Autor: Elfriede Jelinek
Tytuł: Jesteśmy przynętą kochanie!



Debiut Jelinek, satyryczna powieść pop, za którą autorka otrzymała nagrodę Tygodnia Młodzieży w Innsbrucku. Decyzja jury była jednogłośna.

proszę tę książkę natychmiast samodzielnie zmienić – rozkazuje Elfriede Jelinek czytelnikom. Wymaga od nich wiele – muszą nadążać za szaloną akcją, w której udział biorą m.in.: Myszka Miki, Batman, James Bond i postaci z reklam. Jednak autorce nie chodzi jedynie o zabawę kliszami z kolorowej prasy czy telewizji. jesteśmy przynętą kochanie! to odważna prowokacja ośmieszająca medialną pseudorzeczywistość i kulturę konsumpcyjną, piętnująca kicz, który towarzyszy współczesnemu człowiekowi na każdym kroku i dyktat piękna, któremu poddane zostaje kobiece ciało. Autorka znosi wszelkie granice, łączy sprzeczności, lekceważy zasady ortografii i interpunkcji, miesza poetyki…

Książka powstała, kiedy pisarka walczyła z depresją, zamknięta w pokoju z telewizorem. Krytyka niemieckojęzyczna wielokrotnie podkreślała, że debiut Jelinek na długi czas pozostanie niedoścignionym wzorem eksperymentu literackiego. Do tej pory przetłumaczenia powieści podjęli się tylko Chińczycy.


Majstersztyk pomysłów.
Times Literary Supplement, 2 lipca 1970

W tej powieści Jelinek piętnuje kulturę konsumpcyjną, ośmiesza kicz i szaleństwo zakupowe, a wszystko to składa się na undergroundowy film, który rozgrywa się przed oczami czytelnika.
Süddeutscher Rundfunk

Nie ulega wątpliwości, że dla Jelinek świętości nie istnieją; dekonstrukcji poddaje po kolei wszystkie mity naszego zadowolonego z siebie społeczeństwa. Jej pisarstwo nie oszczędza nikogo ani niczego, drwiąc sobie z wyświechtanych sloganów i pustych haseł, którymi karmią nas od dzieciństwa.
Anna Kiejna, Rzeczpospolita

Cenimy Jelinek za jej literacką robotę, za słowa i zdania.
Kinga Dunin

Język jest bronią. Jelinek nie lekceważy języka.
Agnieszka Drotkiewiczm, Lampa i Iskra Boża


literatura piękna
seria: poza seriami
wydanie: I
tytuł oryginału: wir sind lockvögel, baby!
przekład: Anna Majkiewicz, Joanna Ziemska
gatunek: powieść
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,5 x 19,5 cm
liczba stron: 528




Fragment:

instrukcja obsługi

tę książkę należy samowolnie zmieniać. należy wymienić podtytuły. należy dać się ponieść & w ogóle porwać na ZMIANY wykraczające poza granice legalności. nie stworzę żadnych sztucznych ograniczeń których nie potrafisz przezwyciężyć. zbliżę się do ciebie & pokażę jeszcze niewidoczne próżnie w twoim ciele całkowicie gotowe do zupełnie nowego zaprogramowania. nie musisz tego wszystkiego czytać jeśli tylko jesteś zdania że nie nadajesz się do żadnej lepszej przeciwprzemocy. a jeśli akurat pracujesz nad tym by podkopać zniszczyć ową ścisłą oficjalną kontrolę & jej organy wówczas bezsensowne & bezcelowe jest tracenie czasu na lekturę tej książki.


elfriede jelinek
pożegnanie towarzyszy
elfriede jelinek
uprawianie miłości w chronionych świerkach
elfriede jelinek
urok munduru & jego przemijanie

elfriede jelinek
własne gniazdo
elfriede jelinek
czy to nie wojna?
elfriede jelinek
sucha zaprawa


RUN THAT UP YOUR PENIS & SEE HOW IT COMES!
(tuli kupferberg)
(zgłoś się do swego penisa & patrz jak to się skończy!)
(steck das in deinen penis & pass auf wie es kommt!)

w poprzednich odcinkach:

po chwili otto odwraca się do swoich towarzyszy. oczy mu błyszczą pręży się ciało. a teraz mówi szyderczo zdecydujemy co będzie. lufa policyjnego karabinu przeskakuje z podgardla na kręgosłup zatrzymuje się na miękkich jak karnawałowe pączki obrzmieniach i DO DZIEŁA!
ci na przynętę mimo niewystarczającego światła chcą zacząć nową grę towarzyską przy wsparciu robina i jego wspaniałego głosu daru natury. jedynie white giantowi to nie w smak. nie może przeboleć że dzisiaj nie zazna ulubionego porządku i spokoju i uda się do łóżka bez osobistego dupowdzianka i wałków na głowie. jak ci młodzi mogą być tacy beztroscy wobec powrotu do domu dziwi się kręcąc głową.
helmut zwala się z nóg w cieniu świerków co za truchło zawiniątko w spodniach narciarskich i kurtce na sanki płatki śniegu uderzają go po głowie i pięściach jego blady nazistowski bicz bezszelestnie odbija się tam u góry od progu skoczni szybuje 300 metrów nad nim i ląduje kochanie dokładnie na twych piersiach pojemnikach z gazem bojowym. zaraz ktoś podbiega do okna może znów pali się światło albo zaraz ktoś inny podbiega do drzwi wejściowych w przekonaniu że może ktoś pukał.
micky & minny biegną truchtem i nagle docierają w sam środek szalejącego rozgardiaszu i nie wiedzą czy w przód czy w tył. więc do przodu. robinie tak na tym ucierpiały twoje urodziny mówi batman przynosząc do łóżka spryskiwacz na owady z napalmem. robin raz jeszcze obrabia czujaka i mówiąc dobranoc dziękuje za wszystko. i to właśnie powoduje że zuchwała chłopięca dłoń batmana sięga po ocukrzonego robinowego kutasa wnet w całości znikającego w jego ustach. właśnie w tym krytycznym momencie superman odwraca wzrok od okna i spogląda w głąb pokoju. przez sekundę stoi osłupiały lecz po chwili dolatuje do złoczyńcy i wygląda na to że ma wielką ochotę wyrwać mu stojaka z ust. młody wielkomiejski zając wielkanocny nie ma zbytnio odwagi podejść do przodu. luci nugget siedzi w wannie i wciąż od nowa obmywa zranione jezusowe serce na zewnątrz szemrze w zimowym pejzażu za oknem. nie wiedziałam mówi przepraszając że ma pan tak nieczystą dupę panie policjancie. świerki ślizgają się nad helmutem i wyślizgują przy nogawkach spodni. on na przemian śmieje się i szlocha. widzowie nie przeczuwają jeszcze nieszczęścia na starcie i u celu. nudzą ich bolesne kopniaki.

rozdział 1 funkcja ottona

funkcja ottona gdyż wszystko co dotychczas pokazał było kamuflażem a teraz jego prawdziwa natura z całą siłą wyszła na jaw. cóż za drobna istotka mówi ze zdumieniem służąca irma gdy wypełza z jej brzucha jakże błędna okaże się ta nieprzemyślana wypowiedź już niebawem stanie ottonowi zakotwiczony przy wszystkich ściankach pisuaru margiel odpryskuje kawałkami cóż za południowoniemiecki poławiacz astrów i śmieje się podczas hymnu narodowego i właśnie poławiacz został zrobiony co należało oznajmić całemu światu. otto jest zakłócającym elementem w posiadłości swego nielegalnego ojca tłuste monstrum na tylnym siedzeniu postrach pełznie przez błonie i upada łysym jako kolano tyłkiem potykając się o ukrytą budkę z kiełbaskami aż wszyscy krzyczą z drogi & john george paul ringo inicjatorzy tego dziecięcego figla niemal się go wyrzekli. uczynienie z tych niewiniątek bezwolnych instrumentów to zaprawdę bezczelność. ludzie zaczynają się nudzić i kierują ku odwiecznej atrakcji wesołego miasteczka: ottona z jego podbrzuszem i podlewaczem & jakby już to nie wystarczało chwyta wpół królika & brnie przez mętne muliste wody ze względu na jego olbrzymiowatość nie sięgające mu nawet do kolan. w okamgnieniu zjednuje to johna paula george’a ringa szczerze wyciągają do niego prawice po które sięga ściska wciąga i tak powstały pięciopiętrowiec kroczy ku st. pölten w obłoku ciemnych kwiczołów zazwyczaj budujących gniazda w au & haag. taka przemiana jest godna podziwu a dojarka wynurza się u jego boku sapiąc od szybkiego biegu i pławiąc się tak jak woniejąc. puśćcie mnie krzyczy otto tymczasem ciało nie jest posłuszne woli. wszystko wokół czernieje po chwili znikają zmysły i traci je na dobre. również pozostałych paul zaopatrzył w musztardę mautnera kilka razy fiknął koziołka by pozbyć się ciążącego uczucia nieważkości od strony innych uderzył go gryzący dym i ziębowata woń palących się szmat i tlącej się gumy. i am the walrus pomyślał bojowo i rzucił się gasząc i pryskając piwem w plątaninę rąk nóg głów & torsów. choć otto jest między innymi także lekarzem ogólnym nie umie sobie poradzić i dmucha. natychmiast cztery razy zostaje mu wymierzony dźwięczny policzek. znów wywołał coś słusznego: rebelię.
na koniec udali się na przechadzkę budząc słodkim zbiorowym śpiewem posiadaczy sąsiednich domków którzy radośnie im zawtórowali. tak można na ottonie polegać jak się wielokrotnie o tym jeszcze przekonamy. otto rozsadza każdy twór państwowy za pomocą swego superprzedmuchiwacza.

rozdział 2 jest młoda

jest młoda & piękna jak z obrazka ta piętnastoletnia elisabeth f. i nienawidzi matki całą siłą swego czystego jeszcze nierozbudzonego serca bo ta odebrała jej ukochanego. zanim samochód całkowicie się zatrzymał elisabeth mocnym pchnięciem otwiera drzwi wyskakuje pędzi chodnikiem do skrzyżowania przebiega na czerwonym świetle przez ulicę znika. helmut zapada się w siedzeniu samochodu zakrywa twarz rękoma. jego ramiona zaczynają drżeć. elisabeth chowa się w maleńkim zurychskim pensjonacie i nie przeczuwa że młody lekarz dr bernd b. o którym niedługo będzie głośno dzięki asyście przy 1. niemieckiej transplantacji serca zrozpaczony szuka jej śnieżnobiałym vw karmann ghia. wciąż ma przed oczami ten okropny widok matka w domowym stroju z szynszyli rozchylającym się i obnażającym kawałek jej nagiej zimnej skóry matka elisabeth jest zimna jak marmur i ben jej ben który żyletką jej zmarłego ojca wycina jej kolisty otwór w futerku między nogami. zadajesz mi ból szepcze trude w ciemnościach sypialni a do niego dochodzi tylko bolesne głębokie wdychanie powietrza. już dobrze odpowiada i obraca się na drugi bok. skrzypnięcie łóżka i po chwili zapada cisza śmiertelna cisza. elisabeth rzuca się w objęcia nocy. wyłania się przed nią słonawa mętna woda kanału gdy słyszy tuż za plecami kroki obu mężczyzn. myśl trafia w nią jak grom. myśli: moja matka aż płonie ze wstydu z moim benem zaciska pięści ze złości. napalony właściciel pensjonatu znów przerywa jej rozmyślania. jego krzyk rozdziera powietrze w całym domu ostry i przenikliwy niemal kobiecy krzyk.
te niemki są solą w oku ruperta stoessli szczególnie gdy są takiej urody jak piętnastolatka z obliczem doświadczonej osiemdziesięciolatki i ciałem dziecka. pan stoessli zając wielkanocny rozładowuje instynkty gdy wywierca dziurę w rozczochranej głowie elisabeth i wypływającym z głowy płynem czyści zszarzałe pożółkłe firanki i męską bieliznę. czy państwo też są zdania że świeża pachnąca bielizna przyczynia się do poprawy samopoczucia całej rodziny? z pewnością państwo odczuwają przyjemność śpiąc w świeżo powleczonej pościeli. niech państwo zadbają o to by najbliżsi spali w pościeli świeżo powleczonej przynajmniej co 3 tygodnie. elisabeth od razu jest przyjemniej te nieprzyzwoite obrazki już jej tak nie dręczą. pan stoessli wkrótce wypróbuje elisabeth w pralce z bębnem w poziomie.

rozdział 3 amstetten o północy

o północy amstetten to miasto widmo. latem nie gdy turyści zalewają szerokim nurtem bulwary i place lecz jesienią gdy wichury pędzą przed siebie spadające liście a aleje drżą. wówczas amstetten jest miastem widmem. młodemu lekarzowi przeszły ciarki po plecach gdy ujrzał grupkę 3 dziewcząt w dżinsach spranych swetrach z opadającymi na ramiona kosmykami blond włosów i z niedbale zarzuconymi na plecy workami żeglarskimi. młodociane uciekinierki może z niemiec czy z anglii albo skandynawii. dziewczyny które jako powód pewnie podałyby że starzy przynudzają. na co mi koń pod wierch. za tydzień za miesiąc za rok ogarnąłby je głęboki żal. ale to nie ma być sprawozdanie z podróży. od dolly sisters popłynął w jego stronę dziwny zapach dzikie stepowanie miało rozgrzać skostniałe kończyny zamiast tego osłabł z wyczerpania z trudem oparł się długonogiej portugalce z oświetlonego okna na parterze centrali turystyki zagranicznej z zapałem nadającej dla niego morsem. przyciskając do piersi torbę z drogocennymi instrumentami medycznymi i diabelskim narkotykiem wszedł do środka. wiedział co powinien uczynić jako lekarz & jako człowiek. to nie ma być sprawozdanie z podróży lecz z operacji kosmetycznej pokrzywionej euroazjatki (patrz tom 25 s. 368) którą kang fo szef żółtych noży uprawiających w okolicach miasta amstetten szpiegostwo przemysłowe dla czerwonych chin chce się posłużyć jako przynętą na naczelnego inżyniera. nie jest to wbrew etyce lekarskiej & gdy na dziedzińcu rozlega się trzask karabinów maszynowych & olbrzymi kang fo wbija pod paznokcie uczestnikom spotkania weteranów płonące bambusowe drzazgi lekarz wyuczonym spokojnym ruchem dłoni przykłada słynny radioaktywny platynowy skalpel do nieruchomej żółtej twarzy pięknej euroazjatki. nagle krzyk! dwaj olbrzymi grubi żółtoskórzy zapaśnicy wleką przez noc opierającą się drobną białą zdobycz tak zwaną ofiarę. nóż lekarza natychmiast nieruchomieje. wszystkie lufy rewolwerów jak na komendę celują w niego. czy nie był to głos elisabeth jego elisabeth czy to tylko jedna z wielu ofiar których usług potrzebuje władca kang fo (diabeł w ludzkiej skórze). chce mieć pewność. pospiesznie oddaje się ciemności wlekąc za sobą stado wrzeszczących zrobaczałych chińczyków uwieszonych na jego szczupłym sterylnym w białym ubraniu ciele. właśnie zoperowana kwiczy niczym świnia czy mógł jako lekarz tak ją zostawić samą sobie w tej niebudzącej zaufania okolicy? nie. jego sumienie lekarza i niosącego ratunek wzdryga się a może elisabeth jest w niebezpieczeństwie. potrzebuje go. Od niemal nadludzkiego strzepnięcia oślizgłe robactwo wpada w krzaki zakrwawiony fartuch lekarski prędko się oddala. idę elisabeth wytrzymaj. owego nadmiernego pośpiechu dr b. gdyż to chodzi o niego a nie o kogoś innego jeszcze gorzko pożałuje gdyż kang fo właśnie cedzi przez złote uzębienie: go! & za tym białym diabłem chcę mieć go żywego lub martwego właściwie martwego bo martwi trzymają język za zębami samochód patrolowy z piskiem opon pędzi przez główną bramę reflektory oblewają wszystko światłem dnia. sapią psy policyjne. już prawie udało mu się ukryć gdy nagle jedna z ciężkich kul wbija się z trzaskiem w jego plecy i powala twarzą w dół. wyłącznie szczęściu zawdzięcza że wpadł w muldę i reszta pocisków tej tak niebezpiecznie bliskiej salwy ląduje obok niego w błocie.
ale to nie ma być sprawozdanie z podróży.

rozdział 4 czy ten otto nie jest

czy ten otto nie jest prawdziwym imigrantem. posłuchajcie sami. chodzenie po perukowym polu przemykanie pochyłogrzbietem to do niego podobne na tym się zna. jako że był i posiadał upierzenie ogon & uda niczym prawdziwy dzięcioł wielkodzioby zatem żął sierpem włosy wszystkiego co tylko skrzydłowało powiewało lasoprzędło itp. i jak fircyk puszczał na wiatr. chyba że jakaś się podniosła i wyrwała mu z gotowej do rzucenia modzelowatej robotniczej pięści swój kosmyk natychmiast go chowając. wtedy traciła nie tylko perukę lecz także całą głowę bo otto obchodził się niezbyt łagodnie z taką PRESTIDIGITATORKĄ. głowę zaś wciska otto między swą obrzmiałość i potem bryza unosi go KU SŁOŃCU. tak więc w tej pięknej powieści matczynej nareszcie coś się dzieje i to nie po raz ostatni. zapytajcie angelikę (94 20 463).

