Autor: Jacek Hugo-Bader
Tytuł: Dzienniki kołymskie
"Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI".
Jacek Hugo-Bader
Fragment:
Część I · Syndrom milczenia
Sierp i młot, młot i sierp
To jest nasz radziecki herb.
Chcesz, to siej, a chcesz, to kuj.
Tak czy siak dostaniesz chuj.
– Bałeś się? – pytam.
– Nic a nic. Przecież ja umieram.
Wybucham śmiechem jak głupi, ale się nie obraża, bo wiele
osób tak reaguje na stres. I ja czasem tak mam. Dla usprawiedliwienia
dodam, że właśnie przypomniał mi się stary czeski czy
też polski kawał o Pepiku Vondráčku, który, gdy rzecz szła o komunistach,
mawiał: „A ja se nebojím, ja mam raka”.
A Iwan Iwanowicz ciężko chore serce i termin, to znaczy kilka
tygodni, a może miesięcy życia przed sobą. Tak mówią lekarze.
Umiera, więc nie bał się jako jedyny i tak samo jak ja nie urżnął
się jak nasi towarzysze. Nie wiedziałem, że powinienem był,
że przede mną siedem najstraszniejszych minut w moim życiu,
że będę się bał nawet bardziej niż tego dnia, kiedy w czasie
pierwszej wojny czeczeńskiej Rosjanie brali miasto Szali, a ja nie
zdążyłem zwiać z cywilami.
Skąd wiem, że to tylko siedem minut? Bo włączyłem dyktafon,
kiedy wsiadałem na naszą maleńką łódeczkę. On mierzy długość
nagrania. Wyłączyłem go na drugim brzegu. Teraz słyszę,
że wszyscy milczeli jak zaklęci, kiedy niesione prądem zwały
lodu z przeraźliwym hurgotem napierały na metalowe burty,
silnik wył jak opętany na najwyższych obrotach, a ja pękałem
ze śmiechu.
Tak wyglądała nasza przeprawa przez potężną syberyjską
rzekę Ałdan w ostatnich dniach października zeszłego roku.
Ale dlaczego ja o tym opowiadam? Ano dlatego że wydaje
mi się, że trzeba mieć raka, ciężko chore serce albo głowę, żeby
tu żyć. Nie mieć naprawdę nic do stracenia albo innego wyjścia,
żeby osiedlić się na biegunie okrucieństwa. Tak ludzie
mówią i piszą o Kołymie. Innym razem mówią o największym
koszmarze dwudziestego wieku, najstraszniejszej, przeklętej
albo najdalszej wyspie Archipelagu Gułag, jego lutym biegunie,
ruskiej Golgocie, białym krematorium, arktycznym piekle,
mroźnym obozie bez pieców, czy też, nie przymierzając,
machinie do przemysłowego mielenia mięsa i kruszenia kości.
A wiecie, że ludzkie mięso w smaku podobno jest takie samo
jak reniferowe – bardzo delikatne, chude i lekko słodkie? Nie
wiem, skąd miejscowi to wiedzą. Domyślam się, że to opinia
przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mówi się, że połowa
obecnych mieszkańców Kołymy to potomkowie zeków, byłych
więźniów łagrów. Drugie albo trzecie pokolenie. Zek (w radzieckich
dokumentach zapisywane jako z/k) to skrót od słowa zakluczonnyj
– zamknięty, więzień po prostu. Kiedy uciekali
z obozów,
niekiedy brali ze sobą w tajgę słabszego kolegę. To były „ucieczki
z kanapką” albo „z krową”, która sama podążała za kimś, kto
wreszcie ją zjadał.
Ale wracając do mięsa: to pewnie z powodu podobieństwa
smaków miejscowe niedźwiedzie są tak piekielnie niebezpieczne.
Renifery to ich przysmak, a człowiek to dla nich renifer, który
nie potrafi biegać, ofiara bez rogów, zwyczajny pierdoła, łatwa
zdobycz. Raz taki miszka popróbuje człowieka i się rozsmakuje.
Już mu się nie będzie chciało uganiać po górach za reniferami
i łosiami, nie będzie zbierał jagód, borówek i jarzębiny, wypuszczał
się na grzyby i do śmietników. Będzie trzymał się Traktu
Kołymskiego, osiedli ludzkich, obozowisk poszukiwaczy złota.
Ileż ja historii o nich słyszałem! Choćby o górniku z Susumanu,
który stał na drodze, bo złapał gumę, a kiedy zobaczył niedźwiedzia,
zamknął się w samochodzie. Zwierzak jak szajbus rozpruł
blachę na dachu i wyciągnął swoją ofiarę jak świńską tuszonkę
z puszki. Takie niedźwiedzie nazywają szatunami. To po rosyjsku
znaczy „włóczęga”, ale na Kołymie to słowo jest zarezerwowane
tylko dla niedźwiedzi szaleńców, ludojadów.
W ostatniej dekadzie najgłośniej było o szatunie, który wiele
lat grasował wzdłuż Traktu Kołymskiego w Górach Wierchojańskich.
Ogromny jak czołg samiec, prawdziwy potwór, żywa
machina. Był znaczny, bo chodził ze stalową pętlą na szyi.
Na Kołymie na niedźwiedzie stawiają wnyki i ten nasz przed
laty wpadł w takie. Myśliwi przyszli po kilku dniach. To był ojciec
i dwaj jego synowie. Niedźwiedź wisiał na pętli w ogromnym
dole, który wyrył pazurami, walcząc desperacko o wolność. Żył
jeszcze. Myśliwi usiedli i zapalili. Z przyjemnością gapili się na
konwulsje zwierzaka. Smakowali jego męczarnie. Potem rozpalili
ognisko, postawili w kociołku wodę na herbatę, pojedli
suszonej ryby. Wreszcie stary powiedział do synów, żeby podali
mu karabin.
Z kilku kroków wymierzył w kark olbrzyma i strzelił.
Trafił w stalową pętlę, którą zwierzak przydrutowany był do
drzewa. Niedźwiedź rozerwał go na strzępy, potem dopadł tego,
który podał ojcu karabin. Tak został szatunem. Drugiemu chłopakowi
udało się uciec.
Wiele lat wierchojański szatun polował na ludzi, a ludzie na
niego. Nawet za pomocą śmigłowców.
– Ja spotkałem go przy Ruczaju Szamana – opowiada Jura. –
Wyszedłem z szoferki, żeby ze źródła nabrać wody na herbatę,
ale po drodze na chwilę wlazłem na beczkę, żeby przed nocą
sprawdzić, czy pokrywy dobrze zamknięte. Już chciałem skoczyć
na dół, kiedy w ostatniej chwili zobaczyłem, że tam na mnie
czeka. Pojawił się nagle i cicho jak duch. Od razu go poznałem.
Jadę z Jurą jego kamazem cysterną z Ust-Nery
do Chandygi.
To najtrudniejszy, najbardziej odludny, najmniej uczęszczany odcinek
Traktu Kołymskiego. Mój szoferak jak zawsze zatrzymuje
się na noc przy Ruczaju Szamana na 1459. kilometrze Traktu
w Górach Wierchojańskich.
– Koniec kwietnia – opowiada dalej Jura i nalewa do kubków
wódki – w nocy temperatury spadają do kilkunastu stopni poniżej
zera, a ja w jednym sweterku, bez rękawic i czapki, no bo po
tę wodę wyskoczyłem tylko na chwilę. Przechodzę na szoferkę
i z dachu próbuję sięgnąć do klamki, żeby od góry wślizgnąć się
do środka, ale on tylko na to czeka, staje na tylnych łapach i stara
się mnie złapać. Jest ogromny, bez trudu dosięga do krawędzi
dachu. Dobrze wie, że wcześniej czy później będę musiał zejść.
Jura znajduje w kieszeni zapalniczkę, podpala plastykową
butelkę na wodę, ale ten niedźwiedź nie boi się nawet ognia.
Prawdziwy diabeł, nie zwierzak! Dopiero zbudził się z zimowego
snu, jest więc wściekle głodny. Całą noc krąży wokół ciężarówki
i czeka, aż człowiek zamarznie i spadnie w jego łapy. Ma czas,
bo na tym odcinku Traktu pojawia się najwyżej kilka samochodów
na dobę, ale na pewno nie w nocy.
Dziesięć godzin Jura skacze po dachu swojego kamaza, robi
przysiady, pompki, boksuje się z cieniem, ale wreszcie opada
z sił i zasypia na mrozie. Od śmierci ratuje go przeraźliwy ryk
klaksonu. Widzi potężną ciężarówkę KrAZ, której kierowca
próbuje rozjechać niedźwiedzia, ale drapieżnik jest zwinniejszy.
Unika zgrabnie zderzaka, więc wybawca zestawia samochody
burtami, a Jurij przez jego dach wślizguje się do ciepłej szoferki.
Samochód całą noc stał z włączonym silnikiem.
– Ale ręce odmroziłem – mówi i daje mi pustą butelkę. – Na
mrozie zawsze zaczynają boleć.
– Jeśli myślisz, że pójdę po wodę, to jesteś w błędzie.
– Daj spokój! Dwa lata temu podobno go odstrzelili. Mówią,
że trzynaście osób miał na sumieniu.
Każdego wieczoru mojej podróży prowadzę Dziennik kołymski,
który razem ze zdjęciami w skróconej formie staram się wysyłać
codziennie na portal Wyborcza.pl. Jest tam do dzisiaj, trzeba
tylko powiedzieć komputerowi, że chodzi o Dziennik kołymski.
Cofnijmy się zatem cztery tygodnie, jak Pan Bóg przykazał, do
początku podróży, do soboty 18 września 2010 roku.
Format: 133x215 mm
oprawa twarda, foliowana i lakierowana
Liczba stron: 320
Tytuł: Dzienniki kołymskie
"Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI".
Jacek Hugo-Bader
Fragment:
Część I · Syndrom milczenia
Sierp i młot, młot i sierp
To jest nasz radziecki herb.
Chcesz, to siej, a chcesz, to kuj.
Tak czy siak dostaniesz chuj.
– Bałeś się? – pytam.
– Nic a nic. Przecież ja umieram.
Wybucham śmiechem jak głupi, ale się nie obraża, bo wiele
osób tak reaguje na stres. I ja czasem tak mam. Dla usprawiedliwienia
dodam, że właśnie przypomniał mi się stary czeski czy
też polski kawał o Pepiku Vondráčku, który, gdy rzecz szła o komunistach,
mawiał: „A ja se nebojím, ja mam raka”.
A Iwan Iwanowicz ciężko chore serce i termin, to znaczy kilka
tygodni, a może miesięcy życia przed sobą. Tak mówią lekarze.
Umiera, więc nie bał się jako jedyny i tak samo jak ja nie urżnął
się jak nasi towarzysze. Nie wiedziałem, że powinienem był,
że przede mną siedem najstraszniejszych minut w moim życiu,
że będę się bał nawet bardziej niż tego dnia, kiedy w czasie
pierwszej wojny czeczeńskiej Rosjanie brali miasto Szali, a ja nie
zdążyłem zwiać z cywilami.
Skąd wiem, że to tylko siedem minut? Bo włączyłem dyktafon,
kiedy wsiadałem na naszą maleńką łódeczkę. On mierzy długość
nagrania. Wyłączyłem go na drugim brzegu. Teraz słyszę,
że wszyscy milczeli jak zaklęci, kiedy niesione prądem zwały
lodu z przeraźliwym hurgotem napierały na metalowe burty,
silnik wył jak opętany na najwyższych obrotach, a ja pękałem
ze śmiechu.
Tak wyglądała nasza przeprawa przez potężną syberyjską
rzekę Ałdan w ostatnich dniach października zeszłego roku.
Ale dlaczego ja o tym opowiadam? Ano dlatego że wydaje
mi się, że trzeba mieć raka, ciężko chore serce albo głowę, żeby
tu żyć. Nie mieć naprawdę nic do stracenia albo innego wyjścia,
żeby osiedlić się na biegunie okrucieństwa. Tak ludzie
mówią i piszą o Kołymie. Innym razem mówią o największym
koszmarze dwudziestego wieku, najstraszniejszej, przeklętej
albo najdalszej wyspie Archipelagu Gułag, jego lutym biegunie,
ruskiej Golgocie, białym krematorium, arktycznym piekle,
mroźnym obozie bez pieców, czy też, nie przymierzając,
machinie do przemysłowego mielenia mięsa i kruszenia kości.
A wiecie, że ludzkie mięso w smaku podobno jest takie samo
jak reniferowe – bardzo delikatne, chude i lekko słodkie? Nie
wiem, skąd miejscowi to wiedzą. Domyślam się, że to opinia
przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mówi się, że połowa
obecnych mieszkańców Kołymy to potomkowie zeków, byłych
więźniów łagrów. Drugie albo trzecie pokolenie. Zek (w radzieckich
dokumentach zapisywane jako z/k) to skrót od słowa zakluczonnyj
– zamknięty, więzień po prostu. Kiedy uciekali
z obozów,
niekiedy brali ze sobą w tajgę słabszego kolegę. To były „ucieczki
z kanapką” albo „z krową”, która sama podążała za kimś, kto
wreszcie ją zjadał.
Ale wracając do mięsa: to pewnie z powodu podobieństwa
smaków miejscowe niedźwiedzie są tak piekielnie niebezpieczne.
Renifery to ich przysmak, a człowiek to dla nich renifer, który
nie potrafi biegać, ofiara bez rogów, zwyczajny pierdoła, łatwa
zdobycz. Raz taki miszka popróbuje człowieka i się rozsmakuje.
Już mu się nie będzie chciało uganiać po górach za reniferami
i łosiami, nie będzie zbierał jagód, borówek i jarzębiny, wypuszczał
się na grzyby i do śmietników. Będzie trzymał się Traktu
Kołymskiego, osiedli ludzkich, obozowisk poszukiwaczy złota.
Ileż ja historii o nich słyszałem! Choćby o górniku z Susumanu,
który stał na drodze, bo złapał gumę, a kiedy zobaczył niedźwiedzia,
zamknął się w samochodzie. Zwierzak jak szajbus rozpruł
blachę na dachu i wyciągnął swoją ofiarę jak świńską tuszonkę
z puszki. Takie niedźwiedzie nazywają szatunami. To po rosyjsku
znaczy „włóczęga”, ale na Kołymie to słowo jest zarezerwowane
tylko dla niedźwiedzi szaleńców, ludojadów.
W ostatniej dekadzie najgłośniej było o szatunie, który wiele
lat grasował wzdłuż Traktu Kołymskiego w Górach Wierchojańskich.
Ogromny jak czołg samiec, prawdziwy potwór, żywa
machina. Był znaczny, bo chodził ze stalową pętlą na szyi.
Na Kołymie na niedźwiedzie stawiają wnyki i ten nasz przed
laty wpadł w takie. Myśliwi przyszli po kilku dniach. To był ojciec
i dwaj jego synowie. Niedźwiedź wisiał na pętli w ogromnym
dole, który wyrył pazurami, walcząc desperacko o wolność. Żył
jeszcze. Myśliwi usiedli i zapalili. Z przyjemnością gapili się na
konwulsje zwierzaka. Smakowali jego męczarnie. Potem rozpalili
ognisko, postawili w kociołku wodę na herbatę, pojedli
suszonej ryby. Wreszcie stary powiedział do synów, żeby podali
mu karabin.
Z kilku kroków wymierzył w kark olbrzyma i strzelił.
Trafił w stalową pętlę, którą zwierzak przydrutowany był do
drzewa. Niedźwiedź rozerwał go na strzępy, potem dopadł tego,
który podał ojcu karabin. Tak został szatunem. Drugiemu chłopakowi
udało się uciec.
Wiele lat wierchojański szatun polował na ludzi, a ludzie na
niego. Nawet za pomocą śmigłowców.
– Ja spotkałem go przy Ruczaju Szamana – opowiada Jura. –
Wyszedłem z szoferki, żeby ze źródła nabrać wody na herbatę,
ale po drodze na chwilę wlazłem na beczkę, żeby przed nocą
sprawdzić, czy pokrywy dobrze zamknięte. Już chciałem skoczyć
na dół, kiedy w ostatniej chwili zobaczyłem, że tam na mnie
czeka. Pojawił się nagle i cicho jak duch. Od razu go poznałem.
Jadę z Jurą jego kamazem cysterną z Ust-Nery
do Chandygi.
To najtrudniejszy, najbardziej odludny, najmniej uczęszczany odcinek
Traktu Kołymskiego. Mój szoferak jak zawsze zatrzymuje
się na noc przy Ruczaju Szamana na 1459. kilometrze Traktu
w Górach Wierchojańskich.
– Koniec kwietnia – opowiada dalej Jura i nalewa do kubków
wódki – w nocy temperatury spadają do kilkunastu stopni poniżej
zera, a ja w jednym sweterku, bez rękawic i czapki, no bo po
tę wodę wyskoczyłem tylko na chwilę. Przechodzę na szoferkę
i z dachu próbuję sięgnąć do klamki, żeby od góry wślizgnąć się
do środka, ale on tylko na to czeka, staje na tylnych łapach i stara
się mnie złapać. Jest ogromny, bez trudu dosięga do krawędzi
dachu. Dobrze wie, że wcześniej czy później będę musiał zejść.
Jura znajduje w kieszeni zapalniczkę, podpala plastykową
butelkę na wodę, ale ten niedźwiedź nie boi się nawet ognia.
Prawdziwy diabeł, nie zwierzak! Dopiero zbudził się z zimowego
snu, jest więc wściekle głodny. Całą noc krąży wokół ciężarówki
i czeka, aż człowiek zamarznie i spadnie w jego łapy. Ma czas,
bo na tym odcinku Traktu pojawia się najwyżej kilka samochodów
na dobę, ale na pewno nie w nocy.
Dziesięć godzin Jura skacze po dachu swojego kamaza, robi
przysiady, pompki, boksuje się z cieniem, ale wreszcie opada
z sił i zasypia na mrozie. Od śmierci ratuje go przeraźliwy ryk
klaksonu. Widzi potężną ciężarówkę KrAZ, której kierowca
próbuje rozjechać niedźwiedzia, ale drapieżnik jest zwinniejszy.
Unika zgrabnie zderzaka, więc wybawca zestawia samochody
burtami, a Jurij przez jego dach wślizguje się do ciepłej szoferki.
Samochód całą noc stał z włączonym silnikiem.
– Ale ręce odmroziłem – mówi i daje mi pustą butelkę. – Na
mrozie zawsze zaczynają boleć.
– Jeśli myślisz, że pójdę po wodę, to jesteś w błędzie.
– Daj spokój! Dwa lata temu podobno go odstrzelili. Mówią,
że trzynaście osób miał na sumieniu.
Każdego wieczoru mojej podróży prowadzę Dziennik kołymski,
który razem ze zdjęciami w skróconej formie staram się wysyłać
codziennie na portal Wyborcza.pl. Jest tam do dzisiaj, trzeba
tylko powiedzieć komputerowi, że chodzi o Dziennik kołymski.
Cofnijmy się zatem cztery tygodnie, jak Pan Bóg przykazał, do
początku podróży, do soboty 18 września 2010 roku.
Format: 133x215 mm
oprawa twarda, foliowana i lakierowana
Liczba stron: 320











