Autor: Eileen Chang
Tytuł: Czerwona róża, biała róża
Szanghaj burzliwych lat 40. i 50. minionego wieku. Poszarpany, dziurawy świat. Społeczeństwo wykrwawione wojnami. Upadek tradycji. Rozkład więzi. Oficjalny akt ślubu zawieszony na ścianie to jedynie ozdoba domu Dunfeng i pana Mi. W rzeczywistości Dunfeng nie ma żalu do męża odwiedzającego swoją pierwszą żonę. Małżeństwo, zaaranżowane przez matkę pana Zhenhao, z pewnością nie należy do udanych. Zhenhao swoje schadzki w domu publicznym uznaje nie tyle za zdradę nudnej żony, co za odwet na kochance i dawnej miłości. Państwo Lou to z całą pewnością niedobrana para. On tylko wśród obcych odgrywa rolę troskliwego męża. Ona zaś nie ma nawet zamiaru stwarzać pozorów przykładnego małżeństwa i wciąż poniża pana Lou w towarzystwie. Napięta sytuacja nie najlepiej wróży związkowi ich syna...
W swoich opowiadaniach Chang ukazuje przede wszystkim skomplikowaną naturę kobiet – czerwonych i białych róż – zarówno tych wyrachowanych, mściwych, fascynujących, jak i tych cichych, przykładnych, które tylko z pozoru wydają się pogodzone z własnym losem.
Książka ukaże się w serii „nowy kanon”, przygotowanej we współpracy z „The New York Review of Books”. Słowem wstępnym powieść opatrzyła Karen S. Kingsbury.
Opinie:
W Eileen Chang tkwi siła, która pozwala przekuwać żal i przygnębienie na doskonałą prozę. Swoich bohaterów, stających na krawędzi przepaści, zdesperowanych, pełnych lęku, Chang opisuje zawsze z ironią i dystansem.
Boston Book Review
Olśniewająca i wyróżniająca się pisarka.
New York Times Book Review
Jane Austen bez rękawiczek.
Japan Times
Chang pisze o tym, jak miłość przezwycięża społeczne ograniczenia lub z nimi przegrywa. Wyzwala swoich bohaterów z konwenasu, obarcza niespełnionymi marzeniami i zmarnowanymi szansami – aby na koniec postawić wobec przerażającej pustki.
Publishers Weekly
Intensywne historie pełne pasji i bólu.
Booklist
Chang kreśli podziały chińskiego świata językiem jak ostrze noża. Jako jedna z nielicznych potrafi spojrzeć na tamtejszą złożoną rzeczywistość z dwóch odmiennych perspektyw.
Ang Lee
Eileen Chang to mistrzyni wrażliwości i ulotnego nastroju, ale też autorka opisująca Chiny, jakich już nie ma.
Dziennik
Pisarka zadaje sobie pytanie, czy w upodlonym świecie jest jeszcze miejsce na przyjaźń, zaufanie i wzajemną tolerancję.
Damian Gajda, granice.pl
Fragment opowiadania Złote kajdany
Minęła jesień, a potem zima. Qiqiao coraz bardziej traciła kontakt z rzeczywistością. Wciąż wybuchała złością, biła swoje służące, zmieniała kolejne kucharki, lecz była przy tym jakby nieobecna. Starszy brat i jego żona odwiedzili ją dwukrotnie. Nie mogli wytrzymać z nią dłużej niż dziesięć dni, ponieważ zadręczała ich swoimi narzekaniami, za każdym razem jednak dostawali od niej pożegnalne prezenty. Jej bratanek, Cao Chunxi, przyjechał do miasta w poszukiwaniu pracy i pomieszkiwał u niej. Młodzian nie był zbyt bystry, ale potrafił się zachować. Changbai, syn Qiqiao, miał czternaście lat, jego siostra Chang’an – trzynaście, lecz oboje z powodu wątłej postury wyglądali na siedmio-, ośmioletnie dzieci. Na Nowy Rok chłopca odziano w jaskrawoniebieskie pikowane wdzianko, a dziewczynkę w zieloną żakardową sukienkę, także ciepło podszytą – ubrania były tak grube, że rękawy na ramionach odstawały na boki. Postawione obok siebie, dzieci wyglądały jak para papierowych laleczek o płaskich, bladych twarzyczkach.
Pewnego popołudnia Qiqiao drzemała po obiedzie, a Cao Chunxi przyglądał się, jak jego kuzyni grają w kości. Chang’an przegrała już wszystkie pieniądze, które dostała w podarku z okazji Nowego Roku, lecz ani myślała przerywać grę. Changbai zagarnął do siebie wszystkie leżące na stole monety.
– Już z tobą nie gram – oświadczył z uśmiechem.
– Możemy grać na kandyzowane ziarenka lotosu – zaproponowała siostra.
