Autor: Honoré de Balzac
Tytuł: Nieznane arcydzieło



W tomie "Nieznane arcydzieło" znalazły się dwa opowiadania z Komedii ludzkiej. Bohaterem pierwszego jest malarz Frenhofer (Nieznane arcydzieło), drugiego – kompozytor Gambara (Gambara).
Obaj odwracają się od tętniącego życiem świata, by poświęcić się swojemu powołaniu. To, co tworzą, trzymają w ukryciu. Dopóki tylko o tym mówią, oczekuje się arcydzieła. Gdy wreszcie można je poznać, nie da się go zrozumieć. Wizja i rzeczywistość okazują się nieprzystawalne. Artysta jawi się jako niedościgniony geniusz lub żałosny szaleniec. Albo i jedno, i drugie.
Opowiadając o obu twórcach, Balzac snuje głębokie rozważania o naturze sztuki i pokazuje, jak wysoką cenę płaci się za dążenie do ideału. Ale być może właśnie te poszukiwania nadają ludzkiemu życiu najgłębszy sens.

Opinie:

Jedno z podstawowych pytań, jakie stawia przed nami Balzac swoim tekstem, brzmi: czy Frenhofer był zaślepiony szaleństwem i namalował bohomaz, czy też rzeczywiście stworzył arcydzieło, a ślepi są Poussin z Porbusem? [...]
Nie ma wątpliwości, że Balzac sportretował we Frenhoferze geniusza. Nawet jeśli nie porazi nas jego głęboka wiedza w kwestiach sztuki, to widać to aż nadto dobitnie w scenie, w której kilkoma bezbłędnymi ruchami zmienił przeciętny, płaski, sztywny obraz Porbusa tak, że zarówno autor, jak i młodziutki Poussin „oniemieli z zachwytu”. Ale nie ma też raczej wątpliwości co do tego, że stary malarz jest obsesjonatem.
z posłowia Jacka Dehnela

Bezustannie poszukując prawdy, artysta Balzaca trafia w najczarniejszą ciemność. Jest tyle różnych rzeczywistości, że próbując ogarnąć je wszystkie, kończy się w mroku.
Pablo Picasso

Balzac to największy powieściopisarz dziewiętnastego wieku, i prawdopodobnie największy powieściopisarz wszech czasów.
The New York Times


literatura piękna
seria: „nowy kanon”
wydanie: I
tytuł oryginału: Chef d’oeuvre inconnu. Gambara
przekład: Julian Rogoziński
gatunek: opowiadania
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,5 x 20.5 cm
liczba stron: 144
cena: 29,90 zł
przełożył Julian Rogoziński
posłowie: Jacek Dehnel




fragment


W trzy miesiące po spotkaniu Poussina z Porbusem ten ostatni nawiedził mistrza Frenhofera. Starzec uległ podówczas jednemu z owych głębokich, lubo mimowolnych przypływów zniechęcenia, których przyczyna, jeśli wierzyć matematykom medycyny, kryje się w niestrawności, wiatrach, zagrzaniu humorów albo też w jakimś zaflegmieniu śledziony; według zaś spirytualistów, w niedomogach natury duchowej. A tymczasem nasz dziwak sfatygował się po prostu, i nic więcej, wykańczaniem owego tajemniczego obrazu. Siedział rozparty leniwie w dębowym rzeźbionym fotelu, czarną skórą obitym; nie zmieniając pozy, pełnej melancholii, rzucił Porbusowi spojrzenie człowieka zadomowionego we własnej nudzie.
– No i cóż, mistrzu – ozwał się Porbus. – Czyżby lazur, po który wyprawiłeś się aż do Brugii, złym się okazał? A może nie zdołałeś utrzeć naszej nowej bieli? Może pędzle okoniem stają?
– Niestety! – westchnął starzec. – Sądziłem przez chwilę, iżem już dzieła dokonał; omyliłem się jednak z pewnością co do kilku szczegółów i nie zaznam spokoju, póki wątpliwości nie wyjaśnię. Postanowiłem wybrać się w podróż. Pojadę do Turcji, Grecji i Azji, żeby poszukać wzorów i swój obraz do różnych rodzajów natury przyrównać. A kto wie – dodał z uśmiechem, nie tając ukontentowania – czy nie uwięziłem już natury tam, w pracowni. Czasami odczuwam jakby trwogę, żeby ta kobieta nie znikła, najlżejszym choćby tchnieniem zbudzona.
I poderwał się nagle, jakby chciał odejść.
– Ho! ho! – odrzekł Porbus. – Widzę, że zjawiam się w samą porę, aby zaoszczędzić wam, mistrzu, kosztów i trudów podróży.
– Jak to? – zdziwił się Frenhofer.
– W Poussinie kocha się pewna kobieta nieporównanej urody. To piękność doskonała. Ale, drogi mistrzu, jeśli nasz młody przyjaciel zgodzi się ją wypożyczyć, będziesz nam musiał przynajmniej pokazać swoje dzieło.
Frenhofer stał jak wrośnięty w ziemię, nieprzytomny prawie.
– Jak to? – zawołał wreszcie, a głos jego bólem był przejęty. – Miałżebym pokazać mój twór, małżonkę moją? Rozerwać zasłonę, którą okryłem przeczyste szczęście moje? Od dziesięciu lat żyję z tą kobietą, jest moja, tylko moja, kocha mnie. Czyż nie uśmiecha się, kiedy dotknę jej pędzlem? Przecież ona ma duszę i mnie ją zawdzięcza. Zarumieniłaby się, gdyby inne oko na niej spoczęło! Pokazać ją! A gdzież jest mąż lub kochanek dość podły, żeby żonę swoją do hańby przywieść? Kiedy malujesz na zamówienie dworu, nie wkładasz w obraz całej duszy, sprzedajesz dworakom kolorowe manekiny. Moje malowidło nie jest malowidłem, to uczucie, namiętność! Narodzona w mojej pracowni, musi pozostać dziewicą, a jeśli wyjdzie na świat, to tylko w suknie przyodziana! Poezja i kobiety oddają się nago jedynie kochankom swoim! Posiadamyż modelki Rafaela, Anżelikę Ariosta, Beatryczę Danta
  • ? Nie! Oglądamy jedynie ich formy. Zrozum, że dzieło, które trzymam tam, na górze, pod kluczem, jest w naszej sztuce wyjątkiem. To nie płótno, ale kobieta! Kobieta, z którą płaczę, śmieję się, rozmawiam i myślę. Chciałżebyś, abym porzucił nagle to szczęście, trwające od lat dziesięciu, tak jak się zrzuca opończę? Żebym nagle przestał być ojcem, kochankiem i Bogiem? Ta kobieta nie jest stworzeniem, ale tworzeniem. Niechże przyjdzie tu twój młokos, dam mu swoje skarby, dam obrazy Correggia, Michała Anioła, Tycjana, będę całował ślady jego stóp odciśnięte w pyle; ale uczynić go swoim rywalem? O hańbo! Jestem bardziej kochankiem niźli malarzem. Tak, starczy mi sił, aby spalić moją Belle-Noiseuse, kiedy będę wydawał ostatnie tchnienie; ale dręczyć ją spojrzeniami mężczyzny, młodego mężczyzny, malarza? Nie, nie! – zabiłbym nazajutrz tego, kto zbrukałby ją jednym spojrzeniem. Zabiłbym natychmiast ciebie, mojego przyjaciela, gdybyś nie padł przed nią na kolana! Chciałżebyś teraz, abym poddał moje bóstwo zimnym spojrzeniom i nierozumnym krytykom głupców? Ach! miłość jest tajemnicą żyjącą tylko na dnie serca, i wszystko przepadnie, jeśli mężczyzna powie, nawet do przyjaciela: „Oto ta, którą kocham!”
    Starzec odmłodniał jakby: oko nabrało życia i blasku; blade policzki zabarwiła krew, a ręce drżały. Porbus, zdziwiony namiętną gwałtownością, z którą padły powyższe słowa, nie wiedział, jak się odnieść do tych głębokich i świeżych sentymentów. Kimże był Frenhofer? Człowiekiem rozumnym czy też szaleńcem? Opętanym fantazją artysty? A może myśli, które wyrażał, miały źródło w nieopisanym fanatyzmie, do jakiego nas pobudza przewlekłe tworzenie dzieła? Czy można się było spodziewać jakiegokolwiek kompromisu z tą dziwaczną namiętnością?
    Dręczony taką myślą, Porbus rzekł do starca:
    – Ależ dostaniesz tu, mistrzu, kobietę za kobietę. Czyż Poussin nie rzuca kochanki na pastwę twoich spojrzeń?
    – Jaka tam kochanka! – obruszył się Frenhofer. – Zdradzi go prędzej czy później. A moja pozostanie mi zawsze wierną.
    – A więc przestańmy mówić o tym. Zanim jednak, mój mistrzu, znajdziesz w Azji kobietę równie doskonałej urody, jak kochanka Poussina, umrzesz pewnie, dzieła nie dokończywszy.
    – Toć ono jest skończone – oznajmił Frenhofer. – Kto by je ujrzał, sądziłby, iż widzi kobietę leżącą na aksamitnym posłaniu, przesłoniętą kotarami. Obok niej, na złotym trójnogu, dymią wonne kadzidła. Miałbyś ochotę pociągnąć za koniec sznurka podtrzymującego firanki, zdawałoby ci się, że widzisz, jak piersi Katarzyny Lescault, pięknej kurtyzany przezwanej „La Belle-Noiseuse”, poruszają się w oddechu. A jednak wolałbym się upewnić...
    – A więc ruszaj do Azji, mój mistrzu – rzekł Porbus, dostrzegłszy w oku Frenhofera pewne wahanie.
    I Porbus skierował się ku wyjściu.
    W tymże momencie Gillette i Mikołaj Poussin zbliżali się do siedziby Frenhofera. Znalazłszy się w progu, dziewczyna puściła ramię malarza, cofając się, jakby zmrożona nagłym przeczuciem.
    – Ale cóż ja tam będę robić? – spytała z przejęciem, utkwiwszy w kochanku spojrzenie.
    – Gillette, pozostawiłem cię panią własnej woli i chcę słuchać cię we wszystkim. Jesteś moim sumieniem i moją dumą. Wracaj do domu i kto wie, czy nie będę szczęśliwszy, niż gdybyś...
    – Czyż należę do ciebie, skoro mówisz tak do mnie? O nie, jestem już tylko dzieckiem. Chodźmy – dorzuciła, zadając sobie okropny gwałt. – Jeśli nasza miłość przepadnie, jeśli serce moje opłakiwać ją będzie, to czyż twoja sława nie okaże się dostateczną nagrodą za uległość moją? Wejdźmy: toć będę żyła, skoro wspomnienia o mnie z twojej palety nic nie wymaże.
    Otwierając drzwi domostwa, kochankowie natknęli się na Porbusa, który olśniony urodą Gillette, spotęgowaną łzami szklącymi się w oczach, chwycił dziewczynę za rękę i drżącą zawiódł przed starca:
    – Spójrz, mistrzu, nie wartaż ona wszystkich arcydzieł świata?
    Frenhofera przejął dreszcz. Gillette stała przed nim, podobna w swej naiwności i prostocie do młodej, lękliwej i niewinnej Gruzinki, porwanej przez zbójców, a teraz do jakiegoś handlarza niewolników przyprowadzonej. Wstydliwy rumieniec barwił jej lico, spuściła oczy, ręce bezwładnie zwiesiła, siły zdawały się ją opuszczać, a łzy protestowały przeciw gwałtowi zadawanemu skromności. W tymże momencie Poussin, w rozpaczy, iż ten skarb z poddasza wydobył, złorzeczył sam sobie. Stał się bardziej kochankiem niż artystą i tysiące skrupułów dręczyło mu serce, gdy ujrzał odmłodzone oko starca, który obyczajem malarzów rozbierał jakby dziewczynę, odgadując najtajniejsze kształty. Mikołaja ogarnęła dzika zazdrość, głębokiemu afektowi właściwa.
    – Chodźmy stąd, Gillette! – zawołał.
    Przejęta tym brzmieniem głosu, kochanka podniosła oczy, spojrzała na Mikołaja, podbiegła i padła mu w ramiona.
    – Ach, kochasz mnie więc – odparła, zalewając się łzami.
    Zdołała zapanować nad cierpieniem, ale zbrakło jej sił, żeby ukryć radość.
    – O, zostaw mi na chwilę to dziewczę – rzekł stary malarz. – Porównasz je z moją Katarzyną. Zgadzam się.
    W głosie Frenhofera brzmiała także miłość. Zdawał się kokietować swoją sztucznie stworzoną kobietą i cieszyć naprzód z triumfu, który piękność jego dziewicy nad pięknością prawdziwej dziewczyny odnieść miała.
    – Nie cofnij się aby! – wykrzyknął Porbus, klepiąc Poussina po ramieniu. – Owoce miłości wprędce zniszczeją, a owoce sztuki są nieśmiertelne.
    – Czyż nie jestem dla niego więcej niż kobietą? – odparła Gillette, spoglądając uważnie na Porbusa i Poussina. Podniosła dumnie głowę; kiedy jednak, obrzuciwszy Frenhofera iskrzącym spojrzeniem, zobaczyła, jak jej kochanek znowu oniemiał z zachwytu przed portretem, który niegdyś wziął za Giorgiona: – Chodźmy – rzekła – on nigdy tak nie patrzył na mnie!
    – Starcze – oznajmił Poussin, głosem Gillette z medytacji wyrwany. – Utopię szpadę w sercu twoim na pierwsze słowo skargi, które wyda ta dziewczyna, a potem twój dom podpalę
    i nikt żyw stąd nie ujdzie. Rozumiesz?
    Mikołaj Poussin zasępił się wielce, a mowa jego groźnie brzmiała. Postawa, a zwłaszcza gest młodego malarza pocieszyły Gillette; wybaczyła już prawie kochankowi, iż poświęca ją dla sztuki i przyszłej sławy. Poussin i Porbus zostali przed drzwiami pracowni, spoglądając po sobie w milczeniu. Autor Marii Egipcjanki pozwalał sobie na pewne uwagi: „A teraz ona się już rozebrała, a on kazał jej stanąć w pełnym świetle! Teraz ją porównuje!” Wkrótce jednak umilkł, widząc głęboko zasmucone oblicze Poussina i lubo doświadczeni malarze nie żywią błahych skrupułów w obliczu sztuki, pochwalał te skrupuły u Poussina, takie były naiwne i chwytające za serce. Młodzieniec ściskał rękojeść szpady, przylepiwszy ucho do drzwi.
    Obydwaj zaś, stojąc w półmroku, byli podobni spiskowcom, którzy czekają na moment, kiedy mają zabić tyrana.
    – Wejdźcie, wejdźcie – rzekł starzec, promieniejąc ze szczęścia. – Moje dzieło jest doskonałe i teraz mogę wam je z dumą pokazać. Nigdy żaden malarz, pędzle, kolory, płótno i światło nie będą z Katarzyną Lescault, piękną kurtyzaną, rywalizować!
    Żywą ciekawością zdjęci, Poussin i Porbus wpadli do ogromnej pracowni. Wszystko tu było zakurzone, panował nieład, a na ścianach tu i tam wisiały obrazy. Przystanęli najpierw przed kobietą naturalnej wielkości, półnagą i zamarli z podziwu.
    – O, nie zajmujcie się tym – rzekł Frenhofer. – Nasmarowałem to głupstwo, żeby przestudiować pozę. Ten obraz jest nic niewart. To tylko błędy moje – przydał, wskazując mnóstwo porozwieszanych wokół zachwycających kompozycji.
    Porbusa i Poussina zaskoczyła pogarda dla tak znakomitych dzieł. Jęli więc szukać zapowiedzianego portretu, ale nigdzie dostrzec go nie mogli.
    – A teraz patrzcie! – rzekł starzec. Włosy miał w nieładzie, twarz mu płonęła nadludzkim wzruszeniem, oczy iskrzyły się, dyszał jak młodzieniec miłością pijany. – Tak, tak! – zawołał – nie spodziewaliście się tej doskonałości! Stoicie przed kobietą, a szukacie obrazu. Jest tyle głębi w tym płótnie, powietrze jest takie prawdziwe, że nie możecie go odróżnić od otaczającej nas atmosfery! Gdzież jest sztuka? Znikła, przepadła. Patrzcie, to jedynie forma dziewczyny. Czyżem nie uchwycił koloru, żywości, konturu, którym wydaje się kończyć to ciało? Czyż to nie to samo zjawisko, które dostrzegamy w przedmiotach otoczonych atmosferą jak ryby wodą? Podziwiajcie, jak te kontury odcinają się od tła! Nie zdajeż wam się, iż możecie przeciągnąć dłonią po jej plecach? Przez siedem lat studiowałem efekty, jakie skojarzenie światła z przedmiotami wywołuje. A włosy, czyż nie są w świetle skąpane?... Toć ona oddycha, jeśli się nie mylę!... Widzicie te piersi?... Ach, któż by nie padł przed nią na kolana! Ciało jej pulsuje życiem, ona zaraz wstanie, poczekajcie...
    – Widzicie coś, mistrzu? – spytał Poussin Porbusa.
    – Nie. A ty?
    – Nic nie widzę.
    Zostawiwszy starca pogrążonego w ekstazie, sprawdzili, czy światło, padając bezpośrednio na ów obraz, nie unicestwiło pożądanego efektu. A potem obejrzeli dokładnie malowidło z lewa, z prawa, z przodu, od góry i z dołu.
    – Tak, tak, to nareszcie prawdziwy obraz – powiedział Frenhofer, nie rozumiejąc istotnego celu tych skrupulatnych badań.
    – Tu rama, tu sztalugi, a tam moje pędzle i farby.
    Chwycił pędzel i pokazał go naiwnie.
    – Stary Szwab bierze nas na fundusz – mruknął Poussin, wracając do rzekomego malowidła. – Widzę tu tylko bezładnie zbite kolory, zawarte w plątaninie mnóstwa dziwacznych linii, tworzących gąszcz nie do przebycia.
    – A może my się mylimy?... – zawahał się Porbus.
    Zbliżywszy się, dostrzegli w kącie płótna fragment bosej nogi, wyłaniający się z tego chaosu barw, tonów, nieokreślonych półcieni, tworzących coś w rodzaju bezkształtnej mgły; ale była to noga prześliczna, noga żyjąca! Zastygli w podziwie przed tym fragmentem ocalałym wśród niewiarygodnego, powolnego i nieubłaganego procesu zniszczenia. Ta noga jawiła się tam niby marmurowy tors jakiejś Wenery z paryjskiego marmuru, wyrosły nagle między zgliszczami spalonego miasta.
    – Tam, pod spodem, jest kobieta – oznajmił Porbus, wskazując Poussinowi warstwy farb, które stary malarz ponakładał kolejno, sądząc, że tym sposobem dzieło swoje udoskonali.
    Obaj malarze zwrócili się odruchowo w stronę Frenhofera, zaczynając już tłumaczyć sobie, niejasno wprawdzie, uniesienia, którym podlegał ustawicznie.
    – Przecież on w to nie wierzy – rzekł Porbus.
    – Tak, mój przyjacielu – odparł starzec, budząc się jakby. – Trzeba wiary, wiary w sztukę, i trzeba współżyć długo z dziełem, aby taki właśnie twór na świat wydać. Ileż pracy włożyłem w niektóre z tych cieni! O tam, choćby, na policzku, pod oczami, jest lekki półcień, który wydałby się wam niewytłumaczalny, gdybyście obserwowali go w przyrodzie. Nie uwierzylibyście, ile nieludzkich poniosłem trudów, aby odtworzyć tę mgiełkę. Przypatrz się jej uważnie, mój drogi Porbusie, a wtedy zrozumiesz lepiej, com ci mówił o sposobie traktowania modelunku i konturów. Spójrz na światło przesycające tę pierś i zauważ, jak dzięki kolejnym muśnięciom pędzla i wielce przyćmionym refleksom zdołałem przyczepić do tego płótna prawdziwe promienie i skojarzyć je ze lśniącą bielą przejrzystych tonów; a tutaj, wskutek przeciwnych procederów, zacierając wypukłości i ziarnistość faktury, mogłem, wygładziwszy kontur mojej postaci pławiącej się w półtonach, oswobodzić dzieło nawet z idei rysunku i sztucznych środków, a temu, co obraz przedstawia, nadać pozór rzeczywistej, istniejącej w naturze okrągłości. Zbliż się, a zobaczysz lepiej tę pracę. Z daleka niknie ten efekt. Nie sądziłbyś, że to wielce godne uwagi?
    I wskazał końcem pędzla jasną plamę.
    Porbus klepnął starca po ramieniu i rzekł, zwracając się do Poussina:
    – Czy wiesz, że uznajemy w nim wielkiego malarza?
    – Jest jeszcze większym poetą niźli malarzem – odparł poważnie Poussin.
    – Tutaj – przydał Porbus, dotykając płótna – kończy się nasza sztuka na ziemi.
    – I od tego punktu zacznie gubić się w niebiosach – rzekł Poussin.
    – Ileż radości na jednym kawałku płótna! – dorzucał Porbus.
    Starzec, pochłonięty czym innym, nie słuchał ich; uśmiechał się do urojonej kobiety.
    – Ależ prędzej czy później spostrzeże się, że na jego płótnie nic nie ma! – wykrzyknął Poussin.
    – Nic nie ma na moim płótnie? – podchwycił Frenhofer, spoglądając to na malarzy, to na domniemany obraz.
    – I cóżeś uczynił! – rzekł Porbus do Poussina.
    Frenhofer wpił się w ramię młodzieńca i rzekł:
    – Więc nic nie widzisz, chamie, obwiesiu, hultaju, ścierciałko!... To po coś tu przyszedł? Mój dobry Porbusie – podjął – czy i ty także dworujesz sobie ze mnie? Odpowiadaj! Jesteś moim przyjacielem, a więc mów: czyżbym zepsuł ten obraz?
    Porbus wahał się, nie śmiejąc nic odrzec; ale na bladym obliczu starca malowała się tak okrutna niespokojność, że wskazał płótno, powiadając:
    – Spójrz sam!
    Frenhofer utkwił wzrok w obrazie, po chwili nogi ugięły się pod starcem.
    – Nic tam nie ma, nic! I to po dziesięciu latach pracy!
    Usiadł i zapłakał.
    – A więc jestem głupcem, wariatem, nie mam talentu ani zdolności. Jestem tylko bogaczem, który idąc, porusza nogami, i nic więcej! A zatem nic nie stworzyłem!
    Wpatrywał się w obraz poprzez łzy, lecz nagle poderwał się z dumą i obrzucił obu malarzy iskrzącym spojrzeniem.
    – Na krew, ciało i rany Chrystusa! Zazdrościcie mi, chcecie mnie okraść i dlatego powiadacie, żem zepsuł swoje dzieło! Ale ja je widzę! – wykrzyknął. – Ono jest cudownie piękne!
    W tej chwili Poussin usłyszał, jak szlochała Gillette, zapomniana w kącie pracowni.
    – Co ci to, mój aniele? – spytał malarz, który znowu stał się kochankiem.
    – Zabij mnie! – odrzekła. – Byłabym podłą, gdybym kochała cię nadal, gdyż gardzę tobą. Uwielbiam cię, a budzisz we mnie odrazę. Kocham cię, a zdaje mi się, że cię nienawidzę!





    Seria „nowy kanon” została przygotowana we współpracy z „The New York Review of Books”. An NYRB Classics Book

    Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

    Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



    Data premiery: 2009-08-26