Autor: Dean Koontz
Tytuł: Wielkie małe życie. Wspomnienia o radosnym psie



Istotą, z którą Dean Koontz spędzał najwięcej czasu, leżąc na podłodze i wymieniając zakochane spojrzenia, był niezwykły pies o imieniu Trixie. Pies, który wiedział wszystko o radości życia, cierpliwości, sile uczuć i spokoju ducha... a czego nie wiedział, tego prawdopodobnie wiedzieć nie warto.

Autobiografia Koontza, niechętnie mówiącego o sobie publicznie, ukazuje nieznaną dotąd stronę osobowości pisarza. Przemawiając do wszystkich, którzy szanują zwierzęta, wierzą w ich niezbywalne prawa i opłakują rozstanie z nimi nie inaczej niż śmierć najbliższych, autor z poczuciem humoru, ale i niezwykłą delikatnością kreśli intymny, wnikliwy i dający do myślenia podwójny portret: człowieka i psa w nieustannie pogłębiającej się więzi. Kiedy golden retrieverka Koontza umarła, pogrążony w żałobie pisarz długo czuł ogromny smutek. Jak napisał w dedykacji dla swojej żony, cierpienie okazało się tak wielkie, ponieważ poprzedzające je szczęście było jeszcze większe.

Dean Koontz na czacie ABC News:
Nie mogę się wypowiadać z całą stanowczością o innych zwierzętach, ale psy bez wątpienia są dużo bardziej inteligentne, niż sądzi większość ludzi. We właściwym Trixie stosunku do świata widziałem złożone rozumowanie, przewrotne i czarujące poczucie humoru, a nawet zachowania, o których mogę z przekonaniem powiedzieć, że były oparte na osądzie moralnym. Ludzie na ogół nie przyglądają się psom z należytą uwagą i skupieniem, ale kiedy już to robią, muszą uznać, że zwierzęta te są nadzwyczaj mądre i tajemnicze - dokładnie takie, jakimi opisywał je Jack London.


Fragment:

Nasz pierwszy dom w Newport Beach, w dzielnicy Harbor Ridge, miał wyjątkowo długi korytarz na piętrze, była to właściwie galeryjka otwarta na hol poniżej. Ponieważ leżał tam dywan, a pod ścianami nie stało nic, co mogłoby się stłuc, często bawiłem się tam z Trixie, gdy była brzydka pogoda, albo w chłodne zimowe wieczory, gdy wcześnie zapadał zmierzch.
Na początku rzucałem piłkę albo gryzak wzdłuż korytarza. Gryzak, zabawka z twardej gumy, miał mniej więcej piętnaście centymetrów długości i dwucentymetrową dziurę na wylot. Można było napchać do środka masła orzechowego zmieszanego z psią karmą, co powinno teoretycznie dać psu zajęcie na godzinę albo dłużej. Próbowałem tego dwa razy, ale Trixie wyjadała smakołyk w pięć minut, szybiej, niż go przygotowałem.
Pewnego wieczoru gryzak odbił się i trafił w obraz olejny, brudząc płótno. Obraz był stary, a na dodatek Gerda bardzo go lubiła.
Kiedy kilka dni później zauważyła, co się stało, przyznałem bez bicia:
- To pies.
- Nawet gdyby stanęła na tylnych łapach, jest za mała, żeby to zrobić. - powiedziała Gerda.
Pewny swojej niepodważalnej logiki, odparłem:
- Pies był na korytarzu, kiedy to się stało. Był tam też gryzak. Gryzak należy do psa. Pies chciał się bawić. Gdyby Trixie nie była takim słodkim maleństwem, nie chciałbym się z nią bawić. Korytarz, pies, gryzak, słodkie maleństwo, zabawa - zniszczenie obrazu było nieuchronne.
- Więc twierdzisz, że to wina Trixie, bo jest taka słodka?
Nie chciałem, żeby czepiała się mojego racjonalnego stanowiska. Zastosowałem argumenty rezerwowe:
- Poza tym, może jest za mała, ale wie, gdzie trzymamy stołek.
Tak więc, ponieważ pies zniszczył obraz, na galeryjce nie mogliśmy już bawić się gryzakiem. Co więcej, miałem już nie rzucać piłeczki tenisowej, a tylko ją turlać.
Wyjaśniłem Trixie nowe zasady, a ona wysłuchała mnie z ponurą miną.
- To jest bardzo cenna lekcja - podsumowałem. - Widzisz, gdybyś poszła do mamy od razu po zniszczeniu obrazu i wzięła na siebie winę, nie splamiłabyś swojej reputacji.
Zgodnie z nowymi zasadami, zawsze energicznie ciskałem piłeczkę, podkręceniem nadgarstka nadając jej taką szybkość, żeby doturlała się do końca korotarza. Trixie z łomotem rzucała się w pogoń, i chwtała ją albo tuż pod koniec, albo w powietrzu, jeśli piłeczka odbiła się od nogi komody i podskoczyła. Pies wracał do mnie z łupem, a ja natychmiast znów rzucałem piłkę. Po dwudziestu minutach Trixie zaczynała robić bokami, wywieszała jęzor, i chociaż wciąż uważała piłkę za bezcenny skarb, była skłonna powierzyć mi ją na chwilę.
Leżeliśmy na podłodze, patrząc sobie w oczy. Trixie dyszała, łapiąc oddech, a ja głaskałem jej wspaniałą złocistą sierść.
Od chwili, kiedy pojawiła się w naszym życiu, Trixie i ja spędziliśmy sporo czasu, leżąc tak razem. Dla mnie było to relaksujące, bo przytulanie się do kochającego psa zawsze po prostu uspokaja. Było też dziwne, ponieważ patrzyła mi w oczy tak długo, jak długo ja nie spuszczałem wzroku - dziesięć minut, dwadzieścia, trzydzieści - i rzadko pierwsza odwracała spojrzenie.
