk...
– I często pan z nią rozmawiał? – Mama zaintrygowana, bo jak często powtarza, zna prawdziwe szczegóły romansu książkowej Teresy Hennert.
– Przy każdej kontroli. Trzeba przyznać, że wielka to była dama.
– Pani Nałkowska żyje przecież.
– Myślałem, że ją powstanie nadszarpnęło. A pani, przepraszam za dociekliwość, jakiś konkretny dział reprezentuje?
– Poezję polską – mówi Sabina z dumą i nawet odczuwa wdzięczność do pana Józefa za to pytanie.
– Ha, tu mnie pani trafiła! Poezja... Dużo by można mówić...
Pan Józef zamyśla się ładnie. Cisza, która następuje, trwa wystarczająco długo, aby mama zdecydowała się interweniować.
– Może zje pan z nami kolację? Tak miło się rozmawia...
– Jeśli tylko nie zabieram szanownego czasu...
– Opowiedz, Sabinko, w jakim ładnym kostiumie pokażesz się na defiladzie... – Mama wychodzi do kuchni przeświadczona, że wściekłe, tak właśnie, wściekłe spojrzenie Sabiny nie do niej jest skierowane.
Oczywiście ona sama zajrzy teraz do swojej mamy i już od progu da znak, że wszystko dobrze. Babcia leży w łóżku z zamkniętymi oczyma, ale otworzy je, kiedy tylko usłyszy skrzypnięcie drzwi.
– Nastawić Schumanna? – Unosi się na poduszkach, cała w gotowości do działania.
– Na razie nie... Podam teraz coś do jedzenia. A ty, mamo, głodna nie jesteś?
– Zjem potem, jak już sobie pójdzie...
Mama wychodzi, a babcia znowu zamyka oczy. Kiedy późnym wieczorem zostaną same, opowie, że wyobrażała sobie ślub Sabinki podobny do tego, jaki sama miała.
Na razie gość jest jeszcze, i to czerwieńszy na twarzy, bo nalewki bardzo mu smakują. Chwali wszystko, co przed nim postawić. O Sabinie nie można tego powiedzieć, a nawet trzeba zauważyć, że znowu jakaś sztywna. Na szczęście grzecznie pozwala panu Józefowi rozwiązywać w pamięci najtrudniejsze zadania.
– Proszę się nie krępować. Jak nie odpowiem, to się po prostu zawstydzę i tyle... – Pan Józef zmienia krzesło i do zgadywanek przysiada się bliżej Sabiny. Chce, aby widziała, że nie ma w tym żadnego oszustwa.
– Szesnaście razy osiemnaście?
– Za łatwe. Dwieście osiemdziesiąt osiem. Pani Sabina we mnie nie wierzy, a ja proszę, aby mnie nie oszczędzać... Trzycyfrowe wołałbym. Na przykład dwieście dwadzieścia osiem razy trzysta czternaście.
– Dwieście dwadzieścia osiem razy trzysta czternaście?
– Już lepiej. Siedemdziesiąt jeden tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt dwa. Chce pani Sabina sprawdzić?
– Wierzę panu.
– A więc zna się pani na ludziach, pani Sabino, bo ja w mnożeniu równych sobie nie mam. A i w dzieleniu mogę... – Nie dokończy myśli, bo wchodzi matka z półmiskiem. Dopiero teraz Sabina uświadamia sobie, jak mało wiedziała o przygotowaniach do tej wizyty.
– Nie wiem, czy lubi pan zimne nóżki?
– Nie tylko zimne, za przeproszeniem szanownej pani. Taki już jestem, przy apetycie. Panie pozwolą, że wypiję jeszcze pół kieliszeczka, bo nalewka królewska... – Aby przeprosić, że pije sam, wstaje pan Józef i skłania głowę przed paniami.
– Bardzo się cieszymy, że panu smakuje. – Po raz pierwszy Sabina słyszy w głosie mamy nutę zniecierpliwienia. Patrzy na nią, ale w twarzy widzi zadowolenie.
– À propos, jak się to mówi, ciepłych nóżek, to muszę paniom powiedzieć, że na wczasach, o których wspomniałem, duże powodzenie miałem. Niby nic dziwnego, bo w tańcu dużo takich przejść znam, że się głowie potrafi zakręcić. Ale nie chcę się chwalić. Chcę tylko zaznaczyć, że kobiety dzisiejsze jakieś puste mi się wydają. A ja niewiasty poważnej szukam i takiej powagę mogę ofiarować.
Pan Józef zwraca się do mamy, jakby to u niej szukał zrozumienia. Mama potakuje z pewną boleścią w oku, która ma pewnie wyrażać żal, że tak mało rodzi się mądrze myślących mężczyzn. Sabina korzysta z tego, że nikt na nią nie patrzy, i biegnie do drugiego pokoju. Babcia gotowa jest przechylić się w stronę blisko ustawionego stolika i uruchomić gramofon. Robi już nawet stosowny ruch, ale Sabina opiera ją o poduszki i całuje mocniej niż zwykle. Babcia wie, co to znaczy.
– Jakieś kłopoty, moje dziecko?
– Skądże, babciu. Wszystko w najlepszym porządku, tylko nudzę się trochę.
– Mężczyźni często bywają nudni. Ale rzadko na pierwszej wizycie. Wtedy potrafią wykrzesać z siebie to, co najlepsze. Ten buchalter nudny, mówisz?
– Mama wszystko babuni opowie...
– Co tam mama, chcę wiedzieć, jak się tobie podoba.
– Jak tylko sobie pójdzie, to wszystko babci opowiem. – Sabina całuje ją raz jeszcze i wybiega z pokoju.
Czuje się lekko i z chęcią nawet wybiegłaby z mieszkania i szybkim krokiem poszła w stronę Łazienek. Po godzinie wróciłaby do domu. Najpierw jednak trzeba wrócić do pokoju, w którym pan Józef śmieje się właśnie. Dopiero z pewnej odległości słyszy, że jego głos w śmiechu przyjemny. Tenor okazjonalny, jak dyrektor Barski określił głos pewnego śpiewaka, lubiącego występy na akademiach. Sabinie nie chce się wracać do pokoju i przedłuża chwilę, w której dobiega z niego ożywiona rozmowa. Dlatego usłyszy słowa pana Józefa:
– Córkę ma pani ładną i rozsądną jak rzadko. Gdyby chciała o mnie pomyśleć jako o ewentualnym starającym się, to proszę wspomnieć, że pensję mam niezłą, a i na boku dorobić umiem. Niczego by jej przy mnie nie brakowało.
– Nie muszę pana zachwalać, panie Józefie, bo sam się pan pięknie przedstawił. Bardzo proszę sobie nalać. Ze mnie niech pan nie bierze przykładu, bo już po dwóch kieliszkach nalewki ciśnienie tak mi skacze, że nie śpię pół nocy...
Zapada cisza, więc pewnie pan Józef nalewa sobie i zachęcony podniesionym kieliszkiem mamy, wypija. Sabina rozumie, że nie wypada dłużej wagarować.
– Dobrze, że jesteś Sabinko. Dotrzymaj towarzystwa naszemu gościowi, a ja pomyślę o czarnej kawie. – Mama wita ją z wyraźną ulgą.
Sabina liczy na chwilę krępującej ciszy. Krępującej, lecz ciszy. Nic z tego jednak. Podochocony pan Józef uznał za słuszne zabawiać ją dowcipami, a do zapamiętywania ich miał tak samo dobrą głowę jak do działań matematycznych. Na szczęście pamięta tylko dowcipy dalekie od polityki. Za to jak pięknie je przedstawia. Chodzi po pokoju, gestykuluje, łapie się za głowę, odgrywając starą babę, co za Niemca przewoziła słoninę w serdaku. Sabina zaśmiała się, i to dwukrotnie, więc powie wreszcie pan Józef:
– Sama pani Sabina widzi, że mimo ścisłej głowy na żartach trochę się znam. Zaraz też przedstawię, czym jest żart sytuacyjny. Trudniejszy od innych, bo nie wyuczy się go człowiek na pamięć... A śmiechu może być co niemiara...
Z uśmiechem idzie pan Józef do drzwi i klęka skulony na progu. Już z przyklęku przykłada palec do ust, prosząc o milczenie. Przez głowę Sabiny przechodzą różne ewentualności. Najbardziej boi się, że z trudem powściągane obrzydzenie może stać się widoczne. Drzwi otwierają się i staje w nich mama z tacą w rękach. Sabina daje dyskretne znaki, że na dole, u jej stóp, czai się niebezpieczeństwo. Mama jednak nie chce nic widzieć. Nie zauważa pana Józefa, który wolno unosi się spod jej nóg. Krzyczy przestraszona, jedna z filiżanek spada na pana Józefa. Pan Józef oblany także krzyczy, lecz do swoich zalet dołącza przytomność umysłu, bo zdąży złapać filiżankę, zanim zetknie się ona z podłogą.
– Nic się panu nie stało, drogi panie Józefie? – Sabina podziwia mamę, że w tej sytuacji potrafi zapanować nad sobą.
– Skądże. Udało mi się panią przestraszyć, nie przewidziałem tylko, że coś będzie niesione. – Pan Józef znowu jest zuchem. – Na szczęście nic się nie stłukło, bo i w rękach szybki jestem.
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki











