Musisz się zalogować lub zarejestrować
Autor: Joanna Fabicka
Tytuł: Idę w tango. Romans histeryczny



Idę w tango, nowa powieść Joanny Fabickiej, to pełna humoru, błyskotliwie opowiedziana historia Jadzi, trzydziestokilkuletniej kobiety po przejściach, a zarazem bezlitosny portret grajdołka z pretensjami, jakim jest polski show biznes.
Jadzia za jednym zamachem traci pracę oraz narzeczonego i przed piekłem zupełnej beznadziei chroni ją już tylko upiorny synek, Gucio, ekscentryczne przyjaciółki i słabość do spożywanego w ich towarzystwie drinka „wściekły pies”. Kiedy wskutek nie do końca przemyślanej decyzji Jadzia trafia do telewizyjnego konkursu tańca, jej ostateczny upadek wydaje się kwestią czasu. Wrodzony brak poczucia rytmu oraz znaczna nadwaga przyszłej tancerki raczej nie podlegają dyskusji. Jednak największym problemem okazuje się partner: starzejący się playboy, kiedyś gwiazda, a dziś drugorzędny tancerz – Cyprian. Czy jest na tym świecie siła zdolna zestroić Jadzię z wielbicielem zespołu Bee Gees, Johna Travolty i filmu Pulp Fiction? Niespodziewanie jednak życie nabiera przyspieszenia...
Ciągłe balansowanie Jadzi pomiędzy depresją a euforią, swojskim Powiślem a telewizyjnym „high lifem” ukazuje Fabicka z ironią, choć potrafi też pisać o swoich bohaterach czule i z wyrozumiałością. Wielbiciele wcześniejszych książek autorki znajdą tu najlepsze cechy jej pisarstwa: absurdalny humor, niebanalne obserwacje i galerię barwnych postaci.

Z recenzji cyklu o "Rudolfie Gąbczaku":

O Joannie Fabickiej można powiedzieć wiele dobrego. Pisze dynamicznie, lekko, ma poczucie humoru, po prostu kipi od pomysłów.
Marek Ławrynowicz

Autorka opisuje życie Rudolfa z przymrużeniem oka, z bohatera robiąc lekko zblazowanego megalomana, który całkiem trafnie portretuje w swym dzienniku naszą rzeczywistość.
Magazyn Literacki Książki

Pozostaje mieć nadzieję, że choć świat się zmieni, nie zmieni się autorka i dalej do łez będzie bawić ukazywaniem w krzywym zwierciadle naszej polskiej rzeczywistości.
Głos Koszaliński

Jeśli szukacie lektury lekkiej, przyjemnej, dowcipnej i niezbyt odległej od Waszych spraw, to znaleźliście.
Gazeta Pomorska


wydanie: I
gatunek: powieść
format: 12,5 x 19,5 cm
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 264


fragment 1

– To pan? O Boże... To naprawdę pan? Iiii!!!
Powtórzyła to jeszcze kilka razy. Przestała dopiero wtedy, kiedy kołująca na pas startowy maszyna zarzuciła w lewo i zęby stewardessy spotkały się z metalową rączką bankietowego wózeczka stojącego w przejściu.
– Hm, ależ... spokojnie, jestem tu incognito, ale faktycznie to ja. – Smark krygował się, zerkając zadowolony dokoła i błyskając w uśmiechu porcelanową karoserią za ładnych kilkanaście patyków.
„Co za dureń”, Jadzia z odrazą przyglądała się żenującej scenie, która za jednym zamachem przekreśliła dorobek stu lat feminizmu. Tymczasem stewardessa, rozdygotana jak w febrze, uparła się, by własnoręcznie zapiąć tej Very Important Person pasy. Nim zniknęła w czeluści służbowej pakamery, raz jeszcze potknęła się i zderzyła z równie podnieconą koleżanką.
– Kompletnie ją załatwiły pańskie feromony. – Gucio odwrócił się do sąsiada. – Szkoda, że moja mama ma krzywą przegrodę nosową i słabiej czuje zapachy. Nie ma szans, żeby tak zareagowała na jakiegoś faceta. Chyba, że jej zrobią operację.
Jadzia łypnęła złowrogo na wyrodne dziecko, ale nie starczyło jej sił, by pierworodnego przynajmniej lekko poddusić. Wyczerpana przeżyciami ostatnich dni marzyła o kąpieli i czystych majtkach. Te pragnienia w kontekście wciąż intensywnie dolatującego zapachu „Rush” sprawiły, że w Jadzi narastała coraz silniejsza, wręcz atawistyczna agresja wobec czystego, wymuskanego lalusia. Nie dawała jej także spokoju myśl, kim, u diabła, on jest. Aktorem dennych seriali? Piosenkarzem? Najsłynniejszym polskim chippendalesem?


fragment 2

– Allah akbar! Allah akbar! – krzyczał w natchnieniu młody Arab, obezwładniony chwilę wcześniej przez służby bezpieczeństwa. Szamotał się niczym nawiedzony, a jego twarz zdradzała ekstatyczne szczęście. Otępiali upałem angielscy funkcjonariusze żuli gumę, z flegmatyczną pedanterią tłumacząc mu, że ostatni raz nabierają się na jego pogróżki i nie ma co liczyć na kolejne zatrzymanie. „Terrorysta” okazał się więc ich dobrym znajomym, nieuleczalnym komediantem o narcystycznej osobowości. Zdemaskowany, zebrał się z podłogi i poczłapał do baru na colę, wciąż powtarzając jak mantrę: „Allah akbar!”
Jadzia pomyślała, że, niestety, jej Bóg ani trochę nie jest „akbar”, skoro porzucił ją w samym środku tej okrutnej cywilizacyjnej pułapki, jaką jest strajkujące lotnisko. Rozsadzający czaszkę jazgot narastał wokół z każdą chwilą. Wielokulturowa ciżba lamentowała we wszystkich językach świata, a rozhisteryzowane postacie biegały w tył i w przód jednocześnie, niczym na głównej ulicy New Delhi. Brakowało tylko trędowatych z odpadającymi znienacka nadgniłymi kończynami i walących placki świętych krów w całym ich hinduistycznym majestacie. Gdyby teraz pod ręką znalazł się jakiś buddyjski klasztor, Jadzia bez namysłu porzuciłaby rozbebeszoną walizkę (w której właśnie popsuł się zamek), złowrogo majaczącą na horyzoncie kulawą przyszłość oraz własne, słodkie, aczkolwiek upierdliwe dziecko. Niestety, mnisi byli daleko, nirwana jeszcze dalej. Całkiem blisko zaś rodzina spoconych Niemców, przestępująca niecierpliwie z nogi na nogę. Najmłodsze z nich z bawolą gracją rozdeptywało właśnie raciczkami ostatnie dwa bajgle zakupione na drogę przez przezornego synka Jadzi – Gustawa.
„No, to teraz jeszcze powinnam dostać klimakterium”, pomyślała i padła na tekturowe pudła pieczołowicie oklejone taśmą z napisem: Amatorskie Sympozjum Origami.
Mijała siódma godzina strajku bagażowych w terminalu tanich linii lotniczych Sky Fly pod Londynem. W powietrzu woń orientalnych olejków mieszała się z zapachem poupychanej w bagażach kiełbasy, korzennych przypraw i smrodem spoconych ciał. Wszystkie pachniały tak samo mocno i nieprzyjemnie. Pasażerowie po fazie wzmożonej pobudliwości wpadali w pajęczynę apatii i bezradnego przygnębienia. Trzeba zacząć oszczędzać energię. Kto wie, ile to jeszcze potrwa? Jeśli chodzi o Jadzię, było jej wszystko jedno. Właśnie dotarła do punktu, po którego przekroczeniu człowiek niczemu już się nie dziwi. Ze spokojem ogląda w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki, a potem widzi własnych sąsiadów i łkającą do kamery rodzinę: „Oooch, to straszne... Nigdy bym nie uwierzyła, że ona może samodzielnie dokonać takiej masakry. Zawsze była słabą kobietką, dobrą matką i przykładną rozwódką”.
Szczerze mówiąc, Jadzia nigdy nie była dobrą matką, a już na pewno nie taką, która zadowoliłaby krwiożercze społeczeństwo żądne potu, łez i krwi w ciężkiej niczym artyleria służbie macierzyństwa. Lepszą matką dla samego siebie był w zasadzie jej synek – nad wiek rozwinięty ośmiolatek: przezorny i obowiązkowy, zaradny i pedantyczny, jednym słowem, całkowite przeciwieństwo swojej neurotycznej i rozkojarzonej rodzicielki, którą życie wiecznie przerastało, raz po raz rzucając w czarne odmęty rozpaczy. Niestety, Gustaw, dziecko nazbyt dojrzałe, był pozbawiony charakterystycznej dla jego wieku beztroski i radości życia. Wiecznie targany egzystencjalnymi wątpliwościami i martwiący się na zapas, celował w wynajdywaniu nieszczęść i kataklizmów, które mogły spaść znienacka na ich dwuosobową rodzinę. Dlatego chcąc uprzedzić los i przechytrzyć życiowe fatum, zawsze był czujny, spięty i wszystko traktował śmiertelnie poważnie. Te cechy sprawiały, że w kręgu bliższych i dalszych znajomych uchodził za wyjątkowy okaz, trudny i uciążliwy. Jakikolwiek rodzaj protekcjonalnego infantylizmu, z jakim dorośli zwykli odnosić się do dzieci, był przez niego natychmiast demaskowany i kwitowany w sposób zdradzający wnikliwą, gorzką znajomość ludzkiej natury. To wszystko, w pakiecie z życiowym rozmamłaniem Jadzi, doprowadziło do sytuacji, gdy pod pozycją „przyjaciele domu” figurował stan: półtora, w porywach dwa. Aktualnie był bliski zeru, choć jeszcze dzień wcześniej zapowiadało się, że wreszcie Jadzia będzie już zawsze zasypiać na silnym, samczym ramieniu. Gucio z kolei dostanie męski wzorzec do naśladowania, a ich dotychczas dwuosobowa rodzina zyska stały dopływ testosteronu.
Dwa lata temu Mieszko – mężczyzna o słowiańskim imieniu, chmurnej duszy i ułańskiej fantazji – pojawił się na brzegu życiowego wykopu (do którego znowu wpadła Jadzia) i oświadczył: „Od teraz wszystkie twoje problemy się skończyły, bejb”. Ponieważ każda zakochana kobieta jest idiotką, Jadzia bez mrugnięcia okiem uwierzyła w tę deklarację, nie chcąc zauważyć, że jest niewykonalna, gdyż opiera się na oczywistym i z gruntu fałszywym przekonaniu o wszechmocy mężczyzny. Sprawa została klepnięta, związek skonsumowany i Mieszko wyjechał do Londynu, gdzie jako prężny budowlaniec z perspektywami miał się tu i ówdzie rozejrzeć. Dalej związek rozwijał się głównie korespondencyjnie.

(...) Kochana! – donosił z daleka. – Nie uwierzysz, stałem wczoraj taki smutny na Victorii i już tylko wspomnienie twoich pośladków ratowało mnie przed totalną załamką. Chłopaki skoczyli coś łyknąć, ale ja przecież obiecałem Ci, że nie będę tu pił. I nagle zagadał do mnie jakiś elegancki gostek. Na początku myślałem, że to Angol i w dodatku pedzio może, a on Polak katolik. Jakie szczęście! Mówię Ci, powojenna emigracja, bułkę przez bibułkę. Bejb, z miejsca mi dał pracę, i w dodatku całkiem na legalu! Na gwałt potrzebuje kogoś do wykończeniówki. No to teraz, jak przyjedziesz, to będzie prawdziwy rili, rili paradajs. W tym naszym raju będziemy sobie latać na golasa, bez żadnej ściemy, z listkiem figowym. I Ty nic nie będziesz musiała robić, nic. Ja Cię będę karmił i poił, i mył Cię będę całą, calusieńką. Uch, normalnie jestem taki krejzi, jak o Tobie myślę, taki krejzi, że mi chyba jaja rozerwie z tej tęsknoty...

Boże, że też mogła kochać takiego niedocofa! Chyba sama sobie postanowiła zrobić na złość, kiedy związała się z nim wbrew alarmującej intuicji, zdrowemu rozsądkowi oraz wszelkim znakom na niebie i ziemi zwiastującym nieszczęście. A jednak kochała go i tęskniła tak mocno, że kiedy tylko pojawiały się wątpliwości, szybko zagłuszała je, zajadając wszystkie swoje lęki i przeczucia. I czekała, wciąż czekała.
Tymczasem Mieszko na tyle wygodnie umościł się na emigracji, że nadszedł moment decyzji: likwidujemy nasze życie w Polsce, zaczynamy future na Wyspach Brytyjskich, krainie skandali w rodzinie królewskiej, gry w polo, flegmy i zamachów terrorystycznych. I kiedy wczorajszego wieczoru podczas uroczystej kolacji wzruszony wykrztusił: „Słonko, chciałbym ci kogoś przedstawić”, Jadzia była pewna, że będzie to:
a) jego matka;
b) anglikański ksiądz, który udzieli im ślubu;
c) lokaj i zarządca ich londyńskiej rezydencji.
Niestety, był to jednak wariant d): przyszła matka jego dziecka ( „Słonko, sorry, ale nie umiałbym prowadzić podwójnego życia”).
Żeby nie zabić gada widelczykiem do krabów, Jadzia natychmiast pognała na lotnisko, zawijając po drodze w swój tułaczy tobołek kilka ubrań, dziecko i zgruchotane poczucie własnej wartości. Przez całą drogę metrem Gustaw jęczał, że zapomnieli wziąć Rajmunda. Był to wyjątkowo szpetny, wyleniały jednooki pluszak, którego Gucio dostał przed laty od swojego ojca. Ten, wracając pewnego razu z nocnej bibki, nabył go okazyjnie od ulicznego pijaczka. Już sam wygląd Rajmunda zdradzał jego bujną przeszłość, a sterczące, nieproporcjonalnie duże, pomarańczowe siekacze dodawały mu swoistego dramatyzmu. To zrozumiałe, że zdobył wrażliwe serce dziecka na wieki.
– Nie płacz już, no proszę... – Jadzia była kompletnie bezradna wobec rozpaczy synka. – Kupię ci jakiegoś innego miśka.
– To nie był żaden misiek, tylko... tylko... nuuutria, buuu!!!
To prawda, Rajmund był nutrią i wyglądało na to, że zniknął z ich życia równie skutecznie jak Mieszko, nowa szkoła Gucia, spacery po Notting Hill i sielskie życie na garnuszku Królowej. Matka i dziecko skulili się na siedzeniach, przeżywając każde z nich na swój sposób bolesną stratę.
Strajk na lotnisku okazał się dla nich w gruncie rzeczy błogosławieństwem. Jadzia, unieruchomiona z tysiącem innych osób, mogła trochę ochłonąć, zobaczyć, że inne kobiety mają jeszcze gorzej (po raz kolejny staropolski sposób na chandrę okazał się bezkonkurencyjny). Nawet jeśli teraz są w szczęśliwych związkach, to z pewnością zostaną porzucone. Zrozumiała, że to jest po prostu wpisane w naturę mężczyzn i trudno mieć nawet o to pretensje... Są tylko niższym, ułomnym bytem, gorszym gatunkiem człowieka... Więc jedynym słowem, jakie przychodziło jej do głowy teraz, gdy siedziała zrezygnowana i patrzyła na tych wszystkich ważniaków w lotniczych uniformach, leniwych sprzątaczy wkopujących pod wycieraczkę papierek, brzuchatych ojców rodzin rozwalonych na plastikowych krzesełkach, młodych, a już warczących na swoje dziewczyny wyrostków i małych, wrednych chłopczyków, strzelających „babolami” we własne siostry o spojrzeniu urodzonych niewolnic... no więc, jedyne słowo, jakie przychodziło jej na myśl, gdy widziała cały zawszony, męski ród, brzmiało: eksterminacja. Przynajmniej do chwili, kiedy przypomniała sobie o własnym synu.
– Nie martw się, pomogę ci ją wypić – wymamrotał, mocując się z zepsutym zamkiem walizki.
– Co wypić? – Jadzia spojrzała na niego jak na kosmitę. Bywały chwile, kiedy jej pewność, że urodziła E.T. była stuprocentowa.
– No... tę czarną polewkę, którą dziś dostałaś. Ale przecież człowiek przez lata ewolucji wykształcił...
Jadzia resztką sił ucięła wywód o mechanizmach obronnych, jakie uruchamia ludzka psychika w momentach kryzysowych.
– Jeśli natychmiast nie przestaniesz, porzucę cię na najbliższym punkcie kontrolnym.
Czuła się naprawdę zmęczona. Wyjedzona od środka przez jakiegoś gigantycznego robaka, z lejem po bombie zamiast serca. Brudna i lepka od potu, brzydka i konkursowo wyrolowana. Przekroczyła trzydziestkę, a wiadomo, że w tym wieku trudniej się chudnie, seks wydaje się przereklamowany i każdy ranek może być właśnie tym, kiedy obudzisz się z podwójnym podbródkiem. Wciąż zadawała pytanie: jak to możliwe, że zawsze kończy się tak samo? Wielkie zaczadzenie, nadzieje i plany, i nagle, ni z tego, ni z owego: pier-dut! Narastało w niej tak wielkie poczucie krzywdy i odrzucenia przez świat, że płakała już całkiem otwarcie. Jedną ręką próbowała włożyć okulary przeciwsłoneczne, drugą zatamować katar, który ciurkiem ciekł jej z nosa. Wyjęła chusteczkę, okulary wypadły jej z ręki i potoczyły się na posadzkę wprost pod nadchodzące męskie stopy, obute w szpanerski model adidasów i designerskie spodnie Diesla. Usłyszała chrzęst rozdeptywanego plastiku i szkła.
– Aaapsik! – Kichnęła, spluwając obficie na markowe obuwie przechodnia.
– Ożeż, kurwa mać! – wrzasnął przepiękną polszczyzną jakiś wypindrzony goguś i zrobił taką minę, jakby za wszelką cenę chciał się odseparować od swojej pokrytej glutami stopy. – Ocipiała pani czy co?
Jadzia nie znalazła żadnej błyskotliwej odpowiedzi na tak postawione pytanie. W jej sercu przerażenie mieszało się z ulgą, bo to jednak zawsze miło spotkać rodaka. Człowiek nie czuje się taki samotny. Równocześnie zastanawiała się, jak to możliwe, że niektórzy noszą buty warte jej kilka pensji, i co zrobi, jeśli ten wymuskany pajac zażąda finansowej rekompensaty?
– No przepraszam, ale chyba nie zrobiłam tego specjalnie, prawda?
Tymczasem Gustaw, złote dziecko, z ogromnym zaangażowaniem początkującego pucybuta rzucił się do stóp nieznajomego. Szorował chusteczką sponiewierane obuwie, co chwilę obficie na nie spluwając.
– To Nike, prawda? – zapytał rezolutnie. – Najnowszy model... Nike otworzył w Chinach kolejną fabrykę... Zatrudnia pięcioletnie dzieci i płaci im dwadzieścia centów za dziesięć godzin pracy.
– Eeee... – Mężczyzna poczuł, że jest w potrzasku, i wykonał dziwny oczopląs, oceniając szanse ucieczki.
– Mogę pokryć koszty pralni – zaproponowała Jadzia, ciągle wycierając nos.
– Niech pani nie żartuje... – Stał zażenowany, rozsiewając wokół odurzający zapach męskiej wody toaletowej „Rush” Gucciego. Zapach ten wzbudził w Jadzi niejasną tęsknotę. Działał na nią niepokojąco i przytępiał ostrość widzenia. Dlatego zamiast szybko zakończyć sprawę podświadomie przedłużała tę upokarzającą wymianę zdań.
– Jasne, że żartuję... Taki ze mnie żartowniś. Od samego rana trzymają się mnie żarty. – Jej głos niebezpiecznie wchodził na zbyt wysoką częstotliwość. – Chodzę sobie i pluję na ludzi, cha, cha, cha! Wszystko mnie wprawia w dobry humor, nawet to, że zostałam sama jak palec, tylko z dzieckiem, i nie wiem, jak znajdę siłę, żeby przeżyć kolejny dzień! No, czemu się pan nie śmieje? Normalnie boki zrywaaaać! – I żeby być konsekwentna, rozpłakała się na całego.
Stojący opodal ludzie odwracali się, patrząc z zatroskaniem i pytając, czy wszystko w porządku. A kiedy liczne potomstwo hinduskiej pary zawtórowało z empatią, Jadzia poddała się cudownej, otulającej fali współczucia. Już niebawem tonęła w pokaźnych ramionach biuściastej Afroamerykanki, podczas gdy Gustaw, karmiony kandyzowanym ananasem, wykorzystywał ten czas do poszerzania swojego angielskiego słownictwa.
Osmarkany facet postał trochę, przestępując z nogi na nogę, a potem dyskretnie wytarł buty o nogawki własnych spodni. Odchodząc w stronę bramki nr 8, zastanawiał się, dlaczego u licha kobiety sprawiają, że zawsze czuje się winny.


Independent.pl jest patronem medialnym książki


Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data wydania: 2008-10-10