Autor: Jarosław Maślanek
Tytuł: Apokalypsis '89



Mówiono na niego Frencz. Wszyscy w miasteczku znali jego matkę, nauczycielkę w miejscowej szkole, oraz schludnego i zasadniczego ojca, trębacza w zakładowej orkiestrze. Po studiach, w połowie lat osiemdziesiątych, Frencz zaczął pracę w zakładowym archiwum, spodziewając się doczekać tam w spokoju emerytury. Apokalypsis '89 pokrzyżowała mu plany. Rozpad rodziny i degrengolada ojca zbiegły się w czasie z rozpadem ustroju, a koniec komunizmu nastąpił kilka miesięcy przed śmiercią wycieńczonego alkoholizmem ojca.
Kolejne próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości zawodzą, rodzina i przyjaciele stają się raczej przeszkodą niż wsparciem; nawet, kiedy rodzi mu się syn, Frencz nie potrafi stawić czoła życiu. Powoli wchodzi na drogę, którą przed laty przemierzył jego ojciec.

Opowieść o pewnym nieudaczniku nabiera w tej książce wymiaru symbolicznego i prowokuje do pytań. Gdzie w Polsce ostatnich dwudziestu lat było miejsce dla ludzi, którzy nie potrafili się przystosować?


Z recenzji Haszyszopenków:

Jarosław Maślanek nie posiłkował się wyeksportowanymi konceptami i stworzył dzieło oryginalne i niesztampowe.
Independent.pl

Haszyszopenki są dramatem chłopięcej wyobraźni, w której zainstalował się niewłaściwy mit wolności. Chcący uciec z niemożliwego świata chłopcy nie wiedzą jeszcze, że wszystkie drogi prowadzą do domu. Zamiast podróży sentymentalnej w rejony dziecięcej idylli lub kolejnego końca wakacji, czeka ich klaustrofobiczna wycieczka donikąd.
„Polityka"

Fragmenty:

Fragment 2

Budynek szkoły był jeszcze z tych przedwojennych. Po wojnie przebudowano go trochę, dodano salę gimnastyczną i powstała „ Jedynka", Szkoła Podstawowa numer 1. Zaraz przy wejściu, za starymi, masywnymi drzwiami, rozsiadła się stróżówka Ciecia Gienia, zwana Akwarium.
Mimo miło brzmiącej ksywki Gienio był kawałem skurwiela, którego nienawidzili wszyscy uczniowie - od smarkaczy z klas pierwszych po obsypanych trądzikiem ósmoklasistów i pączkujące pod bluzkami ośmioklasistki. Tych pierwszych Gienio lał gumową pałą po nogach, kiedy zbyt szybko biegali po korytarzu, tym drugim organizował naloty na kibel, zamieniany podczas przerw na palarnię. Dla dojrzewających dziewczynek zawsze miał na podorędziu jakieś urocze uwagi, wprawiające je w zakłopotanie, a szczytem dżentelmeństwa w jego wydaniu było podszczypywanie co dorodniejszych sztuk i zapraszanie po lekcjach do Akwarium. (...) Aż trafił Cieć Gienio na Braci. (...)
Tuż po wakacjach, kiedy Bracia rozpoczęli ósmą klasę, dyrekcja wprowadziła bezwzględny obowiązek noszenia tarcz szkolnych przyszytych do ubrań. Do tej pory mogły być one przypinane, teraz Cieć Gienio sprawdzał przy wejściu, czy tarcza została przymocowana zgodnie z zaleceniem. Traf chciał, że Bracia nie tylko ich nie przyszyli, ale nie posiadali ich w ogóle. Pierwszego dnia zostali obrzuceni przez Gienia obelgami, drugiego nie wpuszczeni do szkoły, trzeciego wykopani za bramę. Bracia nie pojawili się na zajęciach przez następny tydzień. A potem znaleziono Gienia martwego w jego Akwarium. Leżał na podłodze, wśród rozlanych na podłodze wnętrzności, jelit zwisających z sufitu i szaf, lepkich od krwi grud mięsa, płacht tkanek i glutów śluzu oblepiających całe pomieszczenie. Dyrektorka, która go znalazła, wylądowała na ostrym dyżurze i aż do końca roku szkolnego funkcjonowała na psychotropach. Jak się okazało, jej reakcja była cokolwiek histeryczna, flaki nie należały bowiem do Ciecia Gienia, a do co najmniej kilku wieprzków. A biedny Cieć, gdy wszedł rano do swojej kanciapy i zastał tam rzeźniczą apokalipsę, zmarł na zawał serca. Nikt nie udowodnił, że była to sprawka Braci, chociaż wszyscy o tym wiedzieli. Dla dobra szkoły zostali jednak przeniesieni do „Dwójki".

Fragment 1

Ojciec ulepiony był jakby z dwóch osobowości. Pochodził z krakowskiej rodziny z tradycjami; od dziadka, przedwojennego kuśnierza, nasłuchał się opowieści o wyższych sferach, inteligencji, finansjerze, którą ten obsługiwał; babka wpoiła mu zasady dobrego wychowania i zaszczepiła miłość do muzyki. Oboje zginęli w Auschwitz, jedynak został wychowany w sierocińcu, już w duchu miłości do zabużańskiego dziadka z wąsami. Te dwie rzeczywistości - kilku ostatnich lat przedwojennego dzieciństwa i młodości upływającej w czasach betonowego socrealizmu - chyba przez całe życie toczyły wojnę o duszę mojego ojca.
Wydawało się, że skoro skończył szkołę muzyczną, to zwycięży w nim tradycja sanacyjna. Ojciec, jakiego zapamiętałem z dzieciństwa, to mężczyzna schludnie ubrany, zadbany, jeśli nie w garniturze i koszuli, to w reprezentacyjnym mundurze zakładowej orkiestry. Pamiętam uczucie dumy, gdy odbierał mnie z przedszkola w galowym uniformie. Szczupły, uśmiechnięty, trochę sztywny, górował nad wychowawczyniami, a dzieciaki, zawsze skupiające się przy nas, sięgały mu najwyżej do kolan. Patrzyłem na nie z wyżyn ojcowskich ramion i byłem przekonany, że do końca życia nikt mi nie podskoczy.
Nasze mieszkanie odzwierciedlało rygor panujący w jego garderobie - nie było mowy o brudzie, bałaganie czy nieporządku. Meble dobrane w miarę możliwości w stylu przedwojennym, oczywiście jak na standardy peerelowskiego designu. Ciemna imitacja drewna, przeszklone witryny regałów, masywne krzesła i stoły, sporo zdjęć na wysokich ścianach, żyrandole obwieszone plastikowymi łezkami podrabiającymi kryształ. Wystrój doskonale pasował do stylu mieszkania, które znajdowało się w przedwojennej siedzibie dyrekcji fabryki. Dwukondygnacyjny budynek w kształcie litery E pozbawionej środkowego języczka wyróżniał się czerwienią cegły. Tylko on ostał się ze starej architektury, zastąpionej w centrum miasta betonowymi bryłami industrialnego hurraoptymizmu.
W dbaniu o czystość mieszkania nie byłoby nic złego, gdyby ograniczało się to jedynie do sprzątania. Jednak przez całe dzieciństwo żyłem w przeświadczeniu, że zabieram się do czegoś, co i tak nie spełni oczekiwań ojca.
Co najmniej raz w tygodniu nadzorował porządki, zlecając mi (dopóki po hucznie obchodzonej osiemnastce nie postawiłem się i nie powiedziałem, że będę sprzątał tylko swój pokój) odkurzanie wszystkich pomieszczeń. Matka w tym czasie myła podłogi, ścierała kurze, prała. Ojciec oddawał się natomiast swojemu ulubionemu zajęciu - gotowaniu. Potrafił przez pół
dnia pichcić coś w kuchni, a od czasu do czasu sprawdzał jakość naszych wysiłków, wodząc palcem po najbardziej niedostępnych zakątkach mebli. Przywiązywał wagę zwłaszcza do swojej biblioteczki, w której sondował nawet przestrzenie między rzędami książek.
Jeżeli znalazł strzępki kurzu lub niedokładnie wytarte powierzchnie, nie robił co prawda żadnej awantury, nie krzyczał, nie złościł się, nawet nie przeklinał, o jakiejkolwiek
domowej przemocy nie wspominając, po prostu zwracał uwagę, że tak się nie robi.
- Synu, chodź no tu - przywoływał mnie. - Tak nie może być - tłumaczył. - Jeżeli zawieramy umowę, jeżeli podejmujesz się jakiegoś zadania, musisz, podkreślam, musisz, je wykonać należycie. Rozumiesz?
- Tak, tato - odpowiadałem. - Zaraz to poprawię.
- To nie wystarczy.
Wiedziałem, że nie tak łatwo zbyć ojca, jeżeli już dopatrzył się nieprawidłowości. Upomnienie to był dopiero początek umoralniającej pogadanki. Potem obejmował mnie ramieniem, prowadził do pokoju, sadowiliśmy się po przeciwnych stronach ławy i następowała kilkunastominutowa lekcja odpowiedzialności, sumienności, pracowitości i posłuszeństwa.
Och, jak ja go wtedy nienawidziłem! Moja niechęć do nauk przeplatanych gawędami o honorze i tyradami o szkodliwości komunizmu ustępowała tylko torturom związanym z przymusem słuchania jego ulubionej muzyki. Już wołałbym, żeby przylał mi w dupę - zamiast pół godziny, miałbym zmarnowane kilka minut.
Ojcowskie metody wychowawcze sprawdzały się, dopóki nie podrosłem i nie zacząłem się buntować. Ale zanim to nastąpiło, przez wiele lat z poczuciem winy, ze zwieszoną głową i z sumiennym postanowieniem poprawy wychodziłem z pokoju i zabierałem się do naprawiania spartolonej roboty.
Domowe porządki skończyły się wraz z rozwodem rodziców. Z tego, co wiem, nie chodziło o zdradę, przynajmniej żadne z nich nie podnosiło tego tematu w kłótniach ani podczas rozpraw rozwodowych. Wydaje mi się, że po prostu nie mogli ze sobą dłużej wytrzymać, co biorąc pod uwagę fakt, że po rozwodzie nadal musieli mieszkać razem, zakrawało na zemstę losu za wieloletnie udawanie miłości. Cały mój okres dorastania to czas coraz ostrzejszych sporów rodziców o najmniejsze pierdoły - potrafili kłócić się ze sobą nawet o to, czy przed rokiem śnieg spadł już pod koniec października, czy dopiero w połowie listopada.
Pierwsza wybuchała matka. Była przeciwieństwem ojca - wiecznie w ruchu, wciąż coś robiła, mówiła, chodziła. Przy ojcu, uosobieniu spokoju (w obecności matki przeradzającego się w wyniosłość), wydawało się, że wręcz przeszkadza, plącze się pod nogami i gdera. Spory zaczynały się od krzyku matki. Ojciec w tym czasie przechodził od fazy spokojnego wyjaśniania, przez coraz bardziej nerwową gestykulację wspieraną podniesionym głosem, aż po wyrzucone w twarz matki pojedyncze przekleństwo, które, jak wentyl bezpieczeństwa, powodowało nagłe ujście złości i wyciszenie kłótni. I zawsze było to przekleństwo bezosobowe, nieukierunkowane, tak jakby nie chciał, aby odebrała je osobiście.
- Kurwaaaaa!!! - wrzeszczał. - Pierdolę to!!! -A czasami: - Sram na to!!! - Zdarzało się też: - Walić to!!!
Najczęściej była to właśnie „kurwaaa!", przy czym w wykonaniu ojca brzmiało to jak „kurWAAA!", zaczynało się spokojnie, by przejść w krzyk, dla wzmocnienia efektu wspierany pokazem dwóch zaciśniętych pięści.
Te przekleństwa łączyły go z naszym czasem, z tu i teraz, z tym, co od lat próbował wyplenić ze swojego życia. Wyrzucane w przypływach gniewu przypominały o tym, kim próbował nie być, o tym, że kiedyś skończy się iluzja życia według przedwojennych zasad i przyjdzie zmierzyć się z tradycją sierocińca.
Po kulminacyjnym bluzgu spór dobiegał końca. Oboje wydawali się przestraszeni tym, do czego sytuacja zmierza, zdawali sobie sprawę, że już tylko krok dzieli ich od granicy, której przekroczenie oznacza koniec małżeństwa. Wtedy między rodzicami następowało kilka dni cichej, zimnej wojny, gdy ojciec przenosił się do pokoju odgrywającego rolę salonu, a jedno i drugie, mijając się w korytarzu czy kuchni, starało się nie ocierać o współmałżonka. Aż w końcu, ojciec na stałe zagościł w trzecim pokoju. Przypieczętował przeprowadzkę, zastępując gościnną sofę nową wersalką. Nadal mieszkali razem, nadal ze sobą rozmawiali, nadal się kłócili, ale spali w osobnych pokojach.
To, na co zapowiadało się od dawna, przyspieszyła sprawa z kiełbasą krakowską suchą. Można powiedzieć, że rozwód miał podłoże masarskie. Ojciec przygotowywał sobie kanapki - na stole rozłożony był bochenek chleba, masło w maselniczce, umyte i osuszone pomidory, cebula, pokrojona już w talarki, solniczka i od kilku minut stygnąca herbata, tak by uzyskać pożądaną przez ojca temperaturę około pięćdziesięciu stopni. To miał być jeden z ostatnich tak pieczołowicie przygotowywanych przez niego posiłków. Od incydentu z kiełbasą krakowską suchą do dnia, w którym w poplamionym podkoszulku i z dwoma zębami cieszył się z końca komuny, minęło mniej więcej pięć lat. W ciągu pięciu lat z reprezentacyjnego trębacza stał się zapuszczonym facetem, który trąbkę co najwyżej mógł sobie wetknąć między opustoszałe dziąsła.
Matka kręciła się przy kuchni, przeszkadzając mi w przygotowywaniu herbaty. Nawijała też cały czas o jakiejś Baśce z pracy, która coś tam próbowała załatwić, ale nic jej nie wychodziło, a jak w końcu wyszło, to całkiem na odwrót, niż planowała, więc w ogóle nie powinna się za to zabierać, bo ona zawsze jak coś zacznie, to nie skończy, a jak skończy, to źle dla niej albo dla tego, z kim to coś próbowała załatwić. Stałem przy kuchni, patrzyłem, jak smużka pary wydobywa się z czajnika i z chaotycznego kłębu zamienia się w strumień gorąca rozbijający się o ścianę, i czekałem, aż gwizd zagłuszy wywód matki. Na nieszczęście odezwał się ojciec:
- O jakiej ty Baśce mówisz? To ta od przyrody?
- Jakiej przyrody? Nie wiesz, o kim mówię? To żona Wieśka, tego pijaka, co go ostatnio ściągnęli z wieży kościelnej, jak chciał się zabić, nie wiesz?
Mieszkają tam przy rynku, w tych starych blokach, niedaleko Siechowskich, tych od mleka, wiesz, tych, co rozwożą mleko co rano. Ten stary z synem; żuka z plandeką mają. Przecież już ci o niej opowiadałam, o tej Baśce, a ta od przyrody to Marta.
- Poczekaj, zaraz. - Ojciec odłożył nóż, którym kroił kiełbasę krakowską suchą w plasterki. - Kochanie, ja nie wiem, kto to jest Wiesiek, a Siechowskich kojarzę, owszem, ale nie mam pojęcia, w którym bloku mieszkają.
- Ty w ogóle nie interesujesz się moimi sprawami, nie wiesz nawet, z kim pracuję. - Matka coraz bardziej nerwowo przecierała szklankę, już czystą. - Jezu, wcale cię nie obchodzę - dodała, jeszcze spokojnie, jeszcze w miarę cicho.
- Złotko, po prostu zamiast wyjaśnić, zaciemniasz sprawę, a ja nadal nie wiem, która to ta Baśka.
- Przecież opowiadałam ci o niej chyba z tysiąc razy. - Matka odstawiła szklankę i podeszła do stołu, na którym ojciec przeprowadzał operację przygotowania posiłku. - Świat nie kręci się tylko wokół ciebie. - Pochyliła się nad nim, opierając o blat lewą rękę owiniętą ścierką, którą przecierała przed chwilą naczynie.
- Nie zaczynaj znowu. - Ojciec spojrzał do góry. Dłonie złożył jak do modlitwy i podparł podbródek. Przymknął oczy, wypuścił powietrze. - Po prostu nie skojarzyłem, że to o nią chodzi.
Przeczuwałem, co się święci. Zestawiłem czajnik z palnika kuchenki i nie czekając, aż zacznie wyć na alarm, zalałem herbatę. Kiedy wychodziłem z kuchni, tyrada matki nabierała rozpędu, a ojciec z przymkniętymi powiekami zbierał się do odparcia ataku. Zamknąłem drzwi od pokoju i włączyłem muzykę, podświadomie czekając na wieńczący awanturę wybuch ojca. Ostrożnie uniosłem szklankę i zdmuchiwałem parę z gorącej herbaty. Przebieg ani treść rodzinnych kłótni już od dawna mnie nie interesowały, nie wiem, dlaczego teraz ich podsłuchiwałem.
Gdyby ojciec nie miał wtedy w zasięgu ręki pęta kiełbasy, gdyby przyrządzał mniej przydatny w przemocy domowej twarożek ze szczypiorkiem i śmietaną, który przecież tak lubił, następne lata może potoczyłyby się zupełnie inaczej.
Po jakichś pięciu minutach kłótni, która jak zwykle przerodziła się w monolog matki, usłyszałem jej krzyk i płacz.
- Chciałeś mnie zabić! - wrzeszczała matka. - Zobacz, leci mi krew! Chciałeś mnie zabić!
Odstawiłem szklankę i wybiegłem z pokoju. Przed wejściem do kuchni przystanąłem, oparłem dłoń o drzwi, jakbym chciał je przymknąć i pozostać poza tym, co tam zobaczę.
Po chwili zajrzałem do środka. Matka siedziała na krześle, a ojciec pochylał się nad nią i próbował przytulić. Odepchnęła go, podniosła się i podeszła do zlewu. Zobaczyłem krew cieknącą z jej nosa. Odkręciła zimną wodę i zmoczyła ścierkę, którą próbowała zatamować
krwotok. Ojciec stał za nią, z opuszczonymi rękami, sflaczały, przygarbiony. Spojrzał na mnie. Nic nie zostało z wyniosłego, sztywnego faceta z zasadami.
Stało się - zdawał się mówić.
- Mogłeś mnie zabić! - łkała matka.
- Przepraszam, proszę, wybacz mi, nie chciałem, nie kiełbasą - zapewniał ojciec.
Z przebiegu rozprawy rozwodowej dowiedziałem się, że narzędziem pobicia była kiełbasa krakowska sucha.


seria: archipelagi
wydanie: I
oprawa: twarda
format: 12,5 x 19,5 cm




Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data wydania: 2010-10-06