Autor: Stefania Grodzieńska
Tytuł: Kłania się PRL
– Naprawdę myślisz, że kogoś to jeszcze dziś może zainteresować?– pyta Stefania z powątpiewaniem w głosie. – Te starocie?
– Oczywiście! – mówię po chwili zdumionego milczenia. – Oczywiście,że tak!
Ale czy „zainteresowanie” jest właściwym słowem, określającym uczucia towarzyszące lekturze felietonów, humoresek i skeczy Stefanii z lat 40., 50. i 60.? Tak, ale nie tylko. Dla mnie ta lektura to i dobry humor, i wzruszenie, i nostalgia, a czasem i serdeczny śmiech. To słodko-korzenny zapach pożółkłych kartek książek, które podbierałem z półek rodziców i pochłaniałem w dzieciństwie bez umiaru. To świadectwo istnienia, zapis krótkiej, dziwacznej epoki, która trwała w naszym kraju przez kilka dziesięcioleci, a teraz nieuchronnie, coraz szybciej odchodzi w niepamięć. Często zastanawiałem się jak to możliwe, że pokolenie ludzi, którzy przeżyli traumę wojny wydało tylu wspaniałych satyryków. Jak to możliwe, że polski czas powojenny – ponury, mroczny i orwellowski – przyniósł tyle niedoścignionych humorystycznych rodzynek? Kabaret Starszych Panów i piosenki Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, Piwnica Pod Baranami Piotra Skrzyneckiego, felietony Stefanii Grodzieńskiej, książki Joanny Chmielewskiej, role Ireny Kwiatkowskiej, filmy Stanisława Barei... Niedoścignione przykłady wyrafinowanego i rubasznego;
subtelnego i podawanego wprost poczucia humoru, które– choć odnosiło się do raczej siermiężnej rzeczywistości – nigdy nie miało w sobie goryczy. Nigdy. A przecież Ci ludzie, którzy najpierw przez niemal sześć lat doświadczali końca świata, a później żyli w świecie nowym, opartym na niesprawiedliwości i fałszu, mieli prawo, ba, nawet powinni zgorzknieć. Być może spirala absurdu, jakiego doświadczali, skręciła się tak mocno, że nie pozostawało już nic innego jak tylko się z niej śmiać. Zakazy, cenzura, narzucone odgórnie „jedynie słuszne” poglądy stawały się wyzwaniem – kusiły i prowokowały do gry w kotka i myszkę.
Teksty Stefanii Grodzieńskiej zamieszczone w tym tomie to właśnie przykłady takiej zabawy – pozornie lekkie i zabawne trafiają w cel i wbijają szpilki w najróżniejsze i najbardziej delikatne „organy” władzy. Stefania – również tancerka – w swoich literackich piruetach ot, niby niechcący, ale z pełną premedytacją rozdaje kopniaki prosto w siedzenia prominentów z wzorowym robotniczo-chłopskim rodowodem; rozdętych poczuciem władzy sprzedawczyń i urzędników. Takie kopniaki – wymierzone stopą obutą w baletkę – choć nie mogły wytrącić z równowagi stołków, na których zasiadały ofiary, potrafiły zranić boleśnie ich ego. Ale felietony Stefanii Grodzieńskiej to nie tylko dowód błyskotliwego poczucia humoru. Dziś nabierają już wartości historycznej. W krótkich historyjkach i we fleszach dialogów znajdziemy obraz zwykłej polskiej codzienności sprzed kilkudziesięciu lat. Nie tej podziemnej i walczącej,
i nie tej propagandowej, utrwalonej w Polskich Kronikach Filmowych – ale po prostu zwykłej, szarej rzeczywistości przeciętnych obywateli. Kolejki w sklepach MHD, życie w kwaterunkowych, tuż-powojennych mieszkaniach-kołchozach, przedsiębiorcze podróże na „dziki zachód” Ziem Odzyskanych, perypetie w punktach usługowych, znój urlopu made in PRL, walki na pocztach, w kinach, teatrach i wreszczcie – w urzędach. Prawdziwy „smak” tamtych czasów uważny czytelnik odnajdzie jednak nie tyle w opisach, ile w samym języku, jakim posługuje się Stefania Grodzieńska – języku niedzisiejszym, bo dokładnym, celnym, czystym i eleganckim. Języku przedwojennej inteligentki, która, wtłoczona w świat rządzony przez proletariat, z tego języka uczyniła swoją broń.
Kiedy wybrałem teksty do tej książki, zaniosłem wydruki Stefanii Grodzieńskiej i poprosiłem o akceptację. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie.
– Wiesz, nie mam pojęcia czy to dobre czy złe. Zrób co uważasz, ja to wszystko znam zbyt dobrze. Nie mam dystansu. Wy, którzy po tę książkę sięgacie dziś, siłą rzeczy macie do „tego
wszystkiego” dystans – dystans epoki. A czy dziś tamta rzeczywistość, opisywana przez Stefanię, budzi grozę, uśmiech, czy może nostalgię, oceńcie sami.
Zatem kurtyna w górę – kłania się PRL.
Marcin Szczygielski
FRAGMENT
Z Januszem Minkiewiczem
TAJEMNICZE PUDEŁKO
– Jestem w okropnym kłopocie. Przyszłam, może mi ktoś poradzi... Mam pudełko zapałek...