Były to sesje medytacji, ale także komunikacji, chociaż nie potrafię powiedzieć, czy przekazywała mi coś poza miłością. Często widziałem w jej oczach pragnienie porozumienia się w bardziej skomplikowany sposób, taki, jaki umożliwia tylko mowa.
Patrząc w oczy Trixie, czasem milczałem, ale często opowiadałem jej o tym, jak minął mi dzień, o swoich problemach, nadziejach, o wszystkim, co tylko przyszło mi do głowy. Ci, którzy kochają psy, dobrze znają takie pogawędki. Pies nie reaguje - zresztą nie oczekujemy tego - ale słucha i wyraża zdziwienie. Psy płyną przez morze ludzkich słów, nastawiając uszu na te, które rozpoznają, cierpliwie starając się zrozumieć, co do nich mówimy, chociaż większość z tego na zawsze pozostanie dla nich niepojęta. Żaden człowiek nie zdobyłby się na taką cierpliwość. Uwzględniając komendy, których nauczono ją podczas szkolenia dla psów asystujących, i to, czego nauczyła się sama: „ciastko", „kurczak", spacer", „kaczka", „stołek", „olej", „obraz", „renowacja", „elektromagnetyzm"... jej słownik liczył co najmniej sto słów. Przez lata miał się powiększyć ponaddwukrotnie. Zacząłem się nad tym zastanawiać... Świadomość, że słowa mają sens, pragnienie ich pamiętania, chęć działania zgodnie z tymi, które się rozumie - czy to wszystko nie prowadzi do wniosku, że pies także chce mówić?
Tego styczniowego wieczoru, ponieważ przez ostatnie cztery miesiące Trixie była źródłem niezmąconej radości, i już zaczęła zmieniać mnie na lepsze, powiedziałem:
- Nie jesteś tylko psem. Mnie nie nabierzesz. Wiem, kim naprawdę jesteś.
Jakby w odpowiedzi uniosła łeb, odchyliła go lekko do tyłu, i spojrzała na mnie z czymś w rodzaju zastanowienia. Golden retrievery mają ruchliwe brwi, dzięki którym mogą robić różne miny. Nigdy wcześniej nie zareagowała w ten sposób, i rozbawiła mnie, bo wyraz jej pyska wydawał się znaczyć: „Ojej, chyba się wydało".
- W rzeczywistości jesteś aniołem - ciągnąłem.
[...]


Potem, w klasie maturalnej, pojawiła się Gerda Cerra. Już wcześniej podobały mi się różne dziewczyny, bywałem zachwycony i urzeczony, ale nie aż tak bardzo oczarowany. Nigdy wcześniej się nie zadurzyłem. Właściwie to uważałem, że nie można się zadurzyć, jeśli tylko ktoś urodził się po 1890 roku. Drobna, pełna wdzięku, cudowna Gerda miała cichy głos, który sprawiał, że każde słowo brzmiało intymnie i romantycznie. Kiedy powiedziała: „Coś ci zwisa z czubka nosa", moje serce aż podskoczyło. Choć nie było to najważniejsze, jej opanowanie wydawało się czymś nieziemskim.
Fakt, że zabiegałem o jej względy, choć byłem tak nieśmiały, a także lata świetlne od licealnej randki do oświadczyn świadczą o tym, jak wielkie zrobiła na mnie wrażenie - szczególnie uwzględniając, że cztery razy dała mi kosza.
Za pierwszym razem, kiedy usłyszała, którego wieczoru mam nadzieję zabrać ją do kina, stwierdziła, że pracuje wtedy w pralni. Wcześniej, kiedy dziewczyna zapakowana w gips po szyję twierdziła, że nie może ruszyć się z domu i dlatego nie pójdzie na randkę, uznawałem, że tak naprawdę uważa mnie za kogoś odrażającego i jej unikałem. Ale Gerdę tydzień później spróbowałem zaprosić po raz drugi.
Tym razem poinformowała mnie, że tego właśnie wieczoru będzie pracowała w kinie w sklepiku z przekąskami. Oto młoda kobieta, która albo wie, co to znaczy przesiębiorczość, albo zapomniała o kłamstwie z pralnią, które zaserwowała mi tydzień wcześniej.
Kiedy po dwóch tygodniach po raz kolejny zebrałem się na odwagę, znów zapytałem, czy poszłaby ze mną na randkę - tylko żeby dowiedzieć się, że tego wieczoru będzie opiekowała się czyimiś dziećmi. Wydawało się, że mówi szczerze, ale ludzie wierzyli też Hitlerowi, kiedy twierdził, że nie napadnie na Polskę, a wszyscy wiemy, jak się to skończyło. Nie sądziłem, żeby Gerda miała zamiar napadać na Polskę, i chciałem wierzyć, że wciąż mam u niej jakieś szanse, więc przyjąłem odmowę z godnością.
Ponieważ mogła poczuć się prześladowana, jeśli nie przyparta do muru, i odrzucić moje czwarte zaproszenie, podpalając sobie włosy, zastanawiałem się całymi tygodniami, zanim zapytałem, czy mógłbym jej towarzyszyć na imprezie, na którą i tak musiała pójść. Co roku zostawała przewodniczącą klasy, zaprosiłem ją więc na potańcówkę dla pierwszych klas.
Kiedy odmówiła, twierdząc, że ten wieczór ma zajęty, zacząłem przekonywać ją żarliwie, chociaż jako uczciwy autor wspomnień muszę przyznać, że był to raczej płaczliwy jęk: „Ale ty przecież musisz iść na te tańce, jesteś przewodniczącą klasy".
„Och - powiedziała. - Mam zamiar pójść. Ale przez pierwszą część wieczoru będę sprzedawać bilety przy wejściu. Potem będę obsługiwać adapter, potem sprzedawać napoje, a jeszcze później sprzątać salę".
Oświadczyłem, że właśnie te cztery rzeczy najbardziej lubię robić na randce, więc nie mogła już się mnie pozbyć, chyba że pobiłaby mnie torebką albo zaczęła głośno wzywać policję.
Uśmiechnęła się i powiedziała: „Dobrze". Te słowa, wypowiedziane jej cichym głosem, brzmiały jak wyznanie wiecznej miłości. Ponieważ akurat nic nie zwisało mi z nosa, poczułem się równie uwodzicielski, jak Cary Grant. W końcu dowiedziałem się, że jej ojciec, szewc z Bedford, jest imigrantem z Włoch i przywiózł ze sobą wiele przekonań rodem ze Starego Kraju, w tym to, że nastolatki powinny pracować. Gerda naprawdę pracowała dorywczo w pralni i w kinie, a dodatkowo jeszcze jako opiekunka do dzieci. Od kiedy skończyła trzynaście lat, sama kupowała sobie ubrania, albo, ponieważ nieźle szyła, tylko materiał.
Na naszej pierwszej randce, pomiędzy sprzedawaniem biletów, nastawianiem płyt, sprzedawaniem oranżady i sprzątaniem sali gimnastycznej, udało nam się zatańczyć tylko raz, ale dużo się razem śmialiśmy.
Jednak, kiedy odprowadziłem ją do domu i powiedziałem dobranoc, martwiłem się o to, jakie wrażenie na niej zrobiłem. Chciałem popędzić do domu, żeby do niej zadzwonić i poprosić o oficjalną ocenę randki, ale stwierdziłem, że może się to wydać zbyt nachalne.
Następny dzień, niedziela, wlókł się nie do zniesienia, jakby tempo obrotu Ziemi nagle dramatycznie spadło. W poniedziałek rano w szkole czatowałem przy szafce Gerdy, kiedy pojawiła się na korytarzu przy drzwiach swojej klasy. Spodziewałem się właściwie uprzejmego „cześć" i stwierdzenia, że woli zapomnieć o tym, co działo się w sobotę wieczorem. Ale zamiast tego wyznała mi, że tak strasznie się uśmiała przez te pięć godzin, które spędziliśmy razem, że następnego dnia bolały ją mięśnie brzucha.
Zawsze myślałem, że dziewczyny uważają randki ze mną za bolesne doświadczenie, ale to był dobry ból. Nadal się spotykaliśmy. I dużo się razem śmialiśmy.
W końcu poprosiłem ją o rękę, a ona się zgodziła.
[...]


Kiedy się zjawiła, miała już imię. Trixie. Żartowałem czasem, że tak mogłaby się nazywać jakaś striptizerka, a nie pies. Powiedziano nam, że możemy je zmienić, i że można ją szybko nauczyć reagować na nowe imię. Ale jeśli nawet imię pasowało raczej do tancerki w klubie nocnym niż do psa, jeszcze bardziej pasowałoby do elfa czy skrzydlatej wróżki. Elfy to istoty czarodziejskie, a ona właśnie taka była.
Trixie zjawiła się u nas nie jako szczeniak, ale jako bardzo wykształcona i znakomicie ułożona trzyletnia dama. Z powodu operacji łokcia odeszła na wcześniejszą emeryturę, rezygnując z kariery psa asystującego pięknej młodej kobiety, Jenny, która w wypadku samochodowym straciła obie nogi. Trixie pojawiła się u niej, kiedy Jenna na ostatnim roku studiów zaczęła praktyki pedagogiczne, i wywarła ogromne wrażenie na dzieciach z podstawówki.
Od 1990 roku Gerda i ja wspieramy lokalny oddział CCI. Ta wspaniała organizacja wychowuje i szkoli cztery rodzaje psów asystujących.
[...]
W wieku dwóch i pół roku Trixie przestała być psem asystującym Jenny, ale w wieku trzech lat stała się psem asystującym innego rodzaju dla Gerdy i dla mnie. Zmieniła nas na lepsze pod wieloma względami.
Dyrektor południowozachodniego oddziału CCI, którym była wówczas Judi Pierson, często namawiała nas, żebyśmy wzięli jakiegoś psa, który odpadł z ich programu. Nie każdy szczeniak ma talent, temperament i predyspozycje fizyczne, żeby przejść dwuletnie szkolenie, po którym zostaje dyplomowanym psem asystentem.
Opiekun szczeniaka, a jest nim zawsze ochotnik wyszkolony przez CCI, zajmuje się psem od ósmego tygodnia, kiedy dostaje go od hodowcy. Opiekun zajmujący się psem przez około szesnaście miesięcy, uczy go siadać, stać, leżeć, iść przy nodze, iść bez smyczy, załatwiać się na komendę i wykonywać inne podstawowe zadania.
Następnie, jeśli pies dobrze sobie poradził, trafia do obozu CCI na sześciomiesięczne, bardziej intensywne szkolenie, podczas którego nabędzie więcej umiejętności niż mam ja, co bez wahania potwierdzi każdy mój znajomy.
Jeśli pies z jakiegoś powodu się nie nadaje, proponuje się go osobie, która go wychowała.
Ci ludzie są niesamowici. Wychować i wyszkolić takiego zwierzaka to znaczy zakochać się w nim - a jednak ochotnicy regularnie oddają swoich podopiecznych CCI na dalsze szkolenie i często biorą kolejnego szczeniaka, wiedząc, że będą musieli znów przeżyć jego stratę, a robią to, ponieważ wierzą w tę organizację. Niektórzy wychowali dwadzieścia albo więcej psów, i jeśli pomyśleć, życie ilu ludzi zmieniło się dzięki nim, człowieka naprawdę ogarnia podziw.
Czasem opiekunowie szczeniaków nie mają już gdzie upchnąć kolejnego psiska, albo ich sytuacja się zmieniła. Wtedy trzeba znaleźć dom psu, który odszedł z programu.
Przez wiele lat Judi namawiała nas, byśmy wzięli takiego psa, a my mieliśmy wielką ochotę się zgodzić. Obawialiśmy się jednak, że nie moglibyśmy poświęcić psu tyle czasu i uwagi, ile potrzebuje. Powtarzaliśmy Judi - i sobie - że jesteśmy zbyt zajęci, że musimy z tym zaczekać, aż moja kariera pisarska wejdzie w jakąś spokojniejszą fazę.
W sierpniu 1998 roku ukończyłem Korzystaj z nocy, kontynuację Oszukać strach, jednej z wielu moich powieści, w których pies należy do głównych bohaterów. Za każdym razem, gdy pisałem historię, w której pojawiał się czworonóg, coraz bardziej chciałem mieć psa. Czytelnicy i recenzenci zgodnie twierdzili, że potrafię niezwykle przekonująco pisać o psach, a nawet przyjąć psi punkt widzenia. Kiedy w powieści pojawiał się psi bohater, zawsze czułem szczególną inspirację, jakby jakiś mój anioł stróż próbował mi powiedzieć, gdybym tylko zechciał posłuchać jego głosu, że psy są fundamentalną częścią mojego przeznaczenia.
Pewnego wieczoru, pod koniec miesiąca, zacząłem rozmawiać o tym z Gerdą przy kolacji. „Wciąż mówimy, że jesteśmy zbyt zajęci, żeby w naszym życiu pojawił się pies, ale obawiam się, że kiedy będziemy mieli dziewięćdziesiątkę, nadal będziemy zbyt zajęci. Może powinniśmy po prostu się zdecydować i zobaczyć, jak to będzie".
Nie mieliśmy dzieci. Od kiedy Gerda i ja w 1974 roku otworzyliśmy wspólny interes, byliśmy razem codziennie, niemal cały dzień, przez dwadzieścia cztery lata. Rozstaliśmy się tylko dwa razy w ciągu trzydziestu dwóch lat małżeństwa. Byliśmy bardzo ze sobą związani, trochę więc przerażała nas wizja tego, że będziemy mieli w domu jeszcze kogoś. Wiedzieliśmy, że pies będzie ważną osobą, w nie mniejszym stopniu niż dziecko.
Pod koniec kolacji podjęliśmy decyzję. Nie byliśmy gotowi na psa, ale mieliśmy zamiar się przygotować.
[...]


W wieku dwóch i pół roku Trixie przestała być psem asystującym Jenny, ale w wieku trzech lat stała się psem asystującym innego rodzaju dla Gerdy i dla mnie. Zmieniła nas na lepsze pod wieloma względami.
Dyrektor południowozachodniego oddziału CCI, którym była wówczas Judi Pierson, często namawiała nas, żebyśmy wzięli jakiegoś psa, który odpadł z ich programu. Nie każdy szczeniak ma talent, temperament i predyspozycje fizyczne, żeby przejść dwuletnie szkolenie, po którym zostaje dyplomowanym psem asystentem.
Opiekun szczeniaka, a jest nim zawsze ochotnik wyszkolony przez CCI, zajmuje się psem od ósmego tygodnia, kiedy dostaje go od hodowcy. Opiekun zajmujący się psem przez około szesnaście miesięcy, uczy go siadać, stać, leżeć, iść przy nodze, iść bez smyczy, załatwiać się na komendę i wykonywać inne podstawowe zadania.
Następnie, jeśli pies dobrze sobie poradził, trafia do obozu CCI na sześciomiesięczne, bardziej intensywne szkolenie, podczas którego nabędzie więcej umiejętności niż mam ja, co bez wahania potwierdzi każdy mój znajomy.
Jeśli pies z jakiegoś powodu się nie nadaje, proponuje się go osobie, która go wychowała.
Ci ludzie są niesamowici. Wychować i wyszkolić takiego zwierzaka to znaczy zakochać się w nim - a jednak ochotnicy regularnie oddają swoich podopiecznych CCI na dalsze szkolenie i często biorą kolejnego szczeniaka, wiedząc, że będą musieli znów przeżyć jego stratę, a robią to, ponieważ wierzą w tę organizację. Niektórzy wychowali dwadzieścia albo więcej psów, i jeśli pomyśleć, życie ilu ludzi zmieniło się dzięki nim, człowieka naprawdę ogarnia podziw.
Czasem opiekunowie szczeniaków nie mają już gdzie upchnąć kolejnego psiska, albo ich sytuacja się zmieniła. Wtedy trzeba znaleźć dom psu, który odszedł z programu.
Przez wiele lat Judi namawiała nas, byśmy wzięli takiego psa, a my mieliśmy wielką ochotę się zgodzić. Obawialiśmy się jednak, że nie moglibyśmy poświęcić psu tyle czasu i uwagi, ile potrzebuje. Powtarzaliśmy Judi - i sobie - że jesteśmy zbyt zajęci, że musimy z tym zaczekać, aż moja kariera pisarska wejdzie w jakąś spokojniejszą fazę.
W sierpniu 1998 roku ukończyłem Korzystaj z nocy, kontynuację Oszukać strach, jednej z wielu moich powieści, w których pies należy do głównych bohaterów. Za każdym razem, gdy pisałem historię, w której pojawiał się czworonóg, coraz bardziej chciałem mieć psa. Czytelnicy i recenzenci zgodnie twierdzili, że potrafię niezwykle przekonująco pisać o psach, a nawet przyjąć psi punkt widzenia. Kiedy w powieści pojawiał się psi bohater, zawsze czułem szczególną inspirację, jakby jakiś mój anioł stróż próbował mi powiedzieć, gdybym tylko zechciał posłuchać jego głosu, że psy są fundamentalną częścią mojego przeznaczenia.
Pewnego wieczoru, pod koniec miesiąca, zacząłem rozmawiać o tym z Gerdą przy kolacji. „Wciąż mówimy, że jesteśmy zbyt zajęci, żeby w naszym życiu pojawił się pies, ale obawiam się, że kiedy będziemy mieli dziewięćdziesiątkę, nadal będziemy zbyt zajęci. Może powinniśmy po prostu się zdecydować i zobaczyć, jak to będzie".
Nie mieliśmy dzieci. Od kiedy Gerda i ja w 1974 roku otworzyliśmy wspólny interes, byliśmy razem codziennie, niemal cały dzień, przez dwadzieścia cztery lata. Rozstaliśmy się tylko dwa razy w ciągu trzydziestu dwóch lat małżeństwa. Byliśmy bardzo ze sobą związani, trochę więc przerażała nas wizja tego, że będziemy mieli w domu jeszcze kogoś. Wiedzieliśmy, że pies będzie ważną osobą, w nie mniejszym stopniu niż dziecko.
Pod koniec kolacji podjęliśmy decyzję. Nie byliśmy gotowi na psa, ale mieliśmy zamiar się przygotować.
[...]


Trixie, z ukochaną pluszową kaczką w pysku, wyskoczyła nagle z ciemnej sypialni, gdzie wokół jej posłania leżało mnóstwo zabawek. Ogromnie podniecona, zbiegła po schodach na dół, gdzie zaczęła galopować dookoła holu, ściskając w zębach popiskującą zabawkę, niemal fruwając w powietrzu, cały czas z dzikim entuzjazmem. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy jej tak rozradowanej.
Gerda i ja przyglądaliśmy się zdumieni tym popisom, na początku nie mogąc zrozumieć, co jest ich przyczyną, ale gdy Trixie nie przestawała szaleć z radości, dotarła do nas oczywista odpowiedź. Chociaż nasza psica miała tylko trzy lata i dwa miesiące, zdążyła już mieszkać w sześciu miejscach: dwa miesiące u hodowcy, potem u opiekuna szczeniaków, dopóki nie skończyła prawie półtora roku, potem pół roku w CCI na szkoleniu, pół roku z Jenną, dziewczyną, której asystowała, następnie znów u opiekuna szczeniaków, kiedy dochodziła do siebie po operacji stawu, a teraz z nami. Kiedy zabraliśmy ją do domu na plaży, rozpoznała go, bo tam spotkaliśmy się po raz pierwszy; byliśmy tego pewni, ponieważ nie pobiegła się po nim rozejrzeć, jak zawsze w nowych miejscach. W czasie tego czterodniowego weekendu spodziewała się, że przekażemy ją kolejnym ludziom, i że opuści swój szósty dom, żeby znów zamieszkać gdzie indziej. Kiedy zabraliśmy ją z powrotem do domu na wzgórzu, pobiegła na piętro do naszych pokojów, znalazła wszystkie zabawki leżące tak, jak je zostawiła, i zrozumiała, że nikomu jej nie oddamy.
Te galopy, podskoki i harce, radosne piszczenie kaczką oznaczały radość z tego, że to nadal jej dom i że już na zawsze jesteśmy jej rodziną. Byliśmy tak poruszeni, że uklękliśmy na podłodze holu, by jeszcze raz ją o tym zapewnić. Trixie podeszła do nas, machając ogonem i kręcąc z zapałem tyłeczkiem. Wypuściła z zębów kaczkę i lizała nam dłonie, chociaż zwykle rzadko to robiła. Sapała nam w palce i uśmiechała się swoim złocistym uśmiechem, który tak zachwyca wszystkich wielbicieli tej rasy.
Naukowcy i specjaliści od zachowań zwierząt napisali stosy pełnych bzdur książek na temat emocji psów, w których utrzymują, że nie mają one takich uczuć jak ludzie, albo że zachowania, które uznajemy za przejaw uczuć, mają znaczenie inne, niż próbujemy im nadać w naszych sentymentalnych próbach dostrzeżenia pokrewieństwa między psami a ludźmi. Podobnie jak bardzo wielu specjalistów w każdej dziedzinie, naukowcy ci, choć wiedzą coraz więcej, nie zmniejszają swojej ignorancji, lecz ją zwiększają, ponieważ osiągnęli rzekome oświecenie - a w istocie stali się dogmatykami - i nie mogą już doświadczać światła intuicji i bezwzględnej jasności zdrowego rozsądku. Postrzegają świat przez zamazane okna teorii i ideologii, które przesłaniają im rzeczywistość. Dlatego właśnie większość ekspertów od ekonomii nigdy nie zauważa, że nadciąga ekonomiczny kataklizm, zanim nie załamie się nad nimi fala, dlatego większość speców od rządzenia krajem i strategii wojskowych daje się zaskoczyć niespodziewanym atakiem wroga.
Każdy, kto kiedykolwiek otworzył serce i umysł przed psem, wie, że te stworzenia mają uczucia bardzo podobne do ludzkich. Zwykłe argumenty, którymi próbuje się temu zaprzeczać, z powodu swej pokrętnej natury i skostniałego materializmu w gruncie rzeczy okazują się sofistyką, albo, co gorsza, dogmatycznym uporem nauki, która w istocie jest scjentyzmem.
Tego wieczoru, kiedy wróciliśmy do domu na wzgórzu, Trixie oświadczyła: „Tutaj jest moje miejsce", i wyrażała radość z tego, że wreszcie ma swój dom, z którego nikt już jej nie zabierze.
[...]


Podczas naszego pierwszego wspólnego Bożego Narodzenia, sześć tygodni po ślubie, Gerda i ja mieliśmy za mało pieniędzy, żeby ubrać choinkę tak wspaniale, jakbyśmy chcieli. Dwa zestawy kolorowych lampek, dwa pudełka tanich ozdóbek oraz paczka sopli z folii aluminiowej poważnie nadszarpnęły nasz budżet.
Cały wynajęty dom umeblowaliśmy za sto pięćdziesiąt dolarów, szukając okazji na wiejskich wyprzedażach. Okazało się to skuteczną strategią, ale dopiero kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że oboje podnosimy ręce, przebijając nawzajem swoją stawkę, i przestaliśmy rywalizować o rzeczy, które chcieliśmy kupić. Kanapa za trzy dolary wyglądała całkiem przyzwoicie, kiedy zamontowaliśmy nowe sprężyny i obiliśmy ją tanim, ładnym materiałem. Do starych drzwi przymocowaliśmy krótkie nogi, pomalowaliśmy całość na czarno, po czym używaliśmy ich jako stołu w stylu japońskim. Zamiast krzeseł mieliśmy poduchy, które Gerda sama uszyła na maszynie. Wypchaliśmy je porwanymi plastikowymi torebkami - głównie miękkimi opakowaniami po chlebie, żeby nie trzeszczały - które odkładali dla nas krewni i sąsiedzi, i przy obiedzie siedzieliśmy na tych poduchach po turecku. Spaliśmy na dziwnej kombinacji wersalki i rozkładanego łóżka, o wysokości nie więcej niż trzydzieści centymetrów.
Moja mama, gdy nas odwiedzała, biadała nad naszą nędzą. „Jecie na podłodze" - mówiła bardzo nieszczęśliwa, z naciskiem na ostatnie słowo w każdym zdaniu, jakby recytowała oficjalną litanię dopustów, które na nas spadły. „Śpicie na podłodze. Nie macie piecyka. Nie macie telewizora. Jecie na podłodze". Kochała nas. Chciała dla nas jak najlepiej. Mama przez całe swoje małżeństwo nie wiedziała, czy następnego dnia będzie miała jeszcze dach nad głową, ale nasze skromne, lecz wesołe gospodarstwo budziło w niej takie uczucia, jakbyśmy wegetowali w szopie z dykty gdzieś w slumsach Kalkuty.
Nasza pierwsza choinka nie oszałamiała. Nie było pod nią piętrzących się stosów prezentów. Ale byliśmy razem, nareszcie nie osobni i samotni na świecie, mieliśmy fajną elektryczną kuchenkę, nie marnowaliśmy czasu na telewizję, ponieważ nie mieliśmy telewizora, nie musieliśmy się też obawiać, że coś nam się stanie, gdybyśmy w nocy wypadli z łóżka. O zmierzchu w Wigilię śnieg zaczął padać wirującymi płatkami jak srebrne jednodolarówki, wieczorem poszliśmy więc na magiczny spacer, czując się, jakbyśmy byli w Narnii.
Trzydzieści dwa lata później, kiedy zbliżała się nasza pierwsza gwiazdka z Trixie, oczekiwanie świąt było tak samo przyjemne, jak kiedyś tamtego odległego grudnia. Dzięki sukcesowi moich powieści Gerda i ja od dawna kupowaliśmy dzieła sztuki i antyki, którymi się oboje zachwycamy. Traktowaliśmy te rzeczy jako prezenty dla nas obojga, ale kilka lat wcześniej przestaliśmy dawać sobie podarunki na gwiazdkę, ponieważ wydały nam się czymś zbytecznym. Ale teraz mieliśmy tego wyjątkowego psa, którego mogliśmy rozpieszczać. Chociaż nie mogliśmy jej wyjaśnić, kto to jest święty Mikołaj, bardzo chętnie weszliśmy w jego rolę.
Kupiliśmy pluszaki, gryzaki, zabawki do rzucania, jeszcze kilka pluszaków, pluszaki, które były zarazem gryzakami, piłeczki piszczące, piłeczki niepiszczące, oraz piłeczkę z lampką w środku, która błyskała, kiedy piłeczka się toczyła. Zapakowaliśmy te prezenty do pudełek, żeby ukryć ich rozmiar i kształt, tak jakby Trixie mogła być bardziej zaskoczona i zachwycona frisbee, które wyłoniłoby się z prostokątnego pudełka, niż frisbee zapakowanym jak frisbee.
Mieliśmy zamiar otworzyć prezenty w Wigilię po kolacji, bo wtedy zwykle Gerda i ja dawaliśmy sobie prezenty, kiedy jeszcze kupowaliśmy je sobie. Pół godziny wcześniej zabrałem Trixie na górę, żeby się pobawić, co z typową dla siebie zręcznością zdołałem zmienić w sytuację nagłego zagrożenia zdrowia i życia.
[...]
Czasem była tak nakręcona, że kiedy piłka toczyła się obok niej, rzucała się na nią raz za razem, szybka jak głodny gekon polujący na smakowitego świerszcza. W takich przypadkach, żeby ją nabrać, musiałem podejść do niej bliżej niż na metr, więc kiedy rzucałem piłkę, moja ręka była już między jej przednimi łapami. Być może ty, drogi Czytelniku, jesteś dość przenikliwy, by przewidzieć ryzyko wiążące się z takim posunięciem i nieuchronne krwawe jego skutki. Ja jednak jestem tylko prostym pisarzem i nie mam wystarczającej wiedzy o fizyce ani też dość dużej koordynacji oko-ręka, by potrafić przewidzieć skutki każdej głupoty, jaką zrobię.
Wykonując tę konkretną zmyłkę, zrobiłem zwód na jej lewą stronę, potem na prawą, na lewą, na lewą, jeszcze raz na lewą, po czym rzuciłem piłkę faktycznie po jej lewej stronie, podczas gdy ona błędnie spodziewała się, że ostatecznie rzucę z prawej. Kiedy piłka wyleciała z mojej prawej dłoni, Trixie natychmiast zrozumiała swój błąd i gwałtownie odwróciła łeb. Ja podnosiłem otwartą rękę znad podłogi, ona obracała otwartą paszczę w nadziei, że uda jej się złapać piłkę, która się potoczyła, a wtedy jeden z jej długich górnych kłów rozorał umięśnioną część mojej dłoni.
Przez ludzką dłoń przechodzi tętnica. W tym punkcie ramienia nie jest już jedną z tych smakowicie dużych tętnic, które zainteresowałyby Drakulę, ale dostarcza hojnie krew wielu mniejszym naczyniom włoskowatym. Krew trysnęła więc jasną fontanną, a tymczasem moja złocista goniła za piłką, nieświadoma tego, co się stało.
Próbowałem lewą ręką zacisnąć brzegi rany, żeby uszło ze mnie jak najmniej krwi, i dlatego, by nie zachlapać kremowego dywanu, i dlatego że z powodów filozoficznych jestem przeciwny temu, żeby krew opuszczała moje ciało. Podbiegłem do najbliższej łazienki przy gabinecie Gerdy, złapałem ręcznik z wieszaka i owinąłem nim prawą dłoń.
Trixie wróciła z piłką, którą upuściła u moich stóp, chętna do dalszej zabawy. Powiedziałem: „Nie teraz, kochanie. Chyba ugryzł mnie jakiś pterodaktyl".
Kiedy wyszedłem z gabinetu Gerdy na korytarz na górze, idąc za mną, wąchała krew na dywanie, ale nie próbowała jej zlizywać. Wolę myśleć, że powstrzymała się dlatego, że to była krew jej ukochanego tatusia, a nie dlatego, że była skażona.
Na dole Gerda robiła przygotowania do długo oczekiwanej, pełnej wszelkich uciech pierwszej gwiazdki Trixie jako członka rodziny. Miało być wino, sery i orzechy dla nas, ciasteczka dla Trixie, a teraz okazało się, że na dodatek będzie jeszcze masa krwi dla wszystkich.
Starając się nie wrzeszczeć jak mała dziewczynka, poszedłem do Gerdy do kuchni, wyjaśniłem jej, co się stało, i poprosiłem, żeby zawiozła mnie do szpitala. Zostawiliśmy Trixie samą, przykazawszy jej surowo, by nie otwierała żadnych prezentów pod naszą nieobecność i żeby zostawiła stołek w szafie, tam gdzie jego miejsce.
Mimo że prawie nie zważaliśmy na ograniczenia prędkości i znaki stopu, i chociaż ulice w ten wigilijny wieczór świeciły pustkami, dotarcie do najlepszego szpitala w okolicy zajęło nam kwadrans. Przyznam, że jestem uprzedzony do szpitali, które choć są bliżej, mają wysoki odsetek zgonów.
Nim dotarliśmy do izby przyjęć, gdzie przyjmowano nagłe wypadki, ręcznik, którym owinąłem prawą rękę, był tak przesiąknięty krwią, że nikt by nie powiedział, że wcześniej był biały. Niemniej skierowano nas do rejestracji, gdzie usiedliśmy naprzeciwko miłej młodej kobiety, która miała sprawić, żeby przyjął mnie albo lekarz, albo przewoźnik pływający przez Styks, zależnie od tego, jak długo będziemy musieli wypełniać papierki.
Zapytała, co się stało, wyjaśniłem więc, a ona powiedziała:
- Och, pogryzienie przez psa.
- Nie, nie - sprostowałem. - Ona mnie nie ugryzła. To był wypadek. Bawiliśmy się i to jest wyłącznie moja wina.
W sytuacjach kryzysowych Gerda jest jak skała, więc jeszcze zanim rejestratorka zapytała o kartę ubezpieczeniową, prawo jazdy, adres oraz dowód na przynależność do gatunku ludzkiego, wszystkie niezbędne dokumenty miała na biurku.
Zerkając na moje ubezpieczenie, młoda recepcjonistka powiedziała: „Och, nazywa się pan tak samo jak ten pisarz".
Kiedy przyznałem, że z „tym pisarzem" wspólne mam nie tylko nazwisko, ale też mózg i garderobę, i zauważyłem, że jestem tu z jego żoną, rejestratorka była zachwycona, że może mnie poznać. Oświadczyła, że Opiekunowie to jej ulubiona książka, chociaż uwielbia także Intensywność. Wypełniając formularze, kilkakrotnie przerywała, żeby zapytać mnie, dlaczego żaden z filmów, które powstały na podstawie moich książek, nie przypomina powieści, na podstawie których powstał (ponieważ w tym całym Hollywood siedzą sami kretyni), dlaczego dużo częściej niż w książkach innych pisarzy pojawiają się u mnie kobiety jako główne bohaterki (ponieważ spotkałem wiele interesujących kobiet, a jedną z nich nawet poślubiłem), czy kiedyś napiszę sequel Opiekunów (jeśli nie da się przewyższyć pierwszej historii, to chyba nie potrzebuje sequela), i czego się boi Dean Koontz (możliwości wykrwawienia się na śmierć).
Ręcznik spowijający moją dłoń był tak przesiąknięty, że krew kapała na podłogę.
Pomyślicie sobie pewnie, że rozzłościłem się na tę rejestratorkę, ale tego nie zrobiłem, a miałem trzy poważne powody. Po pierwsze, podobały jej się moje książki, i chociaż nie oddałbym życia za miłośników moich powieści, gotów jestem wiele dla nich wycierpieć. Po drugie, ta kobieta nie miała pojęcia, że ze względów filozoficznych nie akceptuję sytuacji, kiedy krew wydostaje się poza moje ciało. Po trzecie, gdybym to ja był rejestratorką, i gdyby John D. MacDonald, pisarz, dokuśtykał do mojej przychodni, niosąc w rękach odciętą stopę, miałbym do niego tysiąc pytań, i może nawet poprosiłbym go, żeby zaczekał momencik, a ja pobiegnę do domu i przyniosę jego książki, żeby dał mi autograf.
Wkrótce zostałem usadowiony na wózku inwalidzkim i pielęgniarka zabrała mnie z izby przyjęć na właściwy oddział nagłych wypadków. Poprosiłem Gerdę, żeby zadzwoniła do Trixie i powiedziała jej, że wszystko będzie w porządku, a ona obiecała, że to zrobi.
Pielęgniarka pchająca wózek także okazała się czytelniczką moich książek. Powiedziała, że przeczytała wszystko, co napisałem, i że czeka na kolejną powieść, zapytała też, czy kiedykolwiek przestanę pisać.
