Autor: Geert Mak
Tytuł: Most
Bohaterowie Maka to stali bywalcy mostu Galata - właściciel kramu z wkładkami do butów, sprzedawca książek, chłopiec handlujący papierosami, dziewczyna rozprowadzająca losy, stary tragarz, hiszpańska para na emeryturze. Rozmowy z nimi stają się dla holenderskiego pisarza pretekstem do wycieczek w czasie, które przybliżają nam fascynującą historię tego symbolu Stambułu. Losy życiowe pracujących na moście ludzi są papierkiem lakmusowym nastrojów społecznych wynikających z zamożności, wykształcenia czy wyemancypowania. Wszystkich rezydentów mostu, barwnych i tak bardzo różnych, łączy niezwykłe poczucie dumy i honoru, podszyte tęsknotą za rodzinnymi stronami, z których przybyli, by zaznać lepszego życia. Wspólny jest także obraz Europejczyków, jaki tworzą sobie ci dawni mieszkańcy Bizancjum, rozdarci - jak Stambuł - między dwoma brzegami: bliską sercu Turcją i dalekim obyczajowo, lecz kuszącym Zachodem.
Opinie:
"Nie ma chyba lepszej metafory współczesnej Turcji niż most: konstrukcja, która spina to, czego inaczej spiąć nie sposób. Każdy Turek ma w sobie takie mosty: między tym, co nowoczesne, a tradycją; tym, co religijne, a ateizmem; tym, co europejskie, a Orientem. I każdy Turek większość życia spędza, chodząc po tych swoich mostach tam i z powrotem".
Witold Szabłowski
"'Nienawidzę podróży i podróżników' - pisał Claude Levi-Strauss, dlatego autor Mostu nie rusza się z miejsca. Za to jakiego! Most Galata w Stambule jest esencją nie tylko tego "miasta miast", lecz właściwie całej Turcji. Geert Mak działa jak wytrawny artysta reportażu, na pięciuset metrach odnajduje wszystkich bohaterów panoramy społecznej. Zauważa to, co umyka uwadze turysty, który pędzi w poszukiwaniu egzotycznych atrakcji. Ludzi skulonych w deszczu, głodnych, próbujących przeżyć kolejny dzień. Rozmowę z człowiekiem zderza z lekturą książek historycznych. Chylę czoła!"
Max Cegielski
Fragment książki:
I CZARNY WIATR
Na moście wszystko liczy się w milionach.
– Wczoraj złowiłem dwadzieścia milionów, tylko w sardynkach.
– Trzy miliony za najpiękniejsze zdjęcie w twoim życiu.
– Dwie herbaty! – Pół miliona proszę – Dziękuję.
– Stoję tu od samego rana, cztery miliony, kiedy wreszcie pojawią się na tym moście jakieś pieniądze!
– Prawdziwe Chanel, pięć milionów!
Wysoki głos sprzedawczyni losów niesie się po pasażu handlowym:
– Kto skusi się na sto miliardów? Kto?
Wystawę za jej plecami wypełniają pistolety: Zeus, Super, Kral 2005, Magnum, Blue Compact; nie można zapomnieć o pistoletach damskich: eleganckim Geax
i Class-mini.
Już za dziesięć wpłat po dwadzieścia pięć milionów można mieć w torebce władzę nad życiem i śmiercią.
Most oferuje wszystko, czego człowiekowi potrzeba: grzebienie, sandały zdrowotne, papierosy, tańczące laleczki, torebki od Gucciego i zegarki Rolex – tylko za dwadzieścia milionów, nokie niewiadomego pochodzenia, parasolki z nadrukiem bujnych łąk kwiatowych, pędzle do golenia, prezerwatywy i szaro-zielone, plastikowe figurki czołgających się żołnierzy piechoty, którzy co dziesięć sekund oddają serię z karabinu. Jeden milion to jakieś pół euro, stary pieniądz, taki gulden zeszłego stulecia. Ale most ma własny kurs. A rybę dostajesz dodatkowo za darmo, prezent od mostu. Z poręczy zawsze zwisają wędki.
Dzisiaj jest dzień tłustych sardynek. W niewytłumaczalny sposób pod mostem znalazły się nagle wielkie ławice – w przyszłym tygodniu będzie tu można znowu
złowić tylko parę chudych rybek. Jakaś rezolutna pani wyławia rybę za rybą, statki wycieczkowe i zardzewiałe barki dudnią, przepływając pod mostem, a chodnik trzęsie się od przejeżdżających tramwajów. Pani pracowała dawniej jako pielęgniarka, przeszła na emeryturę, a teraz pracuje w handlu komputerami. Już od dziesięciu lat tak łowi, w ciągu paru godzin wyławia dosyć ryb na obiad
dla całej swojej rodziny.
– Dla mnie to rodzaj medytacji – zapala papierosa i podaje mi wędkę. – Spróbuj, to rozluźnia.
W oddali przesuwają się tankowce, czerwone masowce płynące z Krymu do Europy i białe, amerykańskie statki pasażerskie.
Tak jak w innych okolicach istnieje tuzin słów oznaczających śnieg lub mgłę, to miasto zna prawie trzydzieści rodzajów wiatru. Rybacy nadali im nazwy. Jeśli
z zachodu nadchodzi Przyjemny Sztorm, Sztorm Kosów lub Sztorm Kukułek, to wiosna będzie łagodna i sucha.
Wiatry wschodnie przynoszące Rybi Sztorm i poranną mgłę dają ochłodzenie w czasie letnich upałów i deszcze o każdej porze roku. Boreasz, wiatr z północnego wschodu, zasypuje miasto śniegiem w zimie.
Teraz wszyscy czekają na wiosenne burze: Sztormy Jaskółek i Łabędzi. Miasto przygotowuje już kampanię turystyczną. Posadzono trzy miliony tulipanów. Są wszędzie, gdzie tylko spojrzeć, nawet na wieżach służących do podnoszenia mostu chwieją się na zimnie wielkie czerwone i żółte tulipany z plastiku.
Jednak na razie pogodę określa Morze Czarne, wieje Czarny Wiatr i deszcze padają z determinacją. Wędkarze opatuleni są w plastik, płótno żaglowe i używane torby po nawozach sztucznych. Promy suną w szarości w tę i z powrotem, mewy przecinają powietrze, lśniące czarne parasole podrygują, sunąc po moście. Drugi brzeg spowity jest białą zasłoną. Na Nabrzeżu Północnym startują ciężkie silniki statków: „Prof. dr Aykut Barka” i „Mehmet Akif Ersoy”. Z kominów buchają tłuste kłęby czarnego dymu, statki biorą energiczny zakręt i szybko odpływają.
Na ekranach telewizyjnych w kawiarniach galerii pod mostem przez cały dzień pływają w kółko kolorowe rybki z rafy koralowej. To jedyne towarzystwo dzisiaj.
Wszyscy chowają się w tunelach przed i za mostem. Od strony starego miasta dochodzi jak zawsze woń smażonych ryb, tylko żadnego klienta nie widać. Mali sprzedawcy papierosów, których od nicnierobienia rozpiera nadmiar energii, dokazują cały poranek. Każdy przechodzący cudzoziemiec i niedorajda obdarowany zostaje dowcipem. Sprzedawca perfum przytulił się do muru w zaciszu wystającej rynny. To taki facet, od którego zwykle najlepiej trzymać się z daleka, w za dużej marynarce, z kieszeniami wypchanymi podróbkami markowego towaru. Jednak dzisiaj przypadkowo wdajesz się z nim w rozmowę, bo pada, a i tak nie ma nic do roboty.
Opowiada o swojej wiosce, pewnie zawsze o niej opowiada.
– Przylepiona do zbocza góry, dwanaście chat, kozy, owce, parę poletek ziemniaków, fasola dla armii, czasem pomidory dla miasta. Ledwo mogliśmy się utrzymać.
