Autorka: Juli Zeh
Tytuł: Ciemna materia



Inspektor Schilf musi znaleźć odpowiedź na kilka kluczowych pytań.
Kto
...porwał małego Liama, syna znanego fizyka Sebastiana? Czy na pewno było to porwanie, skoro chłopiec szybko się odnalazł, nic mu nie było, a na dodatek nie pamiętał żadnego porwania?
...zamordował lekarza Dabbelinga? Czy na pewno było to morderstwo? Być może tylko tragiczny w skutkach wygłup kogoś, kto rozpiął między drzewami stalową linkę?
Czy
...istnieją światy równoległe, o które zaciekle się spierają przyjaciele Sebastian i Oskar, także znany fizyk?
...nielegalne testy leków, przeprowadzane na pacjentach miejscowego szpitala, miały coś wspólnego ze śmiercią Dabbelinga? A może ważny jest tu raczej fakt, że był on znajomym (jak bliskim?) żony Sebastiana?
Dlaczego
...tak trudno dowieść prawdziwości własnej egzystencji i nieomylności swoich sądów? Czy możliwa wielość światów ma z tym coś wspólnego?
...wierzymy, że wszystko ma swoją przyczynę, skoro chaos życia nieodparcie trzyma stronę przypadku?

Nowa powieść Juli Zeh to niezwykły kryminał. Filozoficzne i naukowe rozważania wciągają w nim równie mocno, co meandry skomplikowanego śledztwa.

Opinie:

Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym.
Die Tageszeitung

„Świat należy do tego, kto potrafi go objaśnić”, twierdzi Juli Zeh – i ona to potrafi!
Hannoversche Allgemeine Zeitung

Znacznie lepsze niż jakikolwiek thriller. Julie Zeh wie, jak stworzyć napięcie i jak je utrzymać.
Hamburger Abendblatt Journal

Juli Zeh przeprowadza wyrafinowany eksperyment myślowy: co by było, gdyby zamiast jednej rzeczywistości istniało wiele równoległych światów?
Berner Zeitung

Podążając korytarzami skomplikowanego labiryntu, napotkamy ukrytą historię miłosną, potyczkę dwóch naukowców, przekraczających granicę między fizyką i metafizyką (ta bitwa ma rozstrzygnąć zagadnienie poznawalności świata) oraz kryminalną partię szachów.
Die Welt

Ciemna materia to zadziwiająca historia opowiedziana z prawdziwą wirtuozerią. Juli Zeh prowadzi nas przez nią z pewnością, lekkością i dowcipem.
Welt am Sonntag

Z recenzji poprzednich książek:

Zeh ucieka od schematów niemieckich powieści, tworząc niespotykane napięcia pomiędzy poetycką, nierzadko abstrakcyjną pajęczyną znaczeń a brutalnym, prostym kolokwializmem. [...] Niekończący się psychodeliczny film, którego nie powstydziłby się ani Lynch, ani Tarantino.
Pogranicza

Mimo zanurzenia we współczesności, czytelnik Instynktu gry ma nieraz wrażenie, że trzyma w ręku powieść napisaną na początku XX wieku przez Manna, Musila albo Gide’a. Zeh tworzy podobny rodzaj prozy filozoficznej, zgłębia te same tematy.
Nowe Książki


literatura piękna
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
wydanie: I
tytuł oryginału: Schilf
przekład: Sława Lisiecka
gatunek: powieść
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm




Fragment


Sophie-de-la-Roche-Strasse emanuje takim dobrobytem, że bezstronny obserwator mógłby pomyśleć, iż bycie w zgodzie ze światem stanowi tutaj warunek zgłoszenia w urzędzie głównego miejsca zamieszkania. Ponieważ od wód Gewerbebach wilgotnieją mury, drzwi budynków są otwarte na oścież, i wygląda to tak, jakby kładki dla pieszych wystawały niczym jęzory z paszcz otwartych na całą szerokość. Bez wątpienia najpiękniejszym budynkiem jest dom numer siedem, pobielony, ze skromnymi sztukateriami. Kwiaty glicynii spływają kaskadą po fasadzie. Staromodna latarnia sennie czeka na swoje nocne zatrudnienie; w jej etoli z bluszczu hałasują wróble. Godzinę później skręci za róg taksówka i zatrzyma się obok niej. Pasażer na tylnym siedzeniu odsunie na czoło okulary przeciwsłoneczne, aby podać kierowcy drobne. Wysiądzie, odchyli głowę i spojrzy ku oknom na drugim piętrze. Już teraz tuptają tam po gzymsie dwa gołębie, kłaniają się sobie i podfruwając od czasu do czasu, zerkają w głąb mieszkania. Sebastian, Maike i Liam są pewni, że w każdy pierwszy piątek miesiąca wieczorem ci skrzydlaci obserwatorzy nie spuszczają ich z oczu.

Jedno z okien należy do gabinetu Sebastiana, który z pochyloną głową i podkurczonymi nogami siedzi teraz na podłodze. Wokół leżą skrawki papieru, pod ręką Sebastian ma nożyczki, jakby właśnie robił gwiazdki na Boże Narodzenie. Obok przycupnął jego syn Liam, o takich samych blond włosach i jasnej karnacji, a i z postawy będący miniaturą ojca. Patrzy na arkusz czerwonego kartonu, na którym drukarka laserowa odbiła zygzakowatą krzywą, przypominającą panoramę Alp. Gdy Sebastian przykłada nożyczki, Liam ostrzegawczo podnosi palec.
– Uważaj! Trzęsiesz się!
– Bo staram się nie trząść, ty cwaniaku – mówi Sebastian. Widząc jednak, że Liam robi wielkie oczy, żałuje swojego tonu.
Sebastian denerwuje się, jak każdego wieczoru w pierwszy piątek miesiąca, i jak zawsze kładzie to na karb złego dnia. W pierwsze piątki miesiąca każda drobnostka może popsuć mu humor. Dzisiaj było to spotkanie nad brzegiem rzeki Dreisam, gdzie w czasie przerwy południowej odpoczywał po wykładach. Natrafił tam na grupę ludzi, którzy, trochę z boku i początkowo bez widocznego powodu, stali wokół płaskiej kupki piasku. Wystawało z niej żałosne, ledwie posadzone drzewko, podtrzymywane w pozycji pionowej tylko przez podpórkę wykonaną z drewnianych drążków i gumowych wiązań. Trzej ogrodnicy stali wsparci na łopatach. Wysoki, ciemno ubrany niezgrabiasz, koło którego stała mała dziewczynka, wstąpił na piaszczysty wzgórek i zaczął uroczyście przemawiać. Drzewo roku. Czarna jabłoń. Miłość do ojczyzny, do przyrody, do dzieła stworzenia. Stojące półkolem podstarzałe panie milczały. Później pierwszy sztych łopaty w ziemi, pełne afektacji sypnięcie szufelką piasku, do tego woda, lana z blaszanej konewki przez dziewczynkę. Oklaski. Sebastian wbrew woli pomyślał o Oskarze i o tym, jaką uwagę zrobiłby jego przyjaciel na widok takiej sceny: Patrzcie państwo, stado stopochodnych w akcie wielbienia własnej bezsilności! A Sebastian by się roześmiał i zataił, że prawdę mówiąc, czuje się przerażająco podobny do tego drzewa roku. Sadzonka ze zbyt dużą podpórką.
– Wiesz, co to jest drzewo roku? – pyta syna, który przecząco kręci głową i wlepia wzrok w nożyczki, znieruchomiałe w ręce ojca. – Drzewo roku to bzdura – mówi Sebastian. – Największe gówno, jakie można sobie wyobrazić.
– Dzisiaj przyjeżdża Oskar, tak?
– Jasne. – Sebastian bierze się do wycinania. – A bo co?
– Bo jak ma przyjechać Oskar, to zawsze wygadujesz takie dziwne rzeczy. I – Liam