– Wkładając je do kieszeni, pobrudzimy sobie ubranie.
– No to niech będą pestki melona, tam na szafie jest cała puszka – rzekła Chang’an, po czym przystawiła do szafy stolik herbaciany i weszła na krzesło.
– Panno An, niechże panienka uważa! – krzyknął zaniepokojony Chunxi. – Jeśli coś się stanie panience, to ja będę za to odpowiedzialny!
Zanim dokończył zdanie, Chang’an przechyliła się w tył i niechybnie by upadła, gdyby Chunxi jej nie złapał. Changbai roześmiał się w głos, klaszcząc w ręce, a Chunxi, który z początku mamrotał przekleństwa, po chwili także wybuchnął śmiechem. Śmiali się wszyscy troje. Chunxi już miał postawić dziewczynę z powrotem na ziemi, gdy nagle, w lustrze wiszącym na szafie z różanego drewna zauważył Qiqiao. Ciotka stała w drzwiach, z rozpuszczonymi włosami, podparta pod boki. Chunxi zamarł na chwilę, po czym pospiesznie postawił Chang’an i odwrócił się w jej stronę.
– Już wstałaś, ciociu – przywitał się.
Qiqiao rzuciła się w ich stronę i wciągnęła dziewczynkę za siebie. Chang’an straciła równowagę i przewróciła się, lecz Qiqiao nadal starała się zasłonić ją własnym ciałem, wrzeszcząc:
– Ja ci pokażę, ty kreaturo o wilczym sercu i psich płucach! Podtykam ci trzy herbatki i sześć posiłków dziennie, a ty, potworze, choć żyjesz tu jak pączek w maśle, śmiesz napastować moją córkę! Myślisz, że nie wiem, co siedzi w twoim wilczym sercu i psich płucach? Niech ci się nie zdaje, że mi dziecko zbałamucisz, a ja potem grzecznie dam ci ją za żonę, żebyś mógł się rządzić w moim własnym domu! Taki idiota jak ty nigdy by na to nie wpadł, pewnie tatuś z mamusią włożyli ci co trzeba do głowy! Te szumowiny o wilczych sercach i psich płucach, te niewdzięczne, zgniłe jaja! Tak im zależy na moim majątku! Jeden plan się nie udał, ale już mają nowy!
Chunxi, z wytrzeszczonymi z gniewu oczyma, już otwierał usta, żeby się bronić, gdy Qiqiao odezwała się znowu:
– I ty jeszcze masz czelność mi przeczyć? Zejdź mi z oczu czym prędzej, zanim każę cię przepędzić kijami!
Wypchnęła syna i córkę za drzwi, po czym sama wyszła z pokoju, wspierając się na ramieniu pokojówki. Chunxi, który był dość zapalczywym i dumnym młodzieńcem, czym prędzej zwinął swój dobytek i opuścił jej dom.
Qiqiao wróciła do salonu i położyła się na szezlongu do palenia opium. Ponieważ zaciągnięto aksamitne zasłony, w pokoju panował mrok. Tylko od czasu do czasu, gdy powiew wiatru wiejącego przez szpary w oknach poruszył zasłonami, spomiędzy ich brzegów zdobionych zielonymi pomponikami wyglądał jasny skrawek nieba. Poza tym jedynymi źródłami światła były opiumowa lampka i czerwony żar w kominku.
Wystraszona Chang’an usiadła sztywno na stołku obok paleniska.
– Chodź no tu – powiedziała Qiqiao.
Dziewczynka ociągała się, bojąc się, że matka ją uderzy. Myśląc, jak by tu odwrócić jej uwagę, przyglądała się ubraniom, które suszyły się na żelaznym parawanie przy kominku. Przewróciła na drugą stronę koszulę w drobną różową kratkę.
– Prawie się upiekła – zauważyła.
Koszula wydzielała zapach gorącej przędzy.
Qiqiao, która w gruncie rzeczy nie miała ochoty karcić córki, a tylko wygłosić jej kazanie, podjęła:
– Po Nowym Roku skończysz już trzynaście lat, więc powinnaś wiedzieć pewne rzeczy. Twój kuzyn co prawda należy do rodziny, lecz mężczyźni to bez wyjątku zepsute dranie. Musisz wiedzieć, jak się przed nimi bronić. Bo któż by nie chciał twoich pieniędzy?
Przeciąg poruszył zasłonami; spomiędzy pomponików wyjrzało blade, zimne niebo, wybijając w ciepłym mroku wnętrza rząd małych otworów. Płomień opiumowej lampki zakołysał się, cienie padające na twarz Qiqiao jeszcze bardziej się pogłębiły. Kobieta nagle poderwała się i usiadła.
– Mężczyźni... – powiedziała półgłosem. – Trzeba się ich strzec! Twoje pieniądze – oto, na czym im zależy! Majątek twojej matki nie był ani łatwy do zdobycia, ani do utrzymania. Nie mogę spokojnie patrzeć na to, jak się was oszukuje. Dlatego od tej chwili musisz mieć się na baczności. Rozumiesz, co mówię?
– Rozumiem – potwierdziła Chang’an ze spuszczoną głową.
Qiqiao poczuła, że drętwieje jej noga i schyliła się, by ją uszczypnąć. Przed oczyma przez chwilę zamajaczyło jej wspomnienie tamtego mężczyzny, który kiedyś miał chrapkę na jej pieniądze.
Qiqiao miała w młodości krępowane stopy – teraz wypychała czubki pantofelków watą i jej nogi udawały „oświecone” . Przyglądając się im, nagle wpadła na pewien pomysł. Zaśmiała się chłodno.
– Niby mi potakujesz, ale skąd mam wiedzieć, czy cokolwiek do ciebie dociera? Jesteś już duża i na tych swoich wielkich stopach możesz pójść, dokąd tylko chcesz. Nawet gdybym zdołała cię upilnować, nie mam ochoty robić tego przez cały dzień. Trzynaście lat to trochę późno na krępowanie stóp... Moja wina, że nie zajęłam się tobą wcześniej. Mimo to zamierzam zacząć od razu. Jest jeszcze trochę czasu!
Chang’an w pierwszej chwili nie wiedziała, jak zareagować, lecz stojąca w pobliżu stara służąca wtrąciła się:
– Krępowane stopy nie są już modne... A co, gdy przyjdzie do wydawania panienki za mąż? Mogą być przez to kłopoty...
– Bzdury! – żachnęła się Qiqiao. – Moja córka nie musi się obawiać braku adoratorów. Nie twoje zmartwienie! A nawet gdyby nikt jej nie chciał, gdyby całe życie miała spędzić na moim utrzymaniu, stać mnie i na to!
Qiqiao rzeczywiście zaczęła krępować córce stopy, a ta krzyczała wniebogłosy i jęczała z bólu. W tamtych czasach nawet w tak konserwatywnych rodzinach jak Jiangowie, kobiety uwalniały swoje stopy z bandaży, nie wspominając o młodych dziewczętach, które nie krępowały stóp w ogóle. Nogi Chang’an stały się obiektem żartów. W końcu, po roku, zapał Qiqiao osłabł, dała się przekonać rodzinie i zostawiła stopy córki w spokoju; mimo to nigdy nie odzyskały one pierwotnego kształtu.
W najstarszej i w trzeciej gałęzi rodu Jiangów wszystkie dzieci zostały posłane do szkół w stylu cudzoziemskim. Qiqiao, która zawsze starała się konkurować z rodziną, chciała, by Changbai także postarał się o przyjęcie do jednej z nich. Changbai zaś, oprócz grania w madżonga o małe stawki, interesował się wyłącznie amatorskimi trupami operowymi. Całymi dniami pilnie ćwiczył głos i obawiał się, że szkoła przeszkodzi mu w kultywowaniu zamiłowań – uparł się więc, że do szkoły nie pójdzie. Zdesperowana Qiqiao posłała więc Chang’an do liceum dla dziewcząt Hu Fan, po znajomości umieszczając ją w jednej z klas w trakcie semestru. Chang’an wskoczyła w „patriotyczny” niebieski mundurek i zanim minęło pół roku, jej cera stała się rumiana, a kostki i nadgarstki zrobiły się grubsze. Uczniowie mieszkali w internacie i zgodnie z regułami oddawali wszystko do przyszkolnej pralni. Chang’an wciąż nie mogła zapamiętać swojego numeru, gubiła więc kolejne powłoczki na poduszki, chusteczki i inne drobiazgi – rozzłoszczona Qiqiao groziła, że pójdzie w tej sprawie do dyrektora szkoły. Pewnego razu, gdy Chang’an wróciła do domu na ferie, jej matka odkryła, że brakuje jednego prześcieradła. Wpadła w furię i zapowiedziała, że zaraz następnego dnia uda się do szkoły szukać winnego. Przerażona Chang’an próbowała odwieść ją od tego zamiaru, lecz Qiqiao jeszcze bardziej to rozwścieczyło.
– Ty czarna owco! Potrafisz tylko brać! Myślisz, że twojej matce łatwo przyszły te pieniądze? Skąd wezmę na twój posag, kiedy pójdziesz za mąż? Wszystko, co ode mnie dostajesz, idzie na zmarnowanie!
Chang’an nie śmiała się odezwać. Całą noc płakała w poduszkę. Jak teraz spojrzy w oczy swoim koleżankom? Dla czternastoletniej dziewczyny taka utrata twarzy jest istną tragedią. Jak się pokaże w szkole po tym, jak matka zrobi wielką awanturę? Woli umrzeć, niż wrócić do szkoły. Jej koleżanki, jej ulubiona nauczycielka muzyki, szybko zapomną, że była kiedyś taka dziewczynka, która zjawiła się w połowie roku, a potem cicho zniknęła z nieznanych powodów. Czysta sytuacja. Czuła, że jej poświęcenie będzie pięknym, smutnym gestem.
W środku nocy wstała z łóżka i wystawiła rękę za okno. Było kompletnie ciemno – czyżby padał deszcz? Nie, z nieba nie spadła ani jedna kropla. Wyjęła spod poduszki harmonijkę ustną, na wpół ukucnęła, na wpół siadła na podłodze i zaczęła nieśmiało grać. Cichutka cudzoziemska melodia Long, long ago wiła się i rozwijała w wielkiej przestrzeni nocy. Nikomu nie wolno było jej usłyszeć. Tłumiona z wysiłkiem, jękliwa, urywana piosenka przypominała łkanie dziecka. Chang’an przestała grać, by zaczerpnąć tchu. Za oknem pokazał się księżyc. Ciemnoszare niebo z kilkoma kropkami gwiazd i zamglonym sierpem przypominało litografię. Poniżej parował kłąb chmur, poświata ulicznych latarni padała na korony drzew. Dziewczynka znowu zaczęła przygrywać. „Opowiedz mi tę historię, tę najbardziej ukochaną... Dawno, dawno temu...”
Następnego dnia zebrała się na odwagę i oznajmiła matce:
– Mamo, nie chcę już chodzić do szkoły.
– A to dlaczego? – Qiqiao wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
– Nie nadążam z nauką. Jedzenie jest niedobre, nie mogę się przyzwyczaić.
Qiqiao zdjęła kapeć i jakby mimochodem trzepnęła córkę.
– Twój ojciec był do niczego, chcesz iść w jego ślady? – wysyczała. – Ale ty nie urodziłaś się nienormalna, ty tylko zwyczajnie robisz mi na złość!
Chang’an patrzyła w podłogę z założonymi z tyłu rękami i milczała. Wtrąciły się stare służki.
– Panienka jest już prawie dorosła, a w szkołach taka zbieranina, nic dziwnego, że niezręcznie jej tam chodzić. Nic by nie zaszkodziło, jakby przestała.
Qiqiao zamyśliła się.
– Trzeba jakoś odzyskać czesne. W końcu nie zamierzamy płacić im za nic!
Chciała, żeby Chang’an poszła razem z nią po pieniądze, lecz córka za nic w świecie nie dała się zaciągnąć. Wzięła więc ze sobą dwie służące. Wedle jej późniejszej relacji, co prawda nie udało jej się odzyskać czesnego, za to dyrektor został przez nią totalnie upokorzony. Kiedy Chang’an spotykała na ulicy dawne koleżanki, czerwieniła się i bladła na przemian. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Mijała je więc pospiesznie i bez słowa, udając, że ich nie poznaje. Nie miała odwagi nawet otwierać listów, które dostawała – odsyłała je z powrotem. W ten sposób zakończyła się jej szkolna przygoda. Czasem dochodziła do wniosku, że nie było warto tak się poświęcać i po cichu żałowała tego kroku, ale nie było już odwrotu. Stopniowo porzuciła myśl o samorozwoju i wrastała w miejsce, jakie przeznaczył dla niej świat. Nauczyła się snuć intrygi, wbijać szpilki i ingerować w rodzinne sprawy. Od czasu do czasu kłóciła się z matką, lecz z zachowania stawała się coraz bardziej do niej podobna. Kiedy siadała w cienkich spodniach, z rozstawionymi nogami, z dłońmi na stoliku przed sobą, przekrzywiała i pochylała głowę, opierając podbródek na piersi i spoglądając ponuro, lecz uważnie na siedzącą naprzeciwko niej kobietę, mówiła: „Każda rodzina ma swoje własne kłopoty, droga kuzynko, każda rodzina ma swoje kłopoty!” – wszyscy twierdzili, że wygląda jak idealna kopia Qiqiao.
Czesała się w koński ogon, rysy twarzy upodabniały ją do matki z lat młodości, jedynie małe usta wydawały się zwiędłe, co sprawiało, że wyglądała staro. Nawet gdy była młodsza, przypominała młode, delikatne, lecz zapeklowane warzywo.
literatura piękna
seria: „nowy kanon”
wydanie: I
tytuł oryginału: Qing cheng zhi lian
przekład: Katarzyna Kulpa
gatunek: opowiadania
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,5 x 20,5 cm
ISBN 978-83-7414-685-2
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki
Tytuł: Czerwona róża, biała róża
Szanghaj burzliwych lat 40. i 50. minionego wieku. Poszarpany, dziurawy świat. Społeczeństwo wykrwawione wojnami. Upadek tradycji. Rozkład więzi. Oficjalny akt ślubu zawieszony na ścianie to jedynie ozdoba domu Dunfeng i pana Mi. W rzeczywistości Dunfeng nie ma żalu do męża odwiedzającego swoją pierwszą żonę. Małżeństwo, zaaranżowane przez matkę pana Zhenhao, z pewnością nie należy do udanych. Zhenhao swoje schadzki w domu publicznym uznaje nie tyle za zdradę nudnej żony, co za odwet na kochance i dawnej miłości. Państwo Lou to z całą pewnością niedobrana para. On tylko wśród obcych odgrywa rolę troskliwego męża. Ona zaś nie ma nawet zamiaru stwarzać pozorów przykładnego małżeństwa i wciąż poniża pana Lou w towarzystwie. Napięta sytuacja nie najlepiej wróży związkowi ich syna...
W swoich opowiadaniach Chang ukazuje przede wszystkim skomplikowaną naturę kobiet – czerwonych i białych róż – zarówno tych wyrachowanych, mściwych, fascynujących, jak i tych cichych, przykładnych, które tylko z pozoru wydają się pogodzone z własnym losem.
Książka ukaże się w serii „nowy kanon”, przygotowanej we współpracy z „The New York Review of Books”. Słowem wstępnym powieść opatrzyła Karen S. Kingsbury.
Uwaga konkurs!! Do wygrania 4 książki "Czerwona róża, biała róża"!!!
Opinie:
W Eileen Chang tkwi siła, która pozwala przekuwać żal i przygnębienie na doskonałą prozę. Swoich bohaterów, stających na krawędzi przepaści, zdesperowanych, pełnych lęku, Chang opisuje zawsze z ironią i dystansem.
Boston Book Review
Olśniewająca i wyróżniająca się pisarka.
New York Times Book Review
Jane Austen bez rękawiczek.
Japan Times
Chang pisze o tym, jak miłość przezwycięża społeczne ograniczenia lub z nimi przegrywa. Wyzwala swoich bohaterów z konwenasu, obarcza niespełnionymi marzeniami i zmarnowanymi szansami – aby na koniec postawić wobec przerażającej pustki.
Publishers Weekly
Intensywne historie pełne pasji i bólu.
Booklist
Chang kreśli podziały chińskiego świata językiem jak ostrze noża. Jako jedna z nielicznych potrafi spojrzeć na tamtejszą złożoną rzeczywistość z dwóch odmiennych perspektyw.
Ang Lee
Eileen Chang to mistrzyni wrażliwości i ulotnego nastroju, ale też autorka opisująca Chiny, jakich już nie ma.
Dziennik
Pisarka zadaje sobie pytanie, czy w upodlonym świecie jest jeszcze miejsce na przyjaźń, zaufanie i wzajemną tolerancję.
Damian Gajda, granice.pl
Fragment opowiadania Złote kajdany
Minęła jesień, a potem zima. Qiqiao coraz bardziej traciła kontakt z rzeczywistością. Wciąż wybuchała złością, biła swoje służące, zmieniała kolejne kucharki, lecz była przy tym jakby nieobecna. Starszy brat i jego żona odwiedzili ją dwukrotnie. Nie mogli wytrzymać z nią dłużej niż dziesięć dni, ponieważ zadręczała ich swoimi narzekaniami, za każdym razem jednak dostawali od niej pożegnalne prezenty. Jej bratanek, Cao Chunxi, przyjechał do miasta w poszukiwaniu pracy i pomieszkiwał u niej. Młodzian nie był zbyt bystry, ale potrafił się zachować. Changbai, syn Qiqiao, miał czternaście lat, jego siostra Chang’an – trzynaście, lecz oboje z powodu wątłej postury wyglądali na siedmio-, ośmioletnie dzieci. Na Nowy Rok chłopca odziano w jaskrawoniebieskie pikowane wdzianko, a dziewczynkę w zieloną żakardową sukienkę, także ciepło podszytą – ubrania były tak grube, że rękawy na ramionach odstawały na boki. Postawione obok siebie, dzieci wyglądały jak para papierowych laleczek o płaskich, bladych twarzyczkach.
Pewnego popołudnia Qiqiao drzemała po obiedzie, a Cao Chunxi przyglądał się, jak jego kuzyni grają w kości. Chang’an przegrała już wszystkie pieniądze, które dostała w podarku z okazji Nowego Roku, lecz ani myślała przerywać grę. Changbai zagarnął do siebie wszystkie leżące na stole monety.
– Już z tobą nie gram – oświadczył z uśmiechem.
– Możemy grać na kandyzowane ziarenka lotosu – zaproponowała siostra.
– Wkładając je do kieszeni, pobrudzimy sobie ubranie.
– No to niech będą pestki melona, tam na szafie jest cała puszka – rzekła Chang’an, po czym przystawiła do szafy stolik herbaciany i weszła na krzesło.
– Panno An, niechże panienka uważa! – krzyknął zaniepokojony Chunxi. – Jeśli coś się stanie panience, to ja będę za to odpowiedzialny!
Zanim dokończył zdanie, Chang’an przechyliła się w tył i niechybnie by upadła, gdyby Chunxi jej nie złapał. Changbai roześmiał się w głos, klaszcząc w ręce, a Chunxi, który z początku mamrotał przekleństwa, po chwili także wybuchnął śmiechem. Śmiali się wszyscy troje. Chunxi już miał postawić dziewczynę z powrotem na ziemi, gdy nagle, w lustrze wiszącym na szafie z różanego drewna zauważył Qiqiao. Ciotka stała w drzwiach, z rozpuszczonymi włosami, podparta pod boki. Chunxi zamarł na chwilę, po czym pospiesznie postawił Chang’an i odwrócił się w jej stronę.
– Już wstałaś, ciociu – przywitał się.
Qiqiao rzuciła się w ich stronę i wciągnęła dziewczynkę za siebie. Chang’an straciła równowagę i przewróciła się, lecz Qiqiao nadal starała się zasłonić ją własnym ciałem, wrzeszcząc:
– Ja ci pokażę, ty kreaturo o wilczym sercu i psich płucach! Podtykam ci trzy herbatki i sześć posiłków dziennie, a ty, potworze, choć żyjesz tu jak pączek w maśle, śmiesz napastować moją córkę! Myślisz, że nie wiem, co siedzi w twoim wilczym sercu i psich płucach? Niech ci się nie zdaje, że mi dziecko zbałamucisz, a ja potem grzecznie dam ci ją za żonę, żebyś mógł się rządzić w moim własnym domu! Taki idiota jak ty nigdy by na to nie wpadł, pewnie tatuś z mamusią włożyli ci co trzeba do głowy! Te szumowiny o wilczych sercach i psich płucach, te niewdzięczne, zgniłe jaja! Tak im zależy na moim majątku! Jeden plan się nie udał, ale już mają nowy!
Chunxi, z wytrzeszczonymi z gniewu oczyma, już otwierał usta, żeby się bronić, gdy Qiqiao odezwała się znowu:
– I ty jeszcze masz czelność mi przeczyć? Zejdź mi z oczu czym prędzej, zanim każę cię przepędzić kijami!
Wypchnęła syna i córkę za drzwi, po czym sama wyszła z pokoju, wspierając się na ramieniu pokojówki. Chunxi, który był dość zapalczywym i dumnym młodzieńcem, czym prędzej zwinął swój dobytek i opuścił jej dom.
Qiqiao wróciła do salonu i położyła się na szezlongu do palenia opium. Ponieważ zaciągnięto aksamitne zasłony, w pokoju panował mrok. Tylko od czasu do czasu, gdy powiew wiatru wiejącego przez szpary w oknach poruszył zasłonami, spomiędzy ich brzegów zdobionych zielonymi pomponikami wyglądał jasny skrawek nieba. Poza tym jedynymi źródłami światła były opiumowa lampka i czerwony żar w kominku.
Wystraszona Chang’an usiadła sztywno na stołku obok paleniska.
– Chodź no tu – powiedziała Qiqiao.
Dziewczynka ociągała się, bojąc się, że matka ją uderzy. Myśląc, jak by tu odwrócić jej uwagę, przyglądała się ubraniom, które suszyły się na żelaznym parawanie przy kominku. Przewróciła na drugą stronę koszulę w drobną różową kratkę.
– Prawie się upiekła – zauważyła.
Koszula wydzielała zapach gorącej przędzy.
Qiqiao, która w gruncie rzeczy nie miała ochoty karcić córki, a tylko wygłosić jej kazanie, podjęła:
– Po Nowym Roku skończysz już trzynaście lat, więc powinnaś wiedzieć pewne rzeczy. Twój kuzyn co prawda należy do rodziny, lecz mężczyźni to bez wyjątku zepsute dranie. Musisz wiedzieć, jak się przed nimi bronić. Bo któż by nie chciał twoich pieniędzy?
Przeciąg poruszył zasłonami; spomiędzy pomponików wyjrzało blade, zimne niebo, wybijając w ciepłym mroku wnętrza rząd małych otworów. Płomień opiumowej lampki zakołysał się, cienie padające na twarz Qiqiao jeszcze bardziej się pogłębiły. Kobieta nagle poderwała się i usiadła.
– Mężczyźni... – powiedziała półgłosem. – Trzeba się ich strzec! Twoje pieniądze – oto, na czym im zależy! Majątek twojej matki nie był ani łatwy do zdobycia, ani do utrzymania. Nie mogę spokojnie patrzeć na to, jak się was oszukuje. Dlatego od tej chwili musisz mieć się na baczności. Rozumiesz, co mówię?
– Rozumiem – potwierdziła Chang’an ze spuszczoną głową.
Qiqiao poczuła, że drętwieje jej noga i schyliła się, by ją uszczypnąć. Przed oczyma przez chwilę zamajaczyło jej wspomnienie tamtego mężczyzny, który kiedyś miał chrapkę na jej pieniądze.
Qiqiao miała w młodości krępowane stopy – teraz wypychała czubki pantofelków watą i jej nogi udawały „oświecone” . Przyglądając się im, nagle wpadła na pewien pomysł. Zaśmiała się chłodno.
– Niby mi potakujesz, ale skąd mam wiedzieć, czy cokolwiek do ciebie dociera? Jesteś już duża i na tych swoich wielkich stopach możesz pójść, dokąd tylko chcesz. Nawet gdybym zdołała cię upilnować, nie mam ochoty robić tego przez cały dzień. Trzynaście lat to trochę późno na krępowanie stóp... Moja wina, że nie zajęłam się tobą wcześniej. Mimo to zamierzam zacząć od razu. Jest jeszcze trochę czasu!
Chang’an w pierwszej chwili nie wiedziała, jak zareagować, lecz stojąca w pobliżu stara służąca wtrąciła się:
– Krępowane stopy nie są już modne... A co, gdy przyjdzie do wydawania panienki za mąż? Mogą być przez to kłopoty...
– Bzdury! – żachnęła się Qiqiao. – Moja córka nie musi się obawiać braku adoratorów. Nie twoje zmartwienie! A nawet gdyby nikt jej nie chciał, gdyby całe życie miała spędzić na moim utrzymaniu, stać mnie i na to!
Qiqiao rzeczywiście zaczęła krępować córce stopy, a ta krzyczała wniebogłosy i jęczała z bólu. W tamtych czasach nawet w tak konserwatywnych rodzinach jak Jiangowie, kobiety uwalniały swoje stopy z bandaży, nie wspominając o młodych dziewczętach, które nie krępowały stóp w ogóle. Nogi Chang’an stały się obiektem żartów. W końcu, po roku, zapał Qiqiao osłabł, dała się przekonać rodzinie i zostawiła stopy córki w spokoju; mimo to nigdy nie odzyskały one pierwotnego kształtu.
W najstarszej i w trzeciej gałęzi rodu Jiangów wszystkie dzieci zostały posłane do szkół w stylu cudzoziemskim. Qiqiao, która zawsze starała się konkurować z rodziną, chciała, by Changbai także postarał się o przyjęcie do jednej z nich. Changbai zaś, oprócz grania w madżonga o małe stawki, interesował się wyłącznie amatorskimi trupami operowymi. Całymi dniami pilnie ćwiczył głos i obawiał się, że szkoła przeszkodzi mu w kultywowaniu zamiłowań – uparł się więc, że do szkoły nie pójdzie. Zdesperowana Qiqiao posłała więc Chang’an do liceum dla dziewcząt Hu Fan, po znajomości umieszczając ją w jednej z klas w trakcie semestru. Chang’an wskoczyła w „patriotyczny” niebieski mundurek i zanim minęło pół roku, jej cera stała się rumiana, a kostki i nadgarstki zrobiły się grubsze. Uczniowie mieszkali w internacie i zgodnie z regułami oddawali wszystko do przyszkolnej pralni. Chang’an wciąż nie mogła zapamiętać swojego numeru, gubiła więc kolejne powłoczki na poduszki, chusteczki i inne drobiazgi – rozzłoszczona Qiqiao groziła, że pójdzie w tej sprawie do dyrektora szkoły. Pewnego razu, gdy Chang’an wróciła do domu na ferie, jej matka odkryła, że brakuje jednego prześcieradła. Wpadła w furię i zapowiedziała, że zaraz następnego dnia uda się do szkoły szukać winnego. Przerażona Chang’an próbowała odwieść ją od tego zamiaru, lecz Qiqiao jeszcze bardziej to rozwścieczyło.
– Ty czarna owco! Potrafisz tylko brać! Myślisz, że twojej matce łatwo przyszły te pieniądze? Skąd wezmę na twój posag, kiedy pójdziesz za mąż? Wszystko, co ode mnie dostajesz, idzie na zmarnowanie!
Chang’an nie śmiała się odezwać. Całą noc płakała w poduszkę. Jak teraz spojrzy w oczy swoim koleżankom? Dla czternastoletniej dziewczyny taka utrata twarzy jest istną tragedią. Jak się pokaże w szkole po tym, jak matka zrobi wielką awanturę? Woli umrzeć, niż wrócić do szkoły. Jej koleżanki, jej ulubiona nauczycielka muzyki, szybko zapomną, że była kiedyś taka dziewczynka, która zjawiła się w połowie roku, a potem cicho zniknęła z nieznanych powodów. Czysta sytuacja. Czuła, że jej poświęcenie będzie pięknym, smutnym gestem.
W środku nocy wstała z łóżka i wystawiła rękę za okno. Było kompletnie ciemno – czyżby padał deszcz? Nie, z nieba nie spadła ani jedna kropla. Wyjęła spod poduszki harmonijkę ustną, na wpół ukucnęła, na wpół siadła na podłodze i zaczęła nieśmiało grać. Cichutka cudzoziemska melodia Long, long ago wiła się i rozwijała w wielkiej przestrzeni nocy. Nikomu nie wolno było jej usłyszeć. Tłumiona z wysiłkiem, jękliwa, urywana piosenka przypominała łkanie dziecka. Chang’an przestała grać, by zaczerpnąć tchu. Za oknem pokazał się księżyc. Ciemnoszare niebo z kilkoma kropkami gwiazd i zamglonym sierpem przypominało litografię. Poniżej parował kłąb chmur, poświata ulicznych latarni padała na korony drzew. Dziewczynka znowu zaczęła przygrywać. „Opowiedz mi tę historię, tę najbardziej ukochaną... Dawno, dawno temu...”
Następnego dnia zebrała się na odwagę i oznajmiła matce:
– Mamo, nie chcę już chodzić do szkoły.
– A to dlaczego? – Qiqiao wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
– Nie nadążam z nauką. Jedzenie jest niedobre, nie mogę się przyzwyczaić.
Qiqiao zdjęła kapeć i jakby mimochodem trzepnęła córkę.
– Twój ojciec był do niczego, chcesz iść w jego ślady? – wysyczała. – Ale ty nie urodziłaś się nienormalna, ty tylko zwyczajnie robisz mi na złość!
Chang’an patrzyła w podłogę z założonymi z tyłu rękami i milczała. Wtrąciły się stare służki.
– Panienka jest już prawie dorosła, a w szkołach taka zbieranina, nic dziwnego, że niezręcznie jej tam chodzić. Nic by nie zaszkodziło, jakby przestała.
Qiqiao zamyśliła się.
– Trzeba jakoś odzyskać czesne. W końcu nie zamierzamy płacić im za nic!
Chciała, żeby Chang’an poszła razem z nią po pieniądze, lecz córka za nic w świecie nie dała się zaciągnąć. Wzięła więc ze sobą dwie służące. Wedle jej późniejszej relacji, co prawda nie udało jej się odzyskać czesnego, za to dyrektor został przez nią totalnie upokorzony. Kiedy Chang’an spotykała na ulicy dawne koleżanki, czerwieniła się i bladła na przemian. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Mijała je więc pospiesznie i bez słowa, udając, że ich nie poznaje. Nie miała odwagi nawet otwierać listów, które dostawała – odsyłała je z powrotem. W ten sposób zakończyła się jej szkolna przygoda. Czasem dochodziła do wniosku, że nie było warto tak się poświęcać i po cichu żałowała tego kroku, ale nie było już odwrotu. Stopniowo porzuciła myśl o samorozwoju i wrastała w miejsce, jakie przeznaczył dla niej świat. Nauczyła się snuć intrygi, wbijać szpilki i ingerować w rodzinne sprawy. Od czasu do czasu kłóciła się z matką, lecz z zachowania stawała się coraz bardziej do niej podobna. Kiedy siadała w cienkich spodniach, z rozstawionymi nogami, z dłońmi na stoliku przed sobą, przekrzywiała i pochylała głowę, opierając podbródek na piersi i spoglądając ponuro, lecz uważnie na siedzącą naprzeciwko niej kobietę, mówiła: „Każda rodzina ma swoje własne kłopoty, droga kuzynko, każda rodzina ma swoje kłopoty!” – wszyscy twierdzili, że wygląda jak idealna kopia Qiqiao.
Czesała się w koński ogon, rysy twarzy upodabniały ją do matki z lat młodości, jedynie małe usta wydawały się zwiędłe, co sprawiało, że wyglądała staro. Nawet gdy była młodsza, przypominała młode, delikatne, lecz zapeklowane warzywo.
literatura piękna
seria: „nowy kanon”
wydanie: I
tytuł oryginału: Qing cheng zhi lian
przekład: Katarzyna Kulpa
gatunek: opowiadania
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,5 x 20,5 cm
ISBN 978-83-7414-685-2
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki










