Autorka: Grażyna Trela
Tytuł: Obrazki z Nebraski
Fascynujący powrót do świata, którego już nie ma.
„Obrazki z Nebraski” to opowieść o dzieciakach dorastających w PRL-u końca lat sześćdziesiątych, które jak najszybciej chciały zostać nastolatkami. Ale świat wcale nie stawał się przez to prostszy, a „kosmos”, w którym żyły – bardziej zrozumiały. Historia zamyka się w jednym roku kalendarzowym – 1969, w którym Amerykanie polecieli na Księżyc, żeby zrobić tam pierwszy krok. To opowieść o miasteczku i jego mieszkańcach – Rysiu, który „pokazywał”, jego siostrze Renacie, która chciała wyjść za Włocha, o Julce, której wujek wpychał język w usta, i Pawle, który wierzył, że stanie się normalny, gdy potrąci go samochód…
Opinie:
Grażyna Trela dała się poznać jako znakomita scenarzystka, teraz dostajemy do ręki jej powieściowy debiut, historię dla wszystkich, którzy mają ochotę zanurkować w mroczną, często absurdalną, podszytą erotycznym napięciem peerelowską przeszłość.
Sławomir Shuty
Fragment:
Rozdział 3.
Rysio leżał na łóżku, wpatrując się w sufit, po którym wędrował mizerny karaluch, i myślał o tym, co będzie teraz robił. Znajdzie jakąś pracę, będzie miał forsę, będzie normalnie żył na wolności. Wolność była najważniejsza. Pewnie nigdy by sobie tego nie uświadomił, gdyby nie pobyt za murami. Teraz już wiedział, że może robić cokolwiek, ale musi sam o sobie stanowić, być dla siebie jedynym szefem. Zastanawiał się, od czego zacząć i tak się tym zmęczył, że w końcu zasnął. Obudził go gwałtowny łomot. Poderwał się, przerażony. Podszedł do drzwi i je uchylił. Nikogo. Już miał je zamknąć, kiedy zza rogu wypadł z wrzaskiem zarośnięty łeb.
– Co jest Rysiu? Kolegi nie zapraszasz? – odezwał się Benio i wlazł do mieszkania, poszerzając sobie wejście kopem.
A potem podarował Rysiowi skórzaną kurtkę na nową drogę życia. Nie była to nówka, miała trochę plam, ale Benio dołączył do niej farbkę, żeby sobie Rysio te plamy zamalował. A do tego jeszcze butelkę rozpuszczalnika, gdyby Rysiowi ręka zadrżała i trzeba było coś zmyć. Ale zanim wręczył mu tę butelkę, odlał z niej trochę do dwóch półlitrowych garnuszków. Rysio odsunął się z obrzydzeniem.
– Nie chrzań! – Benio odezwał się niecierpiącym sprzeciwu tonem.
A potem było już pięknie. Siedzieli z łbami w garnuszkach i wdychali rozpuszczalnik. Co chwila któryś się wynurzał, ale zaraz nurkował z powrotem. Oczy stawały się coraz bardziej mętne i przekrwione, a mózgi odklejały się od czaszek.
– Ależ mi ciebie Rysiu brakowało! – rozczulił się Benio i wycmokał kolegę, obśliniając mu oba policzki, aż Rysio musiał się wycierać.
Benio chciał Rysiowi nieba przychylić na tej wolności i uszczęśliwić go totalnie. Wyciągnął z kieszeni banknot, porysowany ruskim piórem kulkowym, czyli długopisem, i podstawił Rysiowi pod nos.
– Czujesz? – zapytał ze znaczącą miną.
Rysio powąchał banknot i przecząco pokręcił głową. Benio protekcjonalnie trącił go w tył głowy i podsunął mu banknot pod oczy.
– Czytaj! – rozkazał.
Rysio przyjrzał się z bliska.
– Ciągnie… – Nie mógł odcyfrować.
Benio czekał cierpliwie.
– Ciągnie… Co? – zdziwił się Rysio.
– No czytaj, czytaj! – ponaglił go Benio.
– Ciągnie z połykiem.
– No. Jakby co, to wiesz… – Benio postukał palcem w adres, także zapisany na banknocie.
Z ulicą i numerem mieszkania. Żeby poszło w ludzi. Benio schował banknot głęboko do kieszeni i sprawdził, czy dobrze leży.
– Jak to: „ciągnie”? – Rysio popatrzył na Benia zamglonym wzrokiem.
Benio tylko pogłaskał kumpla po głowie.
– A, niech stracę! – powiedział w końcu. Z nabożnością wyjął banknot i oddał go Rysiowi. – Na zdrowie.
Rysio uśmiechnął się od ucha do ucha, bo forsa zawsze się przyda, ale wciąż nie rozumiał, o co chodzi. Zniecierpliwiony Benio z palców jednej dłoni zrobił kółko, łącząc czubek wskazującego palca z czubkiem kciuka, i wsunął w nie wskazujący palec drugiej. Rysio wciąż jednak patrzył na kolegę cielęcym wzrokiem.
– Ech… – westchnął Benio i kilkukrotnie przesunął palec przez dziurę. W tę i z powrotem.
Wsuwał go i wysuwał, sprawdzając, czy Rysio załapał. Ale ten nic. Tylko skupił się bardziej na poruszającym się palcu.
– Eee – żachnął się Benio, ale dalej tłumaczył cierpliwie. Tym razem wykonując ręką coraz szybsze ruchy z góry na dół w okolicy krocza.
Rysio zaczerwienił się, bo dopiero teraz zrozumiał, jaki prezent dostał od kolegi.
– Nie chcę! – pisnął.
– Nie chrzań! – skarcił go Benio. – Tylko musisz sobie jeszcze dziary zrobić.
– Po co? – Rysio popiskiwał coraz mniej zdecydowanie.
– Żeby nie wyglądać jak frajer.
Rysio zamierzał zaprotestować, ale nie zdążył, bo Benio otoczył go opiekuńczym ramieniem.
– Wiem, czego ci trzeba. I w oryginalnym miejscu będzie.
Rozdział 4.
Coś wciąga mnie w te zapiski, w te pudła, puszki, zakamarki, w całą tę peerelowską otchłań. Przeglądam przedmioty, których od lat nie widziałam, nie dotykałam. Wśród nich jakiś pierścionek. Coś mi się przypomina, jak przez mgłę. „Nie liczyć na to, że się znajdzie czarodziejski pierścień...”. Już wiem.
Flashback.
Jak byłam małą dziewczynką wierzyłam, że znajdę w lesie magiczny pierścień, a kiedy włożę go na palec i kilkukrotnie przekręcę, wypowiadając życzenie, ono na pewno się spełni. Podczas spacerów z rodzicami zawsze szukałam w lesie tego pierścienia. Raz nawet znalazłam; wisiał na gałęzi drzewa. Ale okazało się, że jest odpustowy i czary wcale nie działają. W dodatku obok leżała butelka po winie i jakieś części garderoby, ze slipami włącznie. Nie traciłam jednak nadziei na znalezienie właściwej biżuterii, całując tymczasem napotkane żaby, ale tylko te ładne, zielone, nadrzewne, i wierząc, że zamienią się w królewicza. W końcu matka przestała mi czytać bajki, żeby mi się światy nie pomieszały. Ale wszystko, co zdarza się pięciolatkom, miesza się z baśnią. Bo wszystko jest nowe. Pierwszy raz usłyszałam wtedy bajkę o Smoku Wawelskim i pierwszy raz zobaczyłam potwora w postaci wielkiej krowy. Albo ogromną lokomotywę w kłębach pary, zataczającego się pijaka, ryczący klaksonem samochód i kolorowego ptaka. W klatce.
Format: 125mm x 195mm
Liczba stron: 280
Oprawa: miękka
Tytuł: Obrazki z Nebraski
Fascynujący powrót do świata, którego już nie ma.
„Obrazki z Nebraski” to opowieść o dzieciakach dorastających w PRL-u końca lat sześćdziesiątych, które jak najszybciej chciały zostać nastolatkami. Ale świat wcale nie stawał się przez to prostszy, a „kosmos”, w którym żyły – bardziej zrozumiały. Historia zamyka się w jednym roku kalendarzowym – 1969, w którym Amerykanie polecieli na Księżyc, żeby zrobić tam pierwszy krok. To opowieść o miasteczku i jego mieszkańcach – Rysiu, który „pokazywał”, jego siostrze Renacie, która chciała wyjść za Włocha, o Julce, której wujek wpychał język w usta, i Pawle, który wierzył, że stanie się normalny, gdy potrąci go samochód…
Opinie:
Grażyna Trela dała się poznać jako znakomita scenarzystka, teraz dostajemy do ręki jej powieściowy debiut, historię dla wszystkich, którzy mają ochotę zanurkować w mroczną, często absurdalną, podszytą erotycznym napięciem peerelowską przeszłość.
Sławomir Shuty
Fragment:
Rozdział 3.
Rysio leżał na łóżku, wpatrując się w sufit, po którym wędrował mizerny karaluch, i myślał o tym, co będzie teraz robił. Znajdzie jakąś pracę, będzie miał forsę, będzie normalnie żył na wolności. Wolność była najważniejsza. Pewnie nigdy by sobie tego nie uświadomił, gdyby nie pobyt za murami. Teraz już wiedział, że może robić cokolwiek, ale musi sam o sobie stanowić, być dla siebie jedynym szefem. Zastanawiał się, od czego zacząć i tak się tym zmęczył, że w końcu zasnął. Obudził go gwałtowny łomot. Poderwał się, przerażony. Podszedł do drzwi i je uchylił. Nikogo. Już miał je zamknąć, kiedy zza rogu wypadł z wrzaskiem zarośnięty łeb.
– Co jest Rysiu? Kolegi nie zapraszasz? – odezwał się Benio i wlazł do mieszkania, poszerzając sobie wejście kopem.
A potem podarował Rysiowi skórzaną kurtkę na nową drogę życia. Nie była to nówka, miała trochę plam, ale Benio dołączył do niej farbkę, żeby sobie Rysio te plamy zamalował. A do tego jeszcze butelkę rozpuszczalnika, gdyby Rysiowi ręka zadrżała i trzeba było coś zmyć. Ale zanim wręczył mu tę butelkę, odlał z niej trochę do dwóch półlitrowych garnuszków. Rysio odsunął się z obrzydzeniem.
– Nie chrzań! – Benio odezwał się niecierpiącym sprzeciwu tonem.
A potem było już pięknie. Siedzieli z łbami w garnuszkach i wdychali rozpuszczalnik. Co chwila któryś się wynurzał, ale zaraz nurkował z powrotem. Oczy stawały się coraz bardziej mętne i przekrwione, a mózgi odklejały się od czaszek.
– Ależ mi ciebie Rysiu brakowało! – rozczulił się Benio i wycmokał kolegę, obśliniając mu oba policzki, aż Rysio musiał się wycierać.
Benio chciał Rysiowi nieba przychylić na tej wolności i uszczęśliwić go totalnie. Wyciągnął z kieszeni banknot, porysowany ruskim piórem kulkowym, czyli długopisem, i podstawił Rysiowi pod nos.
– Czujesz? – zapytał ze znaczącą miną.
Rysio powąchał banknot i przecząco pokręcił głową. Benio protekcjonalnie trącił go w tył głowy i podsunął mu banknot pod oczy.
– Czytaj! – rozkazał.
Rysio przyjrzał się z bliska.
– Ciągnie… – Nie mógł odcyfrować.
Benio czekał cierpliwie.
– Ciągnie… Co? – zdziwił się Rysio.
– No czytaj, czytaj! – ponaglił go Benio.
– Ciągnie z połykiem.
– No. Jakby co, to wiesz… – Benio postukał palcem w adres, także zapisany na banknocie.
Z ulicą i numerem mieszkania. Żeby poszło w ludzi. Benio schował banknot głęboko do kieszeni i sprawdził, czy dobrze leży.
– Jak to: „ciągnie”? – Rysio popatrzył na Benia zamglonym wzrokiem.
Benio tylko pogłaskał kumpla po głowie.
– A, niech stracę! – powiedział w końcu. Z nabożnością wyjął banknot i oddał go Rysiowi. – Na zdrowie.
Rysio uśmiechnął się od ucha do ucha, bo forsa zawsze się przyda, ale wciąż nie rozumiał, o co chodzi. Zniecierpliwiony Benio z palców jednej dłoni zrobił kółko, łącząc czubek wskazującego palca z czubkiem kciuka, i wsunął w nie wskazujący palec drugiej. Rysio wciąż jednak patrzył na kolegę cielęcym wzrokiem.
– Ech… – westchnął Benio i kilkukrotnie przesunął palec przez dziurę. W tę i z powrotem.
Wsuwał go i wysuwał, sprawdzając, czy Rysio załapał. Ale ten nic. Tylko skupił się bardziej na poruszającym się palcu.
– Eee – żachnął się Benio, ale dalej tłumaczył cierpliwie. Tym razem wykonując ręką coraz szybsze ruchy z góry na dół w okolicy krocza.
Rysio zaczerwienił się, bo dopiero teraz zrozumiał, jaki prezent dostał od kolegi.
– Nie chcę! – pisnął.
– Nie chrzań! – skarcił go Benio. – Tylko musisz sobie jeszcze dziary zrobić.
– Po co? – Rysio popiskiwał coraz mniej zdecydowanie.
– Żeby nie wyglądać jak frajer.
Rysio zamierzał zaprotestować, ale nie zdążył, bo Benio otoczył go opiekuńczym ramieniem.
– Wiem, czego ci trzeba. I w oryginalnym miejscu będzie.
Rozdział 4.
Coś wciąga mnie w te zapiski, w te pudła, puszki, zakamarki, w całą tę peerelowską otchłań. Przeglądam przedmioty, których od lat nie widziałam, nie dotykałam. Wśród nich jakiś pierścionek. Coś mi się przypomina, jak przez mgłę. „Nie liczyć na to, że się znajdzie czarodziejski pierścień...”. Już wiem.
Flashback.
Jak byłam małą dziewczynką wierzyłam, że znajdę w lesie magiczny pierścień, a kiedy włożę go na palec i kilkukrotnie przekręcę, wypowiadając życzenie, ono na pewno się spełni. Podczas spacerów z rodzicami zawsze szukałam w lesie tego pierścienia. Raz nawet znalazłam; wisiał na gałęzi drzewa. Ale okazało się, że jest odpustowy i czary wcale nie działają. W dodatku obok leżała butelka po winie i jakieś części garderoby, ze slipami włącznie. Nie traciłam jednak nadziei na znalezienie właściwej biżuterii, całując tymczasem napotkane żaby, ale tylko te ładne, zielone, nadrzewne, i wierząc, że zamienią się w królewicza. W końcu matka przestała mi czytać bajki, żeby mi się światy nie pomieszały. Ale wszystko, co zdarza się pięciolatkom, miesza się z baśnią. Bo wszystko jest nowe. Pierwszy raz usłyszałam wtedy bajkę o Smoku Wawelskim i pierwszy raz zobaczyłam potwora w postaci wielkiej krowy. Albo ogromną lokomotywę w kłębach pary, zataczającego się pijaka, ryczący klaksonem samochód i kolorowego ptaka. W klatce.
Format: 125mm x 195mm
Liczba stron: 280
Oprawa: miękka