rozdział 5 genialny chirurg i demon

genialny chirurg i demon. idol kobiet postrach świata. powieść o niepojętej miłości. karawana mułów spokojnie podąża drogą przez masyw grossglocknera z europy do brazylii. beztroscy pasażerowie są weseli obieżyświaty kosmopolici piękne kobiety załoga wykonuje rutynowo pracę. a mimo to wydarza się coś niepojętego. umundurowany obok dunji (rajter) nie daje się nabrać na ten chwyt. ale i tak wpada gdyż parkiet to jedynie gruba pomalowana papa. wrzeszcząc z przerażenia policjant leci sześć pięter w dół. w piwnicy uderza o kamienną posadzkę i natychmiast jest martwy. godzina 15 minut 3. inny szpicel wydzwania na stole. tylko jedna myśl podtrzymuje na duchu dunję hrabinę emigrantkę zemsta. nikt kto na nią patrzy nawet się nie domyśla że jest pustą lalką bez życia a jest nią gdyż genialny lekarz badacz i rajdowiec manuel cortez maria y mendoza zakonserwował ją dla siebie jak mumię w swym prywatnym klimatyzowanym mauzoleum. a w tym czasie przy użyciu tej samej zgładzającej ludzkość cudownej substancji LST nakłada marii młodej niemieckiej pielęgniarce twarz dunji. niby nieporuszony tymi potwornościami potencjalny zbrodniarz galopuje na swym bezcennym siwku maestoso austria (jak w filmie) prosto do bramy zamku. szósta rano. zamkowe blanki okrywa jeszcze noc. czerniejąca szarość mgły wisi nad łąkami i lasami bergisches land. czyngischana otulonego w futro z włosów łonowych jego najpiękniejszych dziewczyn chwyciły z zimna dreszcze. nad ciężką żelazną bramą wisi głową w dół dwóch ulubionych niewolników z wetkniętymi w drżące usta płonącymi pochodniami. gdy któryś z nich spada wycieńczony w przepaść bez dna od razu pojawia się zmiennik. raz po raz spoglądają z utęsknieniem w niebo. niestety: ani śmigłowca ani samolotu. jedynie wysokie drzewa & nad nimi sępy. mężczyźni pogrążają się w apatii. potem nastaje jedenasty dzień po katastrofie. nagle słyszą warkot. z prędkością ponaddźwiękową wypadają z okien kawałki zwłok zakonserwowani kainici kaducy seldżucy. wyniośle dumnie i posłusznie kroczy przez całą tę nędzę siwy koń lipicański wiedeńczyków.
czy los dostatecznie nie doświadczył już tych dwojga niewinnych ludzi? nie. z głośnika rozbrzmiewa komunikat czyngischana muzyka natychmiast milknie żąda jasno i wyraźnie dunji jako haraczu za tę straszliwą krwawą niszczycielską wojnę między amerykanami a żółtymi międzyludźmi. jako potwierdzenie rozbrzmiało ze wszystkich okien wheels on fire po całej road. to stara żelazna zasada. nagle maria krzyczy niemal jak zwierzę w agonii tyle że głośniej. ojcze! obudziła się ze śmiertelnego letargu. i naprawdę dzieje się cud czingis-chan uprowadzony jako dziecko to od zawsze wyczekiwany ojciec maryji. ojcze pobłogosław nas wreszcie tylko wtedy zaznamy szczęścia & wielki budzący strach chan postrach wschodu wzruszony bierze w ramiona swe dziatki. również rasowy rumak austriacki otrzymuje zasłużoną zapłatę. zbrodnia podziału wolnego miasta tym razem jeszcze się nie dokonała. adolf wygrywa na organkach melancholijną melodię. landszaft broni się przed upadkiem umundurowani patrzą nań przez okulary do czytania. gdy w górze na zamku odnaleziony ojciec już od dawna nieoglądający tak radosnych twarzy oddawał córkę synowi mężczyzna w czerni wdrapuje się na mur spuszcza z niego i niczym chart biegnie na policję. wolno tak? czy ponownie coś zagrozi szczęściu tak mocno doświadczonych młodych ludzi? odpowiedź przyniesie los przedstawiając im rachunek.

rozdział 6 czy to naprawdę miłość

czy to naprawdę miłość doprowadziła ich do zguby. allen ginsberg i david medalla wielcy mistrzowie zakonu kataryniarzy stoją w budce telefonicznej przy londyńskim hydeparku tak blisko naprzeciw siebie że ich długie haftowane chałaty tworzą jedność. ich piękne poważne twarze wykrzywia wewnętrzne podniecenie. spijają z rynny nieskrępowane światło słoneczne i czują jak muchy przekłuwają złożone jaja by mogły (mogły) wylęgnąć się z nich larwy. komary somnambulicznie spacerują im po plecach prawie ich nie dotykając. allen przez chwilę wpatruje się w martwych i w rój mrówek na półnagich ciałach w żółtoskóre resztki będące kiedyś ludźmi. po chwili się otrząsa i kuśtykając szybko podąża za kumplem. ziemia lepi się od krwi. kapłan przyklęka przy zmarłych odmawia modlitwy z rannymi. ludzie w wesołych miasteczkach dopiero teraz dowiadują się że zaszło coś strasznego: katarynki milkną ochrypły głos z megafonu werbuje ochotników. potrzebni są dawcy krwi.
wielu ogarnia pragnienie unicestwiania obracania wniwecz uśmiercania z niemal religijną żarliwością.
po chwili docierają do davida najokropniejsze wrzaski jakie kiedykolwiek słyszał w swym długim życiu. rozpoczynają się hukiem jak od pioruna przechodzą w łomot a na koniec w rzężenie jak gdyby właśnie zdychał od straszliwych ran potwór z prawieków. david znów biegnie. gdy dotarł do centrali sterowniczej zdążył jeszcze zauważyć jak allen wije się na ziemi w straszliwych drgawkach. podchodzi ostrożnie i dotyka go. jego ciało jest twarde jak stone.
w jego oczach i na twarzy można dostrzec odblask żeglujących po niebie chmur na obrzeżach krwistoczerwonych od słońca a jego szczupłe i gibkie ciało podświadomie dostraja się do tupotu i kołysania się partnera. helmut to jedynie jasnowłosy cień na horyzoncie coraz większy i właśnie się wyłaniający. jego jasnoniebieska postać w elastycznym kombinezonie narciarskim mocnym skokiem forsuje wzniesienie wyróżnia się znacznie przez moment na tle ośnieżonych świerków po chwili z okrzykiem hurrafuriackim szusem znika w dolinie. ciągnie za sobą śnieżny ogon a potem nie słychać nic więcej poza chrobotem krawędzi nart po ziarnistym śniegu.
amunicja? pan się myli panie helmucie. proszę nie zapominać panie allenie że jeszcze nie tak dawno sam byłem żołnierzem. jedna jedyna torpeda jedna rakieta w ładowni i puff! zawsze pragnąłem ujrzeć chmury od góry.
allen i david mocno przytuleni okręcają się szczelniej płaszczem z wilczej skóry i zaglądają do soku pomarańczowego. oto wkracza między nich błyszczący czernią oficerek wojskowy z niewielkiej rany sączy się na śnieg krew. proszę pana czy jeszcze pan nie zauważył że po ponownym zmaterializowaniu się testowano pana nowoczesną bronią?
obaj młodzieńcy spotkawszy się koło koszar wydawali się nie zważać na słoneczny żar. jarząc się żarliwą radością na myśl o dzisiejszych ćwiczeniach w uśmiercaniu. nie zauważyli również że niebo zaciągnęło się subtelnym jasnym welonem oparów. deszcz wykluczony! żaden z nich nie miał przy sobie parasola bo i jak wyglądałby taki przedmiot w towarzystwie delikatnych jasnych mundurów! zmarznięci david medalla i allen ginsberg cicho z postawionymi kołnierzami płaszczy i naciągniętymi głęboko na oczy czapkami umykają po dachach. chmara zwierząt staje się ich jedynym towarzyszem. szybko jak charty biegną przez podwórze by z rozbiegu wskoczyć na kolejny mur i podciągnąć się do góry. inaczej tam by się nie dostali. i wiszą tak u góry w gimnastycznych trykotach zaczepieni o zęby. bez siatki zabezpieczającej zdani wyłącznie na własne siły. przy pierwszym blasku księżyca otwierają usta.

rozdział 7 już czas

już czas by życzliwemu czytelnikowi opisać podróż przez zieloną styrię z jej wszystkimi straszliwymi zagrożeniami przeszkodami i ruchomościami. lecz będzie to opis podróży a nie jakiejś przyjemnej niedzielnej wycieczki. luci nugget wychodzi przed wielki namiot w którym mieszka wraz z 60 psami myśliwskimi i automatem do lodów przeciąga się sprężyście aż jej sutki sterczą spiczasto pod cienką jak pergamin różową jedwabną bluzką. przysłuchuje się egzaltowanym relacjom ottona zatapiając się w myślach lecz nie okazuje niechęci. luci nugget ma na nogach obcisłe skórzane spodnie i oficerki w ręce szpicrutę. rozmach jej gwałtownego ciosu nagle zamiera. z ukrycia robi skok do przodu. kant jej dłoni ląduje jak ostre szkło na karku psa. ten pada jak balon z którego uszło powietrze. jego łapy drgają. od tego momentu otto nie uczestniczy już w rozmowie.
poświęca wiele czasu swojemu wyglądowi chętnie gra rolę uprzejmego lwa salonów szarmanckiego gawędziarza eleganckiego adoratora kobiet dystyngowanego człowieka interesu amatora win eksperta.
lecz ottona jeszcze bardziej elektryzowało coś innego: tam z przodu gdzie uderzały o siebie wargi sromowe luci nugget wyróżniało się coś w rodzaju niewielkiego schodka w tak równym zazwyczaj betonie. właściwie nie warto o tym mówić. a jeśli się ktoś kurczowo tego uczepił.
otto odmierzył odległość dzielącą jego wyprostowane ramię od niewielkiej wilgotnej nierówności. co najmniej pół metra. do góry sięgnie tylko podskakując. odbił się niczym sprężyna. palcami dotknął tunelu luci. niestety nie udało mu się uczepić łechtaczki. znów wylądował na ziemi. gdyby znalazł się u góry podciągnąłby się zaklinował ramionami i wdrapywał tunelem coraz wyżej. jak taternik w kominie. w luci nagle coś nerwowo drgnęło. bardzo utrudniało to akcję ratunkową.
styria nie jest zielona styria jest raczej żółtym nieurodzajnym obszarem pustynnym muszę zaznaczyć to na wstępie. old lady brązowa jak kozia skórka urodzona i wychowana w (styryjskim) leoben w kenii opowiada właśnie radosną historyjkę o słynnym powstaniu mau mau. luci przechodzą dreszcze podskakuje pod prysznicem głośno piszcząc. psy myśliwskie i psy gończe pędzą jak potężny jasny cień na przełaj przez płonący busz w stronę będącego ratunkiem oceanu. białe ciało luci wciąż jeszcze wije się ze śmiechu pod strumieniem letniej cocacoli wytryskującej ze sztucznych napierśników z płyty wiórowej przytroczonych do klatki piersiowej old lady. jej czerwone usta płoną żarem niczym rana w delikatnym brązowym owalu twarzy z płomiennymi i szelmowsko błyszczącymi 2 niebieskimi oczami. przewodnicy stada po kolana zapadają w kurz. słońce tak praży że można uschnąć z pragnienia poganiacze wrzeszczą i strzelają z bata.
ogłupiały otto już po raz drugi chwycił za clitoris luci. wciąż jednak się ześlizguje. czuje się jak skoczek wzwyż po dwóch próbach podczas ostatniego skoku mającego zdecydować o zwycięstwie lub przegranej. mocnym odbiciem przenosi ciało do góry. wbija palce. teraz wisi nad drgającym wykuszem. olbrzymia porcja lodów waniliowych które akurat miesza mątew luci pacnęła mu w twarz wnika we wszystkie otwory lecz on myśli tylko o jednym byle się utrzymać!
ręka mu drży. dół brzucha luci również drży zęby luci szczękają jak w gorączce silne podskoki wzgórka wenery luci wytrzęsły ottona do cna. mimo to się nie ześlizgnął.
wszyscy pod tym pięknym błękitnym niebem są tłustsi i coraz tłustsi w końcu nie mogą się utrzymać i wpadają do zupy. chlust!
otto pije piwo. wciąż jest to opis podróży a nie jakieś niepotrzebne klituśbajduś. ostrożnie spróbował chwycić się jeszcze mocniej nie zważając na ciecz zalewającą go przy każdym & najmniejszym ruchu. nagle jednym ruchem podciąga się do góry. ramiona dotykają dolnej krawędzi tunelu. musi je skulić i wciskać się do góry.
statek kołysze się & rozcina lekko fale śnieżnobiałe deski górnego pokładu ślizgały się pod sandałkami luci morze śródziemne falowało błękitem w bezlitosnej spalającej wszystko spiekocie. piękna jest moja ojczysta styria tak piękna śpiewał arcyksiążę johann. w każdym razie słowo piękna winno zagościć na stałe w każdym rozdziale tej powieści edukacyjnej (bildungsroman). steward uwijał się z napitkami między rzędami odpoczywających bez ruchu w upale pasażerów wszelkich narodowości ras kolorów i zawodów. z dolnego szynku przeciskał się na górny pokład głosy pijanych mężczyzn i niezbyt radosny śmiech dziewcząt. hermes 3 do hermesa 2 odbiór. inspektor p. z policji portowej czekał na odpowiedź pływającej gdzieś po oceanie opóźnionej esperanzy. zwinąć posterunek wycofać się zgodnie z planem. koniec. otto kurczowo czepia się wnętrza tunelu. górna część tułowia już zniknęła w środku. prze do góry centymetr po centymetrze. czuje że mu się uda. luci to huśtająca się góra lodowa w błękitnym oceanie przesłaniająca wszystkim widok na słońce. rosnąca góra między jej opalonymi nogami utrudnia jej jakikolwiek ruch. różowy język helmuta bezustannie wysuwa się z chłopięcych ust i zlizuje lodową masę luci. tysiące przebierających psich łap mącą wodę niemal doprowadzając ją do wrzenia. młody mieszaniec obwieszony medalami i znaczkami mówił prawie niezrozumiałym slangiem dalekich obszarów nabrzeża ubrany w bermudy koloru khaki w rozpiętej z powodu upału koszuli z bosymi stopami w cebrze wypełnionym stopioną luci sipping martini on the rocks. płynnym brzmiącym dość obco tureckim ponowił wezwanie wskazując do tego i jednoznacznie na swój peacemaker 45. prawda właściwie ma to być przecież opis podróży. luci zalała już pół kontynentu styryjskiego ewakuowano miasta & wioski strażnicy porządku płyną w zgrabnych łódkach. co to za odzywka do sir benjamina franklina cow arse wycedził otto przez złote zęby rzadkie sosny rzucały rzadki cień wysoko u góry myszołów zakreśla w alpejskim powietrzu równe kręgi. właśnie za gęstym krzakiem pokrzywy zniknął papież w rzymie ze słoweńską gastarbeiterką branką. jak cudownie (cudownie) być znów w domu. tuareg na białym wyścigowym wielbłądzie pędził przez fatamorganę aż członkom anielskiej rodziny engel nawet wpadł do otwartych próbujących pysków kawałek luci.
john & paul te dranie chcą odebrać george’owi & ringowi prawo do miejsca w pełnym słońcu. nazywam się helmut powiedział otto bardzo grzecznie i wreszcie jestem opisem podróży na który pan tak długo czekał zamiast zwyczajnie podpalić całą tę książkę ale z pana idiota. potrójną enzian wódkę z goryczki nalewa gruba karczmarka i jak balon unosi się nad górą lodową którą kiedyś była cała styria. w tym obcym jej żywiole porusza się lekko jak dobra wróżka. piękny upudrowany na biało fordanser ciągnie po gładkim parkiecie glazurowaną amerykankę. luci wrzasnęła przejmująco gdy nagle ożył jej lodowiec. teraz dopiero naprawdę wróciłem do domu znów wszystko rozpoznaję. otto jeszcze się rozwija a mimo to musi być odpowiedzialny za siebie. i do tego luci rozrasta się lodowato przenikając przez koła ratunkowe. jej zapach obala wszystko co znajduje się w pobliżu. otto ustawia się dokładnie pod spodem światło jego latarki wędruje po pochwie luci. dochodzi do samej góry. może nawet do samego czubka głowy.
przewożą triumfalnie górę lodową zwaną luci. jej psy stoją samotnie na straży a ze świerków opada śnieżny puch. helmut chichocząc strząsa białe cudo ze spodni koszuli i rękawic z jednym palcem. nieznośny róż wieczornego nieba zabarwia również luci jej smak jest pełniejszy owocowy wyborny orzeźwiający.
gdyż otto całym ciałem zasłania dochodzące od dołu światło. kowboju co za syf mi wstrzyknąłeś gdzie ten mój haj. nic nie czuję.
KOWBOJU CO ZA SYF MI WSTRZYKNĄŁEŚ GDZIE TEN MÓJ HAJ. NIC NIE CZUJĘ.




Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data premiery: 2009-07-22