- Nie, jeśli tylko wyjdę z tego cało - obiecałem.
Medyczna machina poszła w ruch. Chwilę później leżałem na łóżku, osłonięty parawanem, słuchając, jak na drugim końcu sali ktoś szlocha.
Zza zasłony niczym magik wyłonił się młody lekarz. Był wystarczająco przystojny, żeby zagrać rolę w Ostrym dyżurze, wiedziałem więc, że musi być bardzo kompetentny.
Wskazując przesiąknięty ręcznik, którym wciąż miałem owiniętą dłoń, stwierdził:
- Sporo krwi.
- Czyżby? - mruknąłem. - Myślałem, że może histeryzuję, ponieważ, no wie pan, to jest moja krew.
Kiedy odwinął ręcznik, zapytał, co się stało, a ja opowiedziałem mu o tym zwodzie podczas zabawy w turlanie i chwytanie piłki, który skończył się tak fatalnie.
- Och, ugryzienie przez psa. Muszę to zgłosić wydziałowi policji do spraw zwierząt.
Jąłem spiesznie mu tłumaczyć, że to był tylko wypadek, i jeszcze raz opowiadać, co się wydarzyło.
- Mimo to - powiedział - jeśli miał w tym udział pies, zgodnie z przepisami muszę zgłosić to jako ugryzienie. Jak pies ma na imię?
Zastanawiając się gorączkowo, czy skłamać i podać mu fałszywe imię, nie odpowiedziałem od razu.
Kiedy zobaczył moją rękę, oświadczył:
- To dość głęboka rana. Musimy ją oczyścić i zbadać. Potrzebne będzie osiem szwów, może dziesięć. Powiedział pan, że jak ma na imię pies?
Gdybym podał mu fałszywe imię - powiedzmy, Lulu - musiałbym kupić drugiego psa, nazwać go Lulu i oddać funkcjonariuszom wydziału do spraw zwierząt, kiedy przyszliby do naszego domu w hełmach szturmowych i kamizelkach kuloodpornych, dzierżąc uzi i gaz łzawiący. Lulu byłaby niewinna, nie wiedziałaby, dlaczego aresztują ją za napaść, a kiedy siedziałaby zamknięta w psim odpowiedniku Alcatrazu, ja nie mógłbym spać z powodu wyrzutów sumienia, że wpakowałem ją do więzienia.
- Ma na imię Trixie - powiedziałem. - Niech pan posłucha, czy pies o imieniu Trixie mógłby kogokolwiek ugryźć? To dobry, kochany piesek. To golden retrieverka. Nie ugryzłaby pewnie nawet włamywacza walącego mnie po głowie łopatą.
[...]
Zapytałem:
- Co zrobi wydział do spraw zwierząt, kiedy dostanie ten raport?
- Trudno powiedzieć. Nie znam ich procedur. Wiem tylko, co powinienem zrobić w przypadku pogryzienia przez psa.
Skupiony na swojej pracy, milczał dłuższy czas, starannie oczyszczając ranę, badając ją, tamując krwawienie i wreszcie zakładając szwy.
Chociaż martwiłem się o Trixie, byłem wdzięczny, że w przeciwieństwie do rejestratorki oraz pielęgniarki lekarz nie wspominał o moich książkach i najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jestem znanym pisarzem. Nie miałem zamiaru próbować go przekupić, nie sądziłem też, że potraktowałby mnie poważnie, gdybym zagroził mu śmiercią, więc kiedy szlochając, zacząłem go błagać, żeby zlitował się nad moją czworonożną córeczką, mogłem to zrobić bez obaw, że historia mego bezwstydnego płaszczenia się i próśb o specjalne traktowanie trafi do jakiegoś brukowego telewizyjnego show.
Skończywszy opatrywać mi rękę, lekarz powiedział:
- A więc, tak na przyszłość, może częściej będzie pan pisał o kotach niż o psach.
Kiedy podziękowałem mu za dobrą robotę, podjąłem jeszcze jedną próbę wciągnięcia go w spisek przeciwko szalejącym siłom prawa i porządku.
- Trixie była psem asystującym w CCI, odeszła z tego programu z powodu operacji stawu, jest najbardziej uroczym psem na świecie, i nie zniósłbym myśli, że miałaby być notowana na policji. Pan rozumie, jest Wigilia.
Uśmiechnął się, pokręcił głową, dał mi receptę, zalecenia oraz powiedział, kiedy mam przyjść na zdjęcie szwów.
Gerda zawiozła mnie do domu, a Trixie powitała nas z miłością, co odwzajemniliśmy z nawiązką.
Z pomocą fantastycznego wywabiacza plam szybko usunęliśmy ślady krwi z dywanu, po czym postanowiliśmy dać Trixie jej prezenty, choć nieco później, niż mieliśmy w planach. Postanowiliśmy, że nie powiemy jej nic o straszliwym mieczu prawa, który może spaść na nią w każdej chwili.
Nigdy żadne dziecko nie przyjmowało prezentów z takim przejęciem i zachwytem, jak Trixie. Zwłaszcza szelest papieru sprawiał, że aż wierciła się z niecierpliwości. Bawiliśmy się trochę każdą zabawką, a potem odwijaliśmy kolejną, zachęcając, by powąchała i pomacała łapą każdą paczuszkę.
Zanim poszliśmy spać, pozbyliśmy się wszystkich podartych papierów, wstążek i pudełek, i ustawiliśmy dwadzieścia jeden rozpakowanych prezentów na narożnym regale w pokoju wypoczynkowym.
[...]


Zapraszamy na stronę www.trixie.deankoontz.com


seria: Biosfera
wydanie: I
tytuł oryginału: A Big Little Life. A Memoir of a Joyful Dog
gatunek: powieść
przekład: Dominika Cieśla-Szymańska
oprawa: twarda
format: 13,5 x 20,2 cm
ilustracje: zdjęcia czarno-białe



Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data premiery: 2010-04-08