Ale zacznę od początku. Rok temu kupiłam zapałki i zauważyłam, że na pudełku jest napis: „Hoduj króliki, uzyskasz mięso i futro.” Ucieszyłam się, że mogę uzyskać mięso i futro stosując się jednocześnie do życzenia poważnych zapewne osób, które skomponowały to hasło.
Zakupiłam parę królików i zaczęłam je z miejsca hodować. Na następnym pudełku, które kupiłam, było: „Obywatelu zbierz odnieś sprzedaj złom metali nieżelaznych”. W przeciwieństwie do tego tajemniczego pudełka, które mam tu w ręku, wszystko było jasne: cóż może być prostszego niż zebrać odnieść sprzedać złom metali nieżelaznych, jednocześnie hodując króliki, których zrobiło się osiem.
Na następnym pudełku było: „Pij mleko świeżo przegotowane”. Małe dziecko potrafi! Napiłam się mleka świeżo przegotowanego, oczywiście zrobiłam, co trzeba z tym tam złomem metali nieżelaznych i bez żadnych trudności nakarmiłam króliki, których już było 64.
Na następnym pudełku prosili: „Szukajmy stonki ziemniaczanej.” Dlaczego nie? Szukajmy to szukajmy! Stonka – to stonka, mleko – to mleko, złom – to złom, króliki – to króliki!
Przynajmniej wiadomo, o co chodzi — nie tak jak na tym pudełku...
Na następnych zapałkach był nawet wierszyk: „Z pryszczycy nic nie zostanie, jeśli zastosujesz częste odkażanie”.
(podśpiewuje)
odkażałam cały dzionek
poszukując wszędzie stonek,
piłam mleko gotowane,
potem tłukłam łbem o ścianę
i odniosłam do centrali
nieżelaznych złom metali,
aż orzekli w Pogotowiu,
żem stuknięta jest na zdrowiu...
Na zdrowiu? Jak na zdrowiu, to specjalnie kupiłam pudełko z napisem: „dbaj o zdrowie”. A co trzeba zrobić, żeby dbać o zdrowie, zdaniem pudełka zapałek? – Myć owoce! Nawet ładne hasło: „Dbaj o zdrowie myj owoce”.
Chcąc zadbać o zdrowie umyłam na początek 20 kilo jabłek, 15 kilo gruszek i dwie duże dynie. Mimo to ból gardła mi nie przeszedł. A więcej owoców nie zdążyłam umyć, bo musiałam jeszcze odkazić, poszukać, napić się, zebrać, odnieść, sprzedać i nakarmić 4832 króliki.
A na następnym pudełku było: „Rolniku kontraktuj cielęta”. Rolniku – do mnie mówią! Jaki ja tam rolnik! Ale zakontraktowałam jedno cielę. Zebrałam zdrowie, zastosowałam owoce, sprzedałam mleko, wypiłam złom, nakarmiłam stonkę, odkaziłam 6000 królików. Ale to wszystko nic przy tym pudełku.
Potem było: „Zwalczajmy słodyszka na rzepaku”. Kupiłam rzepaku, żeby mieć, na czym zwalczać słodyszka. Rzepak dostałam, ale gdzie teraz mam kupić słodyszka, żeby mieć, co zwalczać na tym rzepaku? Zwłaszcza, że mam jeszcze na głowie umyte cielę, świeżo przegotowany złom, odkażoną stonkę i 8240 królików, przeze mnie powołanych do życia. Ale za to jak wesoło w mieszkaniu! Cielę zwalcza stonkę, słodyszek gryzie cielę, króliki źrą słodyszka, mleko wylało się na króliki, owoce wpadły do mleka, stonka tępi owoce, a ja śpię na schodach! Na kupie metali nieżelaznych!
I dziś pełna radosnego oczekiwania kupiłam nowe pudełko zapałek. Jakie nowe zadanie wyznaczy mi tym razem Polski Przemysł Zapałczany? Jaką radą mi posłuży? Co wskaże? Co zarządzi? Przeczytałam i włosy stanęły mi na głowie. Na pudełku jest napis: „Przeciętnie 48 zapałek impregnowanych”. I jak teraz zgadnąć, czego oni ode mnie chcą?
CZERWONE ŚWIATŁO
Pierwsze dwa kroki zrobiłam z roztargnienia. Po prostu nie zauważyłam.
– Oczów widać nie ma – wytłumaczył ktoś i to mnie przywróciło do przytomności.
Paliło się czerwone światło. Z dwóch stron jezdni stał nieruchomy tłum. Tylko ja jedna znajdowałam się już o półtora metra od chodnika. Sama. Jak solistka w balecie na tle całego zespołu, zastygłego w „tableau vivant”. Chciałam się cofnąć, ale kilkadziesiąt par oczu patrzyło na mnie z mieszaniną pogardy i zazdrości. Musiałam wyciągnąć konsekwencje. Ruszyłam dalej przed siebie. Jakiś kierowca zahamował gwałtownie i wrzasnął:
– Czerwone świci, ślepa komendo!
Jakiś motocyklista wyminął mnie o włos i zawołał:
– Wjadzie człowiek w trąbę i potem będzie odpowiadał!
Tłum przyglądał mi się z coraz życzliwszym zainteresowaniem, a ja rosłam z każdym krokiem. Coraz mocniej wierzyłam, że wyszłam na jezdnię nie z gapiostwa. Lecz powodowana chęcią buntu przeciw szarzyźnie życia.
Ech, wy barany – myślałam – byle czerwone światło i stoją. A kto to światło pali? Pan Bóg? Nie, zwykły facet pali. Taki jak ja albo gorszy.
I szyłam jak żywy protest przeciw ograniczaniu wolności.
Weszłam na przeciwległy chodnik. Tłum rozstąpił się,
– Babka, a jak chuligan – pochwalił ktoś.
Światło się zmieniło i wszyscy ruszyli zapominając o mnie, bohaterce pięćdziesięciu sekund.
Ruch o tej porze był wielki. Popłynęłam z potokiem śpieszących z pracy. Powoli wracało mi dobre uczucie przynależności do społeczeństwa. Ciepła przyjemność z niewyróżniania się. Nie jestem ani bogaciej, ani biedniej ubrana, nie idę za prędko ani za wolno.
Milicjant wypatrywał przechodzących w nieprawidłowym miejscu. Na jego widok ogarnęło mnie wzniosłe poczucie legalności. Dowód osobisty mam przy sobie, jestem zameldowana, obywatelstwo poświadczone, nie budzę zgorszenia zachowaniem ani ubraniem. Nie wznoszę okrzyków. Jestem zatrudniona w instytucji państwowej, adres miejsca pracy podam na żądanie. Mogę patrzyć na milicjanta jak na przyjaciela i obrońcę, a nie jak na wroga.
Wtem szarpnęła mną nagła myśl. Przed chwilą przekroczyłam przepisy. Wystąpiłam przeciw porządkowi. Sprzeciwiłam się prawo. Błogie uczucie opuściło mnie. Po co, ach, po co to zrobiłam? Gdybym się była cofnęła po pierwszych dwóch krokach – no trudno, każdy może się zamyślić, nie ma w tym jeszcze nic złego. Oczywiście. Trzeba było się cofnąć z uśmiechem zażenowania i odezwać się w przestrzeń: „Takie czasy, że człowiek nie wie, co się z nim dzieje”.
Gdybym tak postąpiła, mogłabym teraz spojrzeć milicjantowi prosto w oczy, uścisnąć mu spracowaną rękę i powiedzieć: „Ciężka służba w obronie porządku, co? A on spojrzałby na mnie porozumiewawczo i odpowiedziałby:, „Co robić”.
A tak nic z tego. W ciągu pięćdziesięciu sekund przeszłam na drugą stronę, barykady. Opowiedziałam się za chuliganami, przestępcami, zakłócicielami. Przewinienie być może drobne, ale od czegoś trzeba zacząć.
Postanowiłam zmyć z siebie plamę. Podeszłam do milicjanta. Zasalutował. Biedak. Jeszcze nie wiedział.
– Przeszłam przez jezdnię pod czerwonym światłem – szepnęłam, opuszczając oczy.
– I co się stało? – zainteresował się żywo.
– Nic się nie stało. Chce tylko przyznać się panu.
Milicjant przyjrzał mi się uważnie i po chwili wahania powiedział dobrotliwie:
– To nieładnie. Na drugi raz trzeba uważać.
– Kiedy to nie było tylko na skutek nieuwagi. Ja specjalnie przeszłam nieprzepisowo. Proszę mnie ukarać mandatem.
Milicjant przybrał urzędowy wyraz twarzy.
– Gdzie wykroczenie zaistniało i kto był świadkiem?
– Na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Z osiemdziesiąt osób było przy tym.
– Nazwisko i adres świadków.
– Nie znam.
– Proszę się dowiedzieć.
– Kiedy oni już się rozeszli.
– Trzeba było zatrzymać.
– Nie zorientowałam się tak od razu – wyjąkałam zawstydzona – co teraz robić?
– Ogłosić w gazecie. „Osoby, które były świadkami zajścia takiego a takiego w dniu takim a takim o godzinie tej a tej zgłoszą się tam a tam celem złożenia zeznań”.
– Takie ogłoszenie dużo kosztuje...
– No to co? Może ja mam zapłacić czy ja?
– Ależ nie, skądże znowu! Tylko nie wiem, czy ktoś się zgłosi, bo nie wszyscy zwrócili uwagę...
– To trzeba było wyraźniej przechodzić.
– Proszę, niech mi pan zaufa i ściągnie mandat na słowo!
– Ksiądz ufa. Milicja musi mieć dowody.
– Chociaż dziesięć złotych – żebrałam.
– Czy dziesięć złotych, czy sto, obywatelka nie decyduje. Ściągam, ile się należy. Ale wtedy, kiedy uznam wykroczenie za zaistniałe.
– Panie władzo – powiedziałam przez łzy – tak bym chciała być praworządna. Odpokutować. Zmyć.
– Ciężko będzie – westchnął milicjant i zastanowił się.
Nagle twarz mu się rozpromieniła.
– Niech obywatelka przejdzie nieprawidłowo w mojej obecności, to obywatelce policzę.
Pełna wdzięczności wyszłam na jezdnię w miejscu nie przeznaczonym dla pieszych.
Wypisując mandat, milicjant tłumaczył się:
– Niech obywatelka nie pomyśli, że jesteśmy biurokraci, ale w przeciwnym bądź razie co by to było: każdy może przyjść i powiedzieć – a to manko zrobiłem a to żonę zamordowałem, a to wagon zanieczyściłem. I wierz każdemu. Służba nasza już jest taka, że powodować się zaufaniem nie da rady.
Zapłaciłam mandat, podziękowałem pięknie i z lekkim sercem przeszłam nieprawidłowo na drugą stronę.
MIEJSCE PRACY
W barze mlecznym panował zwykły o tej porze ruch.
– Jajecznicę proszę odebrać! Ruskie pierogi! Ryż na mleku! – wykrzykiwała gniewnie brigitte bardot zza brudnego bufetu.
Stanęłam w kolejce.
– Cholera, człowiek się spieszy do pracy, a tu tyle narodu! – mruknął stojący przede mną tramwajarz.
–A panowie do kolejek nie przyzwyczajeni – kokieteryjnie podjęła niewiasta w średnim wieku – do picia kolejek prędzej, ale do stania to nie.
– Jak kto nic nie robi, to może sobie stać. A ja do roboty – rozżalił się tramwajarz.
– A pan myśli, że ja co? Dzisiaj kobita tak samo pracuje jak chłop. Jeszcze robotę mam, że niech to diabli.
– Pani, sama robota jak robota, ale ludzie najgorsi. Robić nie dadzą spokojnie. Tyle się mówi „człowiek pracy”, „człowiek pracy”, a nikt nie uszanuje.
– Gdzie tam! Odwrotnie, ten co się byczy, to najważniejszy. Taki, co nic nie robi, to mu się zaraz zdaje, że lepszy.
– Pewnie. Ja mam prace odpowiedzialną, państwo mnie zatrudnia, a każdy tylko by przeszkadzał.
– Ja tak samo, też tak zauważyłam. Nie chcą zrozumieć ludzie u nas, że wchodzą do miejsca pracy. Stosunku nie mają. Zachowanie niżej krytyki. Mówię nieraz: nie widzi pani, że tu się pracuje, ale gdzie tam! Taki naród.
– Nieraz to już z nerw wyjdę, szczerze pani powiem. „Niech pan zatrzyma”, „Niech pan wyda reszty”, „Co z tymi drzwiami” i tak w kółko.
A ja na to: „Nie mam czasu zatrzymywać”, „Drobne proszę”, „Nie jestem ślusarz, żebym wiedział, co z tymi drzwiami. To jest moje miejsce pracy i proszę mi głowy nie zawracać”. Bo ja konduktorem jestem w tramwaju.
– Zupełnie pana rozumiem, u mnie tak samo. „Pani pokaże ten szalik, nie ten. Tylko tamten”. A ja mówię: „Więc który, ten czy tamten, sama pani nie wie, czego pani chce”. Ale co ją to obchodzi, łazi po sklepach jedna z drugą, jej interes, że tu ktoś jest w pracy. No, nareszcie! Dla mnie chleb, masło, jajecznica i mleko.
– Albo tramwajem jeździ tam i nazad i myśli, że ważna. Dla mnie dwie bułki, masło, duże mleko. Nóż poproszę do masła.
– W smarowaniu – powiedziała lunatycznie brigitte bardot.
– A drugiego noża nie ma?
– Nie ma.
– Dlaczego?
– Bo nie ma. Niech pan się cieszy, że w ogóle jest. Jajecznica z dwóch!
– Ja chciałam z trzech – powiedziała niewiasta.
– Z dwóch albo z czterech. Nie może być z trzech.
– Dlaczego?
– Jezus Maria, dlaczego i dlaczego. Każdy „dlaczego”. Bo nie i już. W kalkulacji tak nam wygodniej.
– Łyżeczka tłusta – wtrącił tramwajarz.
– Oj panie, niech pani mi przestanie głowę zawracać! Nie widzi pan, że jestem w pracy! Co za ludzie naprawdę!
Jajecznicę z trzech jaj im dawaj, łyżeczki im myj, nie mają co robić, to się nudzą i pracującemu przeszkadzają.
– A co nas to obchodzi – huknął tramwajarz – pani od tego tu jest, żeby nas obsłużyć!
Uznałam za stosowne wkroczyć.
– Państwo pozwolą – odezwałam się grzecznie – ja, satyryk, zjawiam się jak deus ex machina. Otóż nieraz zastanawiamy się wszyscy nad przejawami naszego życia, które określamy obrazo: „u nas wszystko stoi na głowie”. Wszystko? Czyżby! A na rekach już nic nie stoi? A na rzęsach już nic nie chodzi? Powiedzmy kompromisowo: coś niecoś gdzieniegdzie stoi na głowie. Ambicją satyryka jest gmeranie w przejawach, dłubanie w niedociągnięciach i grzebanie w przegięciach. Tudzież wyciąganie wniosków z zaobserwowanych scen obyczajowych. Proponuję, więc w tramwajach wywiesić napisy: „Uwaga, miejsce pracy motorniczego i konduktora. Wysiadać, kiedy im to odpowiada, nie zawracać głowy, nie jeździć tyle”. W sklepach: „Miejsce pracy sprzedawczyń. Brać, co dadzą, nie przeszkadzać, jak najmniej kupować”.
– Dobry wniosek – pochwalili mnie sąsiedzi z kolejki – przynajmniej spokój będzie i szacunek dla ludzkiej pracy.
I wszystko byłoby pięknie, gdybym nie zauważyła skrzywienia na twarzach moich czytelników. Zdaje się, że Wam się to opowiadanie nie podoba... A, przepraszam, co państwo w tej chwili robią? Przepraszam za wyrażenie, byczą się państwo, tak? Opowiadania satyryczne się czyta, tak? Znamy takich, co mają czas na takie głupstwa! Proszę się nie mądrzyć! To jest moje miejsce pracy. Nie piszę dla Waszej przyjemności.
Objętość: 328 stron
Oprawa: miękka
Format: 138 mm x 205 mm
Cena: 34,90 zł
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki
Tytuł: Kłania się PRL
– Naprawdę myślisz, że kogoś to jeszcze dziś może zainteresować?– pyta Stefania z powątpiewaniem w głosie. – Te starocie?
– Oczywiście! – mówię po chwili zdumionego milczenia. – Oczywiście,że tak!
Ale czy „zainteresowanie” jest właściwym słowem, określającym uczucia towarzyszące lekturze felietonów, humoresek i skeczy Stefanii z lat 40., 50. i 60.? Tak, ale nie tylko. Dla mnie ta lektura to i dobry humor, i wzruszenie, i nostalgia, a czasem i serdeczny śmiech. To słodko-korzenny zapach pożółkłych kartek książek, które podbierałem z półek rodziców i pochłaniałem w dzieciństwie bez umiaru. To świadectwo istnienia, zapis krótkiej, dziwacznej epoki, która trwała w naszym kraju przez kilka dziesięcioleci, a teraz nieuchronnie, coraz szybciej odchodzi w niepamięć. Często zastanawiałem się jak to możliwe, że pokolenie ludzi, którzy przeżyli traumę wojny wydało tylu wspaniałych satyryków. Jak to możliwe, że polski czas powojenny – ponury, mroczny i orwellowski – przyniósł tyle niedoścignionych humorystycznych rodzynek? Kabaret Starszych Panów i piosenki Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, Piwnica Pod Baranami Piotra Skrzyneckiego, felietony Stefanii Grodzieńskiej, książki Joanny Chmielewskiej, role Ireny Kwiatkowskiej, filmy Stanisława Barei... Niedoścignione przykłady wyrafinowanego i rubasznego;
subtelnego i podawanego wprost poczucia humoru, które– choć odnosiło się do raczej siermiężnej rzeczywistości – nigdy nie miało w sobie goryczy. Nigdy. A przecież Ci ludzie, którzy najpierw przez niemal sześć lat doświadczali końca świata, a później żyli w świecie nowym, opartym na niesprawiedliwości i fałszu, mieli prawo, ba, nawet powinni zgorzknieć. Być może spirala absurdu, jakiego doświadczali, skręciła się tak mocno, że nie pozostawało już nic innego jak tylko się z niej śmiać. Zakazy, cenzura, narzucone odgórnie „jedynie słuszne” poglądy stawały się wyzwaniem – kusiły i prowokowały do gry w kotka i myszkę.
Teksty Stefanii Grodzieńskiej zamieszczone w tym tomie to właśnie przykłady takiej zabawy – pozornie lekkie i zabawne trafiają w cel i wbijają szpilki w najróżniejsze i najbardziej delikatne „organy” władzy. Stefania – również tancerka – w swoich literackich piruetach ot, niby niechcący, ale z pełną premedytacją rozdaje kopniaki prosto w siedzenia prominentów z wzorowym robotniczo-chłopskim rodowodem; rozdętych poczuciem władzy sprzedawczyń i urzędników. Takie kopniaki – wymierzone stopą obutą w baletkę – choć nie mogły wytrącić z równowagi stołków, na których zasiadały ofiary, potrafiły zranić boleśnie ich ego. Ale felietony Stefanii Grodzieńskiej to nie tylko dowód błyskotliwego poczucia humoru. Dziś nabierają już wartości historycznej. W krótkich historyjkach i we fleszach dialogów znajdziemy obraz zwykłej polskiej codzienności sprzed kilkudziesięciu lat. Nie tej podziemnej i walczącej,
i nie tej propagandowej, utrwalonej w Polskich Kronikach Filmowych – ale po prostu zwykłej, szarej rzeczywistości przeciętnych obywateli. Kolejki w sklepach MHD, życie w kwaterunkowych, tuż-powojennych mieszkaniach-kołchozach, przedsiębiorcze podróże na „dziki zachód” Ziem Odzyskanych, perypetie w punktach usługowych, znój urlopu made in PRL, walki na pocztach, w kinach, teatrach i wreszczcie – w urzędach. Prawdziwy „smak” tamtych czasów uważny czytelnik odnajdzie jednak nie tyle w opisach, ile w samym języku, jakim posługuje się Stefania Grodzieńska – języku niedzisiejszym, bo dokładnym, celnym, czystym i eleganckim. Języku przedwojennej inteligentki, która, wtłoczona w świat rządzony przez proletariat, z tego języka uczyniła swoją broń.
Kiedy wybrałem teksty do tej książki, zaniosłem wydruki Stefanii Grodzieńskiej i poprosiłem o akceptację. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie.
– Wiesz, nie mam pojęcia czy to dobre czy złe. Zrób co uważasz, ja to wszystko znam zbyt dobrze. Nie mam dystansu. Wy, którzy po tę książkę sięgacie dziś, siłą rzeczy macie do „tego
wszystkiego” dystans – dystans epoki. A czy dziś tamta rzeczywistość, opisywana przez Stefanię, budzi grozę, uśmiech, czy może nostalgię, oceńcie sami.
Zatem kurtyna w górę – kłania się PRL.
Marcin Szczygielski
FRAGMENT
Z Januszem Minkiewiczem
TAJEMNICZE PUDEŁKO
– Jestem w okropnym kłopocie. Przyszłam, może mi ktoś poradzi... Mam pudełko zapałek...
Ale zacznę od początku. Rok temu kupiłam zapałki i zauważyłam, że na pudełku jest napis: „Hoduj króliki, uzyskasz mięso i futro.” Ucieszyłam się, że mogę uzyskać mięso i futro stosując się jednocześnie do życzenia poważnych zapewne osób, które skomponowały to hasło.
Zakupiłam parę królików i zaczęłam je z miejsca hodować. Na następnym pudełku, które kupiłam, było: „Obywatelu zbierz odnieś sprzedaj złom metali nieżelaznych”. W przeciwieństwie do tego tajemniczego pudełka, które mam tu w ręku, wszystko było jasne: cóż może być prostszego niż zebrać odnieść sprzedać złom metali nieżelaznych, jednocześnie hodując króliki, których zrobiło się osiem.
Na następnym pudełku było: „Pij mleko świeżo przegotowane”. Małe dziecko potrafi! Napiłam się mleka świeżo przegotowanego, oczywiście zrobiłam, co trzeba z tym tam złomem metali nieżelaznych i bez żadnych trudności nakarmiłam króliki, których już było 64.
Na następnym pudełku prosili: „Szukajmy stonki ziemniaczanej.” Dlaczego nie? Szukajmy to szukajmy! Stonka – to stonka, mleko – to mleko, złom – to złom, króliki – to króliki!
Przynajmniej wiadomo, o co chodzi — nie tak jak na tym pudełku...
Na następnych zapałkach był nawet wierszyk: „Z pryszczycy nic nie zostanie, jeśli zastosujesz częste odkażanie”.
(podśpiewuje)
odkażałam cały dzionek
poszukując wszędzie stonek,
piłam mleko gotowane,
potem tłukłam łbem o ścianę
i odniosłam do centrali
nieżelaznych złom metali,
aż orzekli w Pogotowiu,
żem stuknięta jest na zdrowiu...
Na zdrowiu? Jak na zdrowiu, to specjalnie kupiłam pudełko z napisem: „dbaj o zdrowie”. A co trzeba zrobić, żeby dbać o zdrowie, zdaniem pudełka zapałek? – Myć owoce! Nawet ładne hasło: „Dbaj o zdrowie myj owoce”.
Chcąc zadbać o zdrowie umyłam na początek 20 kilo jabłek, 15 kilo gruszek i dwie duże dynie. Mimo to ból gardła mi nie przeszedł. A więcej owoców nie zdążyłam umyć, bo musiałam jeszcze odkazić, poszukać, napić się, zebrać, odnieść, sprzedać i nakarmić 4832 króliki.
A na następnym pudełku było: „Rolniku kontraktuj cielęta”. Rolniku – do mnie mówią! Jaki ja tam rolnik! Ale zakontraktowałam jedno cielę. Zebrałam zdrowie, zastosowałam owoce, sprzedałam mleko, wypiłam złom, nakarmiłam stonkę, odkaziłam 6000 królików. Ale to wszystko nic przy tym pudełku.
Potem było: „Zwalczajmy słodyszka na rzepaku”. Kupiłam rzepaku, żeby mieć, na czym zwalczać słodyszka. Rzepak dostałam, ale gdzie teraz mam kupić słodyszka, żeby mieć, co zwalczać na tym rzepaku? Zwłaszcza, że mam jeszcze na głowie umyte cielę, świeżo przegotowany złom, odkażoną stonkę i 8240 królików, przeze mnie powołanych do życia. Ale za to jak wesoło w mieszkaniu! Cielę zwalcza stonkę, słodyszek gryzie cielę, króliki źrą słodyszka, mleko wylało się na króliki, owoce wpadły do mleka, stonka tępi owoce, a ja śpię na schodach! Na kupie metali nieżelaznych!
I dziś pełna radosnego oczekiwania kupiłam nowe pudełko zapałek. Jakie nowe zadanie wyznaczy mi tym razem Polski Przemysł Zapałczany? Jaką radą mi posłuży? Co wskaże? Co zarządzi? Przeczytałam i włosy stanęły mi na głowie. Na pudełku jest napis: „Przeciętnie 48 zapałek impregnowanych”. I jak teraz zgadnąć, czego oni ode mnie chcą?
CZERWONE ŚWIATŁO
Pierwsze dwa kroki zrobiłam z roztargnienia. Po prostu nie zauważyłam.
– Oczów widać nie ma – wytłumaczył ktoś i to mnie przywróciło do przytomności.
Paliło się czerwone światło. Z dwóch stron jezdni stał nieruchomy tłum. Tylko ja jedna znajdowałam się już o półtora metra od chodnika. Sama. Jak solistka w balecie na tle całego zespołu, zastygłego w „tableau vivant”. Chciałam się cofnąć, ale kilkadziesiąt par oczu patrzyło na mnie z mieszaniną pogardy i zazdrości. Musiałam wyciągnąć konsekwencje. Ruszyłam dalej przed siebie. Jakiś kierowca zahamował gwałtownie i wrzasnął:
– Czerwone świci, ślepa komendo!
Jakiś motocyklista wyminął mnie o włos i zawołał:
– Wjadzie człowiek w trąbę i potem będzie odpowiadał!
Tłum przyglądał mi się z coraz życzliwszym zainteresowaniem, a ja rosłam z każdym krokiem. Coraz mocniej wierzyłam, że wyszłam na jezdnię nie z gapiostwa. Lecz powodowana chęcią buntu przeciw szarzyźnie życia.
Ech, wy barany – myślałam – byle czerwone światło i stoją. A kto to światło pali? Pan Bóg? Nie, zwykły facet pali. Taki jak ja albo gorszy.
I szyłam jak żywy protest przeciw ograniczaniu wolności.
Weszłam na przeciwległy chodnik. Tłum rozstąpił się,
– Babka, a jak chuligan – pochwalił ktoś.
Światło się zmieniło i wszyscy ruszyli zapominając o mnie, bohaterce pięćdziesięciu sekund.
Ruch o tej porze był wielki. Popłynęłam z potokiem śpieszących z pracy. Powoli wracało mi dobre uczucie przynależności do społeczeństwa. Ciepła przyjemność z niewyróżniania się. Nie jestem ani bogaciej, ani biedniej ubrana, nie idę za prędko ani za wolno.
Milicjant wypatrywał przechodzących w nieprawidłowym miejscu. Na jego widok ogarnęło mnie wzniosłe poczucie legalności. Dowód osobisty mam przy sobie, jestem zameldowana, obywatelstwo poświadczone, nie budzę zgorszenia zachowaniem ani ubraniem. Nie wznoszę okrzyków. Jestem zatrudniona w instytucji państwowej, adres miejsca pracy podam na żądanie. Mogę patrzyć na milicjanta jak na przyjaciela i obrońcę, a nie jak na wroga.
Wtem szarpnęła mną nagła myśl. Przed chwilą przekroczyłam przepisy. Wystąpiłam przeciw porządkowi. Sprzeciwiłam się prawo. Błogie uczucie opuściło mnie. Po co, ach, po co to zrobiłam? Gdybym się była cofnęła po pierwszych dwóch krokach – no trudno, każdy może się zamyślić, nie ma w tym jeszcze nic złego. Oczywiście. Trzeba było się cofnąć z uśmiechem zażenowania i odezwać się w przestrzeń: „Takie czasy, że człowiek nie wie, co się z nim dzieje”.
Gdybym tak postąpiła, mogłabym teraz spojrzeć milicjantowi prosto w oczy, uścisnąć mu spracowaną rękę i powiedzieć: „Ciężka służba w obronie porządku, co? A on spojrzałby na mnie porozumiewawczo i odpowiedziałby:, „Co robić”.
A tak nic z tego. W ciągu pięćdziesięciu sekund przeszłam na drugą stronę, barykady. Opowiedziałam się za chuliganami, przestępcami, zakłócicielami. Przewinienie być może drobne, ale od czegoś trzeba zacząć.
Postanowiłam zmyć z siebie plamę. Podeszłam do milicjanta. Zasalutował. Biedak. Jeszcze nie wiedział.
– Przeszłam przez jezdnię pod czerwonym światłem – szepnęłam, opuszczając oczy.
– I co się stało? – zainteresował się żywo.
– Nic się nie stało. Chce tylko przyznać się panu.
Milicjant przyjrzał mi się uważnie i po chwili wahania powiedział dobrotliwie:
– To nieładnie. Na drugi raz trzeba uważać.
– Kiedy to nie było tylko na skutek nieuwagi. Ja specjalnie przeszłam nieprzepisowo. Proszę mnie ukarać mandatem.
Milicjant przybrał urzędowy wyraz twarzy.
– Gdzie wykroczenie zaistniało i kto był świadkiem?
– Na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Z osiemdziesiąt osób było przy tym.
– Nazwisko i adres świadków.
– Nie znam.
– Proszę się dowiedzieć.
– Kiedy oni już się rozeszli.
– Trzeba było zatrzymać.
– Nie zorientowałam się tak od razu – wyjąkałam zawstydzona – co teraz robić?
– Ogłosić w gazecie. „Osoby, które były świadkami zajścia takiego a takiego w dniu takim a takim o godzinie tej a tej zgłoszą się tam a tam celem złożenia zeznań”.
– Takie ogłoszenie dużo kosztuje...
– No to co? Może ja mam zapłacić czy ja?
– Ależ nie, skądże znowu! Tylko nie wiem, czy ktoś się zgłosi, bo nie wszyscy zwrócili uwagę...
– To trzeba było wyraźniej przechodzić.
– Proszę, niech mi pan zaufa i ściągnie mandat na słowo!
– Ksiądz ufa. Milicja musi mieć dowody.
– Chociaż dziesięć złotych – żebrałam.
– Czy dziesięć złotych, czy sto, obywatelka nie decyduje. Ściągam, ile się należy. Ale wtedy, kiedy uznam wykroczenie za zaistniałe.
– Panie władzo – powiedziałam przez łzy – tak bym chciała być praworządna. Odpokutować. Zmyć.
– Ciężko będzie – westchnął milicjant i zastanowił się.
Nagle twarz mu się rozpromieniła.
– Niech obywatelka przejdzie nieprawidłowo w mojej obecności, to obywatelce policzę.
Pełna wdzięczności wyszłam na jezdnię w miejscu nie przeznaczonym dla pieszych.
Wypisując mandat, milicjant tłumaczył się:
– Niech obywatelka nie pomyśli, że jesteśmy biurokraci, ale w przeciwnym bądź razie co by to było: każdy może przyjść i powiedzieć – a to manko zrobiłem a to żonę zamordowałem, a to wagon zanieczyściłem. I wierz każdemu. Służba nasza już jest taka, że powodować się zaufaniem nie da rady.
Zapłaciłam mandat, podziękowałem pięknie i z lekkim sercem przeszłam nieprawidłowo na drugą stronę.
MIEJSCE PRACY
W barze mlecznym panował zwykły o tej porze ruch.
