Autor: Joselito Michaud
Tytuł: W pułapce dzieciństwa



Dramatyczna historia poszukiwań matczynej miłości i domu, osnuta na prawdziwych wspomnieniach autora z dzieciństwa.

Olivier tuła się po rodzinach zastępczych, lecz jego prawdziwy dramat rozpoczyna się z chwilą, gdy jako pięciolatek trafia pod dach tyrana i alkoholika, dla którego głównym argumentem w kontaktach z domownikami jest pięść. Po dwóch latach chłopiec wyzwala się spod kontroli psychopatycznego opiekuna, lecz nie oznacza to końca jego gehenny. Oliviera czeka jeszcze wiele przykrych rozczarowań. Dopiero po tragicznym wypadku samochodowym odkryje wstrząsający sekret, który zaważy na całym jego życiu. Czy zraniony we wczesnym dzieciństwie chłopiec zniesie kolejny wstrząs i będzie potrafił otworzyć się na miłość?


Fragment:

Wstęp

Jeśli czytając tę książkę, ktoś z was rozpozna siebie na jej stronach, wiedzcie, że nie było to zamierzone. Nigdy, przenigdy nie chciałem komukolwiek sprawić przykrości lub kogokolwiek skrzywdzić. Chciałem tylko opisać całą bezsilność, niezrozumienie i strach, jaki czasami można bardzo głęboko odczuwać, kiedy jest się małym dzieckiem, rzuconym w świat dorosłych. Kiedyś przeczytałem w książce Johna Bowl­by’ego, wybitnego angielskiego psychiatry i psychoanalityka, znanego z prac na temat przywiązania i relacji matka–dziecko, że wszystko zależy od tego, co przydarzyło się nam przed piątym rokiem życia. To do tego momentu kształtują się w nas zaufanie i wszelkie postawy. Potem dowiedziałem się, że nawet po osiągnięciu tego wieku możemy dalej rozwijać inteligencję emocjonalną. A niedawno dopiero zrozumiałem, że powinniśmy starać się przesiewać ziarno, tak aby zakiełkowało w nas to, co najlepsze. Historia nie mówi, kiedy wreszcie będziemy mogli zebrać plony; pokaże to samo życie.

Wyjazd

Dziesiąty listopada 1975 roku w małym kanadyjskim miasteczku Sainte-Hélène-de-Mancebourg, w regionie Abitibi, zapisał się jako jeden z bardziej znamiennych dni w kalendarzu mojego życia. Od świtu lekko siąpił drobny deszczyk. Woń mokrej ziemi unosiła się w powietrzu i mieszała z aromatem świeżo parzonej kawy. Ładnie pachniało. Dzień dopiero się zaczynał. Jak często mi się zdarzało, spędziłem kolejną bezsenną noc, by jakoś dotrwać do rana. Nocą nachodził mnie lęk; nic na to nie mogłem poradzić.
Tamtego poranka po raz trzeci w ciągu pięciu lat musiałem przemeblować mój mały świat. Przerzucany z jednej rodziny zastępczej do drugiej, cały czas próbowałem gdzieś zapuścić korzenie i odnaleźć punkty orientacyjne, nie okazując niezadowolenia z obawy, że przestanę być kochany.
Z wyższością przynależną życiowemu doświadczeniu siedmiolatka stałem się błędnym rycerzem, który walczy z przeciwnościami losu. Trzymałem się prosto, żeby sprawiać wrażenie silnego, choć jeszcze nie byłem. Miałem już poczucie dumy, które nie pozwalało mi okazywać, że jestem wrażliwy. Samotnie musiałem iść swoją drogą i żyć, starając się nie zastanawiać zbytnio nad tym, co mi się przytrafi. W każdym razie nie byłem w wieku, aby znać odpowiedź na tego rodzaju pytania.
Po raz kolejny wyruszałem na podbój nowego domu, tym razem do rodziny Rivard. Byłem pełen niepokoju, który ogarniał mnie już od dawna i prześladował w dzień i w nocy. W głowie kłębiły mi się bezładne myśli. Robiło mi się słabo. Ściskało mnie w żołądku. Jednak byłem przyzwyczajony do tych przedwczesnych rozstań.
Bolały mnie stopy w zniszczonych i dziurawych butach. Ból był przeszywający, ale nie wiedziałem, jak się go pozbyć. Ubrany w dopasowany, trzyczęściowy garnitur, składający się z marynarki, spodni i kamizelki, na których odcisnął się ząb czasu, starałem się wyglądać dumnie. Moje ręce wydłużyły się i ciało opinało znoszone, tweedowe ubranie, które dostałem w spadku po starszym chłopcu. Mimo to chciałem je nosić z godnością; czułem się jak mały mężczyzna. Zbyt mocno ściśnięty węzeł krawatu dusił mnie. Sporo urosłem w ciągu ostatnich paru miesięcy. Nikt oprócz mnie nie zwrócił na to uwagi. Często pozostawałem niezauważany.
Po dwóch i pół roku ciężkiej szkoły życia myśl o opuszczeniu wreszcie rodziny Surprenant dawała nadzieję na lepszą przyszłość. Robiło mi się lżej na sercu, że koniec końców ucieknę z tego przeklętego miejsca, w którym przemoc była na porządku dziennym. Ponieważ moje zaufanie zostało nieco zachwiane przez to, co widziałem, słyszałem i czego doświadczyłem w trakcie pobytu u nich, nie śmiałem jeszcze wierzyć w nadchodzące wyzwolenie. Przez długi czas myślałem, że nie uda mi się wyjść cało i zdrowo z tej trudnej sytuacji.
Parę lat wcześniej państwo Surprenant ukryli się na odludziu przed wścibskim wzrokiem gadatliwych sąsiadów. Zagubiony w odległej wiosce, czułem się całkowicie odosobniony, co pogłębiało dramatyzm scen, jakie rozgrywały się na moich oczach.
Szedłem krokiem zdobywcy, choć w głębi mnie czaił się strach, który coraz trudniej było mi ukryć; wcześnie pojawił się w moim życiu. To w rodzinie Surprenant uwił sobie we mnie gniazdko. Żyłem z nim w symbiozie. Oplótł moje życie niby pajęczyna. Musiałem pogodzić się z tym stanem rzeczy i żyć ze strachem może już zawsze.
Tamtego poranka opuściłem dom państwa Surprenant z determinacją i walącym sercem. Uzbroiłem się w odwagę, aby iść krokiem pełnym godności, starając się nie ugiąć pod ciężarem doświadczeń z przeszłości. Wypełniała mnie duma. Każdy krok w stronę auta uwalniał mnie spod ich tyranii – tyranii, która została mi narzucona od dnia mojego przyjazdu. Rzuciłem w ich stronę ostatnie przelotne spojrzenie, nie siląc się nawet na najmniejszy uśmiech; moje szczęki były zbyt mocno zaciśnięte. Mogli się we mnie wpatrywać z wrogością, już się ich nie bałem. Nigdy więcej nie będę się ich bać. Władza, jaką nade mną mieli, ostatecznie się skończyła.
Odwróciłem się, patrząc prosto przed siebie, żeby nie mieć do nich zbyt dużego żalu. Zostało mi dość gniewu na drogę. Mimo wszystko jednak targały mną sprzeczne uczucia. Chciałem móc im wybaczyć i wyruszyć w spokoju ducha. Być może zbyt wiele od siebie oczekiwałem, biorąc pod uwagę wcześniejsze okoliczności. Wspomnienie lat spędzonych u nich było tak bolesne, że jeszcze długo mnie prześladowało.
Podczas drogi do nowego domu miałem mocne postanowienie, aby spróbować pozbyć się balastu wspomnień i móc podróżować z lekkim sercem. Lecz byłem tylko dzieckiem i nie bardzo wiedziałem, jak to osiągnąć. Wówczas dzieciństwo wydawało mi się więzieniem, z którego wreszcie będę mógł uciec, gdy stanę się dorosły. Zresztą nauczyłem się liczyć, skreślając w kalendarzu dni, które zostały mi do dnia wolności. Osiągnięcie pełnoletności było czymś dużo więcej niż celem – stało się moją obsesją. Wyobrażałem sobie, że czeka mnie wiele lat absolutnego szczęścia. Jednak do tej chwili musiałem się jakoś trzymać. Wierzyłem, że przy odrobinie szczęścia kiedyś mi się naprawdę uda.
Od najmłodszych lat, mimo wszelkich napotkanych po drodze przeszkód, umiałem cieszyć się drobnymi przyjemnościami życia. Nawet w najtrudniejszych momentach byłem przekonany, że wszystko minie. Trzeba tylko cierpliwie czekać, czego, choć nie bez wysiłku i zwątpień, z czasem się nauczyłem.
W jednej ręce z trudem dźwigałem mocno zużytą i naznaczoną licznymi zadrapaniami niebieską walizkę ze zwiotczałej tektury, w której troskliwie przechowywałem kilka relikwii z nie tak odległej przeszłości: dwie pary starannie złożonych ubrań, długie kalesony, parę wełnianych skarpet, książkę z wyblakłymi obrazkami, przedstawiającymi zwierzęta na fermie, i różaniec o dużych koralikach, którym uprzejmie obdarowały mnie zakonnice, gdy cztery lata wcześniej opuszczałem przytułek świętego Jana Baptysty w Quebecu.
W drugiej ręce mocno ściskałem pluszowego misia. Trzymałem w rękach to, co miałem w życiu najcenniejszego.



Oprawa: miękka
Tłumaczenie: Natalia Stochalska
Kategoria: Literatura światowa
Tytuł oryginału: Dans mes yeux a moi
Format: 125mm x 195mm
Liczba stron: 284




Wydawca: Prószyński i S-ka



Data wydania: 2012-05-10