Autor: Gaute Heivoll
Tytuł: Zanim spłonę



Wciągająca i poruszająca wybitna książka norweska, którą można czytać jako thriller, ale również jako psychologiczne studium szaleństwa. Życie w małym Finsland toczyło się zawsze spokojnie - aż do pewnej nocy, gdy jedno z domostw staje w płomieniach i w ciszę wdziera się ostry dźwięk syreny alarmowej. Ten pożar zapoczątkowuje serię dziwnych podpaleń. W miasteczku narasta strach. Tragiczne wydarzenia splatają się z wewnętrznymi dramatami mieszkańców, którzy odkrywają w końcu przerażającą prawdę, kim jest piroman. O wiele trudniejsze do wyjaśnienia są natomiast przyczyny działania człowieka ulegającego destrukcyjnej sile, która popycha go do zbrodni. Ta historia to studium skomplikowanych relacji międzyludzkich i próba sięgnięcia do zakamarków ludzkiej psychiki. To opowieść o bezwarunkowej miłości i o tym, że splot okoliczności może uwolnić demony, które drzemią w każdym z nas.


Fragment:

Okazało się, że Teresa dostała z więzienia dwa listy. W dodatku w kalendarzyku zapisywała codzienne spostrzeżenia. Wszystko to Karin po jej oemierci znalazła w którejś szufladzie. Podała mi tę korespondencję; przeczytałem ją z tymi samymi mieszanymi uczuciami co list do Alfreda. Z jednego listu wynikało, że Teresa dała chłopcu gitarę. Nie było natomiast jasne, czy wysłała ją pocztą, czy też stawiła się w budynku sądu w Kristiansandzie i wręczyła mu ją osobiście. Tak czy owak napisał do niej z podziękowaniem, że w dzieciństwie nauczyła go grać na pianinie, i jednoczeoenie donosił, że już się nauczył grać na gitarze i muzyka staje się dla niego coraz ważniejsza. Tak więc Dag chodził do niej na naukę gry. On też. Drugi list był bardzo niespójny, cooe o Bogu i wielu wymienionych z nazwiska mieszkańcach wioski. Trudny do streszczenia. Autor przeskakiwał w nim z tematu na temat. A zatem były trzy listy, wliczając ten do Alfreda. I jeszcze kalendarzyki Teresy - pełna skrzynia; co roku ten sam typ - małe, zielone, rozsyłane przez Norweski Związek Chłopów. Zawierały drobne notatki o pogodzie, o przychodzących do niej uczniach... Szybko przejrzałem je wstecz. O ile się nie mylę, nie zostałem tam wymieniony. O Dagu natomiast znalazło się niemało, zwłaszcza z okresu obejmującego pożary i czas zaraz po nich. Ostatnie strony, te czyste, z napisem "Notatki", zapełniało jej lekko pochyłe pismo. Zapiski miały formę listu, lecz nie sądzę, by kiedykolwiek przeniosła je na zwykłą papeterię i wysłała. Jeśli się jednak wbrew przypuszczeniom
mylę, pozostaje pytanie: do kogo? Istniały prawdopodobnie także kolejne listy. Z tego co zrozumiałem, w początkowym okresie napływały z więzienia prawdziwą rzeką. Wspomniano o tym w trakcie procesu, wskazując na "olbrzymią korespondencję". Miało to miejsce w pierwszych tygodniach po aresztowaniu, kiedy był sam i gdy pojawił się sen o psie. Wówczas zaczął pisać. Jakby coś musiało się wydostać i wybuchami listów torowało sobie drogę na zewnątrz. Wszystkie nosiły stempel "Więzienie Rejonowe, cela 1D". Napisał do wszystkich swoich ofiar, lecz nie wiem, ile z nich mu odpowiedziało. Próbowałem się tego dowiedzieć - kto dostał list, co w nim było i czy odpowiedział. Okazało się to jednak niemożliwe. Z reguły słyszałem te same słowa: "Nie pamiętam. Wyrzuciłem. Przecież to był wariat". Cieszyła się, że znowu go zobaczy. Przez całą jesień pisał do nich listy. Co tydzień radowała się, że nadejdzie kolejna mała brązowa koperta ze stemplem garnizonu w Porsangerze i godłem państwowym pooerodku. Na początku były to długie, obszerne listy, które Ingemann odczytywał na głos przy kuchennym stole. Później, gdy była sama, czytała je ponownie po cichu i wówczas wydawało się jej, że Dag jeszcze bardziej się do niej zbliża. Opowiadał o życiu w jednostce, o kolegach żołnierzach, którzy byli dziwni, męczący albo całkiem mili, a pochodzili z całego kraju. Pisał o wyżywieniu, które było jednostajne i nie mogło się mierzyć z domowymi posiłkami Almy. Donosił też o ćwiczeniach w pobliżu rosyjskiej granicy. Próbowała sobie to wszystko wyobrazić - ten obcy, zimny świat i Daga w jego centrum. W grudniu nadszedł list, że nie dostał przepustki na święta. Ktoś przecież musiał zostać w obozie. Odbyło się losowanie i okazał się jednym z wybranych. Przyjęli to mężnie. W Wigilię przed południem zadzwonił. Rozmowa była krótka, bo automat pożerał monety. Najpierw mówił z Ingemannem, a potem zamienił kilka słów z Almą. Uważała, że jego głos brzmi obco, nie było w tym jednak chyba nic dziwnego, przecież dzieliło ich ponad dwa tysiące kilometrów. Z początkiem nowego roku długo nie pojawiały się listy. W lutym jednak Dag przysłał pocztówkę z widokiem wieży wartowniczej na granicy między Norwegią a Związkiem Radzieckim. Na odwrocie napisał: "Żołnierz w wieżyczce to ja". Najpierw ogarnęło ich radosne podniecenie. Cooe takiego! Chyba mało który rodzic może się pochwalić zdjęciem syna na pocztówce. Potem jednak zachwyt opadł. Pierwszy dał temu wyraz Ingemann. Osoba na widokówce nie mogła być Dagiem. W ogóle go nie przypominała. Alma też to dostrzegła, ale się nie odezwała. Wytarła ręce w ścierkę do szklanek i po wyjściu Ingemanna do warsztatu przypięła kartkę do parapetu okiennego w kuchni. Nigdy więcej o niej nie wspomniała. Widokówka wisiała tam przez kilka dni, lecz żadne z nich już do niej nie nawiązywało.

Pewnego dnia przeniosła ją na półkę nad pianinem i oparła o jeden z pucharów syna. Zapadła cisza i dopiero w marcu dostali kartkę, że przyjeżdża. I nic więcej. Nawet imienia. Jedynie: "Przyjeżdżam do domu czternastego". Podpisał: "żołnierz". Ingemann był zdania, że dano mu zgodę na urlop. Takie rzeczy się przecież zdarzały. Alma nie była tego pewna. Chodziło jej o podpis. To takie niepodobne do Daga. Nie rozumiała tego. Tak bardzo by chciała mieć numer telefonu do niego, ale telefonu nie było, w każdym razie tak napisał w jednym z pierwszych listów. Następnego dnia - było to po południu, kiedy zmywała - Alma zauważyła, że drogą od Brandsvollu zbliża się mężczyzna. Szedł miarowo i powoli, od razu dostrzegła w nim coś znajomego. Zabrało jej to kilka sekund, a potem nagle sobie uświadomiła: przecież to on. Wnet znalazł się na podwórku przed domem. Był trzynasty marca, a więc dzień wcześniej, niż miał przyjechać. Miał na sobie wyjściowy mundur. Długie jasne włosy zniknęły, świeciła tylko ogolona na zero głowa.



liczba stron: 272
format: 13x21,4 cm
Okładka: miękka
tłumacz: Maria Gołębiewska-Bijak



Wydawca: Świat Książki



Data wydania: 2011-10-19