Kiedy miał siedem lat, musiał już pracować: paść owce w lecie, zbierać drewno na opał aż do pierwszych opadów śniegu.
– Zabawek nie znaliśmy, bawiliśmy się kamieniami.
Teraz jego wioska nie istnieje, wszystkie rodziny wyprowadziły się, zniknęła nawet z urzędowych statystyk.
Rodziny były zbyt duże, w jednej chacie mieszkało czasem dziesięć, piętnaście osób. Tylu gęb wioska nie była w stanie wyżywić.
– Nigdy nie zapomnę pewnej zimowej nocy, kiedy napadło na nas stado wilków, rozszarpały chyba ze dwadzieścia owiec. Potem wszyscy się wynieśli, co mieliśmy
robić?
Sprzedawca nie wie, co się dzieje z tymi dwunastoma rodzinami, większość pojechała do Europy, ktoś nawet do Holandii. On sam pracował dorywczo w mieście: w strzelnicy na jarmarku, w restauracji, u fryzjera. Sprzedawał wodę, owoce, ryby, skarpetki i zegarki. Ożenił się, rozwiódł, mieszka w wynajętym pokoju i żyje dla rzadkich niedzielnych spotkań z synem, kiedy przez parę godzin może z nim pospacerować po mieście. Most to jego los, nic nie można na to poradzić.
– Moja rodzina nie mogła płacić ani za szkołę, ani za studia, biedni byli, taka jest prawda. Ledwo mogę się utrzymać. A i to tylko dlatego, że jestem sam.
Nocą nadal żyje w liczącej dwanaście chat wiosce, intensywniej niż dawniej. Słyszy odgłosy poranka – ptaki, owce, wiatr, rzekę. Trawa szumi pod stopami, a on bawi się kamieniami. Jak przemoknięty kot, czeka, aż deszcz przestanie padać, bo prognoza pogody przepowiada, że jutro będzie sypać śnieg.
Most można łatwo dostrzec z lotu ptaka. Lecisz nad miastem, nad tymi dziesięcioma milionami dusz stłoczonych w falujących na wzgórzach willach i blokach, nad morzami i zatokami przecinającymi miasto, nad mostami wiszącymi między Europą i Azją, którymi zderzak w zderzak suną konwoje transportowe, nad dziesiątkami statków od wieków rdzewiejących w portach, nad zrujnowanymi bastionami i murami miejskimi dawnego Imperium, nad Błękitnym Meczetem, nad którym zawsze szybują białe ptaki wyraźnie odcinające się na
tle wieczornego nieba. I nagle twój wzrok nieuchronnie napotyka most.
Można też trafić nań przez przypadek. Idąc w dół wąskimi uliczkami wzdłuż bazaru, wzdłuż kramów z oliwkami, serami; stołów uginających się pod przetworami z owoców i słojami miodu; wzdłuż sklepików z artykułami żelaznymi, piłami, kuchenkami i czajnikami; mężczyzn, którzy z godnością usadowili się za kartonami z długopisami, papierem i chusteczkami z ligniny; wzdłuż rzeźników
z kiełbasami, żołądkami i głowami owiec; wzdłuż sprzedawców losów i szczęścia. Lub spacerując po nabrzeżu promów, wmieszać się w niekończący się tłum
falujący w kierunku miasta: biznesmeni, tragarze, urzędniczki, chłopki, cała parada aktówek i powycieranych marynarek; torować sobie drogę poprzez warkot motorów, krzyki handlarzy, wśród idących szybkim krokiem dziewczyn. Światło codziennie inaczej odbija się od ruchliwej wody, mewy krzyczą i nagle zza rogu, za kioskami i schodami, wyłania się most.
Właściwie most wcale nie jest ładny. Betonowa konstrukcja, długa na ponad pół kilometra, szeroka na cztery pasma jezdni i linię tramwajową. Pośrodku wznosi się instalacja do podnoszenia mostu, a wokół podjazdów i pod nimi znajdują się tunele i galerie handlowe. W centralnej części mostu powierzchnia drogi unosi się stopniowo do góry i małe statki mogą z łatwością przepłynąć pod nim na drugą stronę. Pod mostem, tuż nad wodą, ciągnie się długi rząd restauracji i herbaciarni. Spacer dołem jest o wiele przyjemniejszy, przytulnie tu. Tyle że przy
dźwigach trzeba wejść parę schodów do góry, a potem z powrotem na dół. I nie widać przestrzeni, morza, jesiennych mgieł, delfinów pojawiających się czasami daleko na falach.
Most wznosi się nad szerokim ujściem rzeki, łącząc dwie najstarsze dzielnice miasta, a zarazem jakby jego dwa oblicza: południowe, konserwatywne, zwrócone na Wschód, i północne, z liczącymi wiele stuleci ambasadami i pałacami kupców, przesiąknięte mentalnością Zachodu i lekkością nowoczesnego życia.
Popularny kronikarz miasta – spotkamy ich więcej na stronach tej książki – porównał natłok domów obu dzielnic do „szeroko rozpostartych skrzydeł małego ptaka o smukłym tułowiu”. Ten opis jest aktualny i dzisiaj. Most jest tym tułowiem między dwoma ogromnymi skrzydłami.
„Most jest mały, maleńki, smukły, ale jeśli go usunąć, to te olbrzymie skrzydła po obu stronach załamią się, nie będą mogły się poruszać, unieść w powietrze”.
Bez mostu nie byłoby miasta. Most też jest właściwie miastem, chociaż nie można się pomylić, bo most to nie miasto, a miasto to nie kraj. Most ma przede wszystkim własną osobowość i na tym poprzestańmy.
(...)
Spis treści:
7· I CZARNY WIATR
23· II SZTORM PRAŻONYCH KASZTANÓW
47· III SZTORM ŁABĘDZI
77· IV SZTORM KOSÓW
103· V SZTORM WIATRAKÓW
127· VI SZTORM RYB
137· Podziękowania
139· Bibliografia
Format: 125x195 mm
oprawa miękka, lakierowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 144
Tytuł: Most
Bohaterowie Maka to stali bywalcy mostu Galata - właściciel kramu z wkładkami do butów, sprzedawca książek, chłopiec handlujący papierosami, dziewczyna rozprowadzająca losy, stary tragarz, hiszpańska para na emeryturze. Rozmowy z nimi stają się dla holenderskiego pisarza pretekstem do wycieczek w czasie, które przybliżają nam fascynującą historię tego symbolu Stambułu. Losy życiowe pracujących na moście ludzi są papierkiem lakmusowym nastrojów społecznych wynikających z zamożności, wykształcenia czy wyemancypowania. Wszystkich rezydentów mostu, barwnych i tak bardzo różnych, łączy niezwykłe poczucie dumy i honoru, podszyte tęsknotą za rodzinnymi stronami, z których przybyli, by zaznać lepszego życia. Wspólny jest także obraz Europejczyków, jaki tworzą sobie ci dawni mieszkańcy Bizancjum, rozdarci - jak Stambuł - między dwoma brzegami: bliską sercu Turcją i dalekim obyczajowo, lecz kuszącym Zachodem.
Opinie:
"Nie ma chyba lepszej metafory współczesnej Turcji niż most: konstrukcja, która spina to, czego inaczej spiąć nie sposób. Każdy Turek ma w sobie takie mosty: między tym, co nowoczesne, a tradycją; tym, co religijne, a ateizmem; tym, co europejskie, a Orientem. I każdy Turek większość życia spędza, chodząc po tych swoich mostach tam i z powrotem".
Witold Szabłowski
"'Nienawidzę podróży i podróżników' - pisał Claude Levi-Strauss, dlatego autor Mostu nie rusza się z miejsca. Za to jakiego! Most Galata w Stambule jest esencją nie tylko tego "miasta miast", lecz właściwie całej Turcji. Geert Mak działa jak wytrawny artysta reportażu, na pięciuset metrach odnajduje wszystkich bohaterów panoramy społecznej. Zauważa to, co umyka uwadze turysty, który pędzi w poszukiwaniu egzotycznych atrakcji. Ludzi skulonych w deszczu, głodnych, próbujących przeżyć kolejny dzień. Rozmowę z człowiekiem zderza z lekturą książek historycznych. Chylę czoła!"
Max Cegielski
Fragment książki:
I CZARNY WIATR
Na moście wszystko liczy się w milionach.
– Wczoraj złowiłem dwadzieścia milionów, tylko w sardynkach.
– Trzy miliony za najpiękniejsze zdjęcie w twoim życiu.
– Dwie herbaty! – Pół miliona proszę – Dziękuję.
– Stoję tu od samego rana, cztery miliony, kiedy wreszcie pojawią się na tym moście jakieś pieniądze!
– Prawdziwe Chanel, pięć milionów!
Wysoki głos sprzedawczyni losów niesie się po pasażu handlowym:
– Kto skusi się na sto miliardów? Kto?
Wystawę za jej plecami wypełniają pistolety: Zeus, Super, Kral 2005, Magnum, Blue Compact; nie można zapomnieć o pistoletach damskich: eleganckim Geax
i Class-mini.
Już za dziesięć wpłat po dwadzieścia pięć milionów można mieć w torebce władzę nad życiem i śmiercią.
Most oferuje wszystko, czego człowiekowi potrzeba: grzebienie, sandały zdrowotne, papierosy, tańczące laleczki, torebki od Gucciego i zegarki Rolex – tylko za dwadzieścia milionów, nokie niewiadomego pochodzenia, parasolki z nadrukiem bujnych łąk kwiatowych, pędzle do golenia, prezerwatywy i szaro-zielone, plastikowe figurki czołgających się żołnierzy piechoty, którzy co dziesięć sekund oddają serię z karabinu. Jeden milion to jakieś pół euro, stary pieniądz, taki gulden zeszłego stulecia. Ale most ma własny kurs. A rybę dostajesz dodatkowo za darmo, prezent od mostu. Z poręczy zawsze zwisają wędki.
Dzisiaj jest dzień tłustych sardynek. W niewytłumaczalny sposób pod mostem znalazły się nagle wielkie ławice – w przyszłym tygodniu będzie tu można znowu
złowić tylko parę chudych rybek. Jakaś rezolutna pani wyławia rybę za rybą, statki wycieczkowe i zardzewiałe barki dudnią, przepływając pod mostem, a chodnik trzęsie się od przejeżdżających tramwajów. Pani pracowała dawniej jako pielęgniarka, przeszła na emeryturę, a teraz pracuje w handlu komputerami. Już od dziesięciu lat tak łowi, w ciągu paru godzin wyławia dosyć ryb na obiad
dla całej swojej rodziny.
– Dla mnie to rodzaj medytacji – zapala papierosa i podaje mi wędkę. – Spróbuj, to rozluźnia.
W oddali przesuwają się tankowce, czerwone masowce płynące z Krymu do Europy i białe, amerykańskie statki pasażerskie.
Tak jak w innych okolicach istnieje tuzin słów oznaczających śnieg lub mgłę, to miasto zna prawie trzydzieści rodzajów wiatru. Rybacy nadali im nazwy. Jeśli
z zachodu nadchodzi Przyjemny Sztorm, Sztorm Kosów lub Sztorm Kukułek, to wiosna będzie łagodna i sucha.
Wiatry wschodnie przynoszące Rybi Sztorm i poranną mgłę dają ochłodzenie w czasie letnich upałów i deszcze o każdej porze roku. Boreasz, wiatr z północnego wschodu, zasypuje miasto śniegiem w zimie.
Teraz wszyscy czekają na wiosenne burze: Sztormy Jaskółek i Łabędzi. Miasto przygotowuje już kampanię turystyczną. Posadzono trzy miliony tulipanów. Są wszędzie, gdzie tylko spojrzeć, nawet na wieżach służących do podnoszenia mostu chwieją się na zimnie wielkie czerwone i żółte tulipany z plastiku.
Jednak na razie pogodę określa Morze Czarne, wieje Czarny Wiatr i deszcze padają z determinacją. Wędkarze opatuleni są w plastik, płótno żaglowe i używane torby po nawozach sztucznych. Promy suną w szarości w tę i z powrotem, mewy przecinają powietrze, lśniące czarne parasole podrygują, sunąc po moście. Drugi brzeg spowity jest białą zasłoną. Na Nabrzeżu Północnym startują ciężkie silniki statków: „Prof. dr Aykut Barka” i „Mehmet Akif Ersoy”. Z kominów buchają tłuste kłęby czarnego dymu, statki biorą energiczny zakręt i szybko odpływają.
Na ekranach telewizyjnych w kawiarniach galerii pod mostem przez cały dzień pływają w kółko kolorowe rybki z rafy koralowej. To jedyne towarzystwo dzisiaj.
Wszyscy chowają się w tunelach przed i za mostem. Od strony starego miasta dochodzi jak zawsze woń smażonych ryb, tylko żadnego klienta nie widać. Mali sprzedawcy papierosów, których od nicnierobienia rozpiera nadmiar energii, dokazują cały poranek. Każdy przechodzący cudzoziemiec i niedorajda obdarowany zostaje dowcipem. Sprzedawca perfum przytulił się do muru w zaciszu wystającej rynny. To taki facet, od którego zwykle najlepiej trzymać się z daleka, w za dużej marynarce, z kieszeniami wypchanymi podróbkami markowego towaru. Jednak dzisiaj przypadkowo wdajesz się z nim w rozmowę, bo pada, a i tak nie ma nic do roboty.
Opowiada o swojej wiosce, pewnie zawsze o niej opowiada.
– Przylepiona do zbocza góry, dwanaście chat, kozy, owce, parę poletek ziemniaków, fasola dla armii, czasem pomidory dla miasta. Ledwo mogliśmy się utrzymać.
Kiedy miał siedem lat, musiał już pracować: paść owce w lecie, zbierać drewno na opał aż do pierwszych opadów śniegu.
– Zabawek nie znaliśmy, bawiliśmy się kamieniami.
Teraz jego wioska nie istnieje, wszystkie rodziny wyprowadziły się, zniknęła nawet z urzędowych statystyk.
Rodziny były zbyt duże, w jednej chacie mieszkało czasem dziesięć, piętnaście osób. Tylu gęb wioska nie była w stanie wyżywić.
– Nigdy nie zapomnę pewnej zimowej nocy, kiedy napadło na nas stado wilków, rozszarpały chyba ze dwadzieścia owiec. Potem wszyscy się wynieśli, co mieliśmy
robić?
Sprzedawca nie wie, co się dzieje z tymi dwunastoma rodzinami, większość pojechała do Europy, ktoś nawet do Holandii. On sam pracował dorywczo w mieście: w strzelnicy na jarmarku, w restauracji, u fryzjera. Sprzedawał wodę, owoce, ryby, skarpetki i zegarki. Ożenił się, rozwiódł, mieszka w wynajętym pokoju i żyje dla rzadkich niedzielnych spotkań z synem, kiedy przez parę godzin może z nim pospacerować po mieście. Most to jego los, nic nie można na to poradzić.
– Moja rodzina nie mogła płacić ani za szkołę, ani za studia, biedni byli, taka jest prawda. Ledwo mogę się utrzymać. A i to tylko dlatego, że jestem sam.
Nocą nadal żyje w liczącej dwanaście chat wiosce, intensywniej niż dawniej. Słyszy odgłosy poranka – ptaki, owce, wiatr, rzekę. Trawa szumi pod stopami, a on bawi się kamieniami. Jak przemoknięty kot, czeka, aż deszcz przestanie padać, bo prognoza pogody przepowiada, że jutro będzie sypać śnieg.
Most można łatwo dostrzec z lotu ptaka. Lecisz nad miastem, nad tymi dziesięcioma milionami dusz stłoczonych w falujących na wzgórzach willach i blokach, nad morzami i zatokami przecinającymi miasto, nad mostami wiszącymi między Europą i Azją, którymi zderzak w zderzak suną konwoje transportowe, nad dziesiątkami statków od wieków rdzewiejących w portach, nad zrujnowanymi bastionami i murami miejskimi dawnego Imperium, nad Błękitnym Meczetem, nad którym zawsze szybują białe ptaki wyraźnie odcinające się na
tle wieczornego nieba. I nagle twój wzrok nieuchronnie napotyka most.
Można też trafić nań przez przypadek. Idąc w dół wąskimi uliczkami wzdłuż bazaru, wzdłuż kramów z oliwkami, serami; stołów uginających się pod przetworami z owoców i słojami miodu; wzdłuż sklepików z artykułami żelaznymi, piłami, kuchenkami i czajnikami; mężczyzn, którzy z godnością usadowili się za kartonami z długopisami, papierem i chusteczkami z ligniny; wzdłuż rzeźników
z kiełbasami, żołądkami i głowami owiec; wzdłuż sprzedawców losów i szczęścia. Lub spacerując po nabrzeżu promów, wmieszać się w niekończący się tłum
falujący w kierunku miasta: biznesmeni, tragarze, urzędniczki, chłopki, cała parada aktówek i powycieranych marynarek; torować sobie drogę poprzez warkot motorów, krzyki handlarzy, wśród idących szybkim krokiem dziewczyn. Światło codziennie inaczej odbija się od ruchliwej wody, mewy krzyczą i nagle zza rogu, za kioskami i schodami, wyłania się most.
Właściwie most wcale nie jest ładny. Betonowa konstrukcja, długa na ponad pół kilometra, szeroka na cztery pasma jezdni i linię tramwajową. Pośrodku wznosi się instalacja do podnoszenia mostu, a wokół podjazdów i pod nimi znajdują się tunele i galerie handlowe. W centralnej części mostu powierzchnia drogi unosi się stopniowo do góry i małe statki mogą z łatwością przepłynąć pod nim na drugą stronę. Pod mostem, tuż nad wodą, ciągnie się długi rząd restauracji i herbaciarni. Spacer dołem jest o wiele przyjemniejszy, przytulnie tu. Tyle że przy
dźwigach trzeba wejść parę schodów do góry, a potem z powrotem na dół. I nie widać przestrzeni, morza, jesiennych mgieł, delfinów pojawiających się czasami daleko na falach.
Most wznosi się nad szerokim ujściem rzeki, łącząc dwie najstarsze dzielnice miasta, a zarazem jakby jego dwa oblicza: południowe, konserwatywne, zwrócone na Wschód, i północne, z liczącymi wiele stuleci ambasadami i pałacami kupców, przesiąknięte mentalnością Zachodu i lekkością nowoczesnego życia.
Popularny kronikarz miasta – spotkamy ich więcej na stronach tej książki – porównał natłok domów obu dzielnic do „szeroko rozpostartych skrzydeł małego ptaka o smukłym tułowiu”. Ten opis jest aktualny i dzisiaj. Most jest tym tułowiem między dwoma ogromnymi skrzydłami.
„Most jest mały, maleńki, smukły, ale jeśli go usunąć, to te olbrzymie skrzydła po obu stronach załamią się, nie będą mogły się poruszać, unieść w powietrze”.
Bez mostu nie byłoby miasta. Most też jest właściwie miastem, chociaż nie można się pomylić, bo most to nie miasto, a miasto to nie kraj. Most ma przede wszystkim własną osobowość i na tym poprzestańmy.
(...)
Spis treści:
7· I CZARNY WIATR
23· II SZTORM PRAŻONYCH KASZTANÓW
47· III SZTORM ŁABĘDZI
77· IV SZTORM KOSÓW
103· V SZTORM WIATRAKÓW
127· VI SZTORM RYB
137· Podziękowania
139· Bibliografia
Format: 125x195 mm
oprawa miękka, lakierowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 144