– Jajecznicę proszę odebrać! Ruskie pierogi! Ryż na mleku! – wykrzykiwała gniewnie brigitte bardot zza brudnego bufetu.
Stanęłam w kolejce.
– Cholera, człowiek się spieszy do pracy, a tu tyle narodu! – mruknął stojący przede mną tramwajarz.
–A panowie do kolejek nie przyzwyczajeni – kokieteryjnie podjęła niewiasta w średnim wieku – do picia kolejek prędzej, ale do stania to nie.
– Jak kto nic nie robi, to może sobie stać. A ja do roboty – rozżalił się tramwajarz.
– A pan myśli, że ja co? Dzisiaj kobita tak samo pracuje jak chłop. Jeszcze robotę mam, że niech to diabli.
– Pani, sama robota jak robota, ale ludzie najgorsi. Robić nie dadzą spokojnie. Tyle się mówi „człowiek pracy”, „człowiek pracy”, a nikt nie uszanuje.
– Gdzie tam! Odwrotnie, ten co się byczy, to najważniejszy. Taki, co nic nie robi, to mu się zaraz zdaje, że lepszy.
– Pewnie. Ja mam prace odpowiedzialną, państwo mnie zatrudnia, a każdy tylko by przeszkadzał.
– Ja tak samo, też tak zauważyłam. Nie chcą zrozumieć ludzie u nas, że wchodzą do miejsca pracy. Stosunku nie mają. Zachowanie niżej krytyki. Mówię nieraz: nie widzi pani, że tu się pracuje, ale gdzie tam! Taki naród.
– Nieraz to już z nerw wyjdę, szczerze pani powiem. „Niech pan zatrzyma”, „Niech pan wyda reszty”, „Co z tymi drzwiami” i tak w kółko.
A ja na to: „Nie mam czasu zatrzymywać”, „Drobne proszę”, „Nie jestem ślusarz, żebym wiedział, co z tymi drzwiami. To jest moje miejsce pracy i proszę mi głowy nie zawracać”. Bo ja konduktorem jestem w tramwaju.
– Zupełnie pana rozumiem, u mnie tak samo. „Pani pokaże ten szalik, nie ten. Tylko tamten”. A ja mówię: „Więc który, ten czy tamten, sama pani nie wie, czego pani chce”. Ale co ją to obchodzi, łazi po sklepach jedna z drugą, jej interes, że tu ktoś jest w pracy. No, nareszcie! Dla mnie chleb, masło, jajecznica i mleko.
– Albo tramwajem jeździ tam i nazad i myśli, że ważna. Dla mnie dwie bułki, masło, duże mleko. Nóż poproszę do masła.
– W smarowaniu – powiedziała lunatycznie brigitte bardot.
– A drugiego noża nie ma?
– Nie ma.
– Dlaczego?
– Bo nie ma. Niech pan się cieszy, że w ogóle jest. Jajecznica z dwóch!
– Ja chciałam z trzech – powiedziała niewiasta.
– Z dwóch albo z czterech. Nie może być z trzech.
– Dlaczego?
– Jezus Maria, dlaczego i dlaczego. Każdy „dlaczego”. Bo nie i już. W kalkulacji tak nam wygodniej.
– Łyżeczka tłusta – wtrącił tramwajarz.
– Oj panie, niech pani mi przestanie głowę zawracać! Nie widzi pan, że jestem w pracy! Co za ludzie naprawdę!
Jajecznicę z trzech jaj im dawaj, łyżeczki im myj, nie mają co robić, to się nudzą i pracującemu przeszkadzają.
– A co nas to obchodzi – huknął tramwajarz – pani od tego tu jest, żeby nas obsłużyć!
Uznałam za stosowne wkroczyć.
– Państwo pozwolą – odezwałam się grzecznie – ja, satyryk, zjawiam się jak deus ex machina. Otóż nieraz zastanawiamy się wszyscy nad przejawami naszego życia, które określamy obrazo: „u nas wszystko stoi na głowie”. Wszystko? Czyżby! A na rekach już nic nie stoi? A na rzęsach już nic nie chodzi? Powiedzmy kompromisowo: coś niecoś gdzieniegdzie stoi na głowie. Ambicją satyryka jest gmeranie w przejawach, dłubanie w niedociągnięciach i grzebanie w przegięciach. Tudzież wyciąganie wniosków z zaobserwowanych scen obyczajowych. Proponuję, więc w tramwajach wywiesić napisy: „Uwaga, miejsce pracy motorniczego i konduktora. Wysiadać, kiedy im to odpowiada, nie zawracać głowy, nie jeździć tyle”. W sklepach: „Miejsce pracy sprzedawczyń. Brać, co dadzą, nie przeszkadzać, jak najmniej kupować”.
– Dobry wniosek – pochwalili mnie sąsiedzi z kolejki – przynajmniej spokój będzie i szacunek dla ludzkiej pracy.
I wszystko byłoby pięknie, gdybym nie zauważyła skrzywienia na twarzach moich czytelników. Zdaje się, że Wam się to opowiadanie nie podoba... A, przepraszam, co państwo w tej chwili robią? Przepraszam za wyrażenie, byczą się państwo, tak? Opowiadania satyryczne się czyta, tak? Znamy takich, co mają czas na takie głupstwa! Proszę się nie mądrzyć! To jest moje miejsce pracy. Nie piszę dla Waszej przyjemności.
Objętość: 328 stron
Oprawa: miękka
Format: 138 mm x 205 mm
Cena: 34,90 zł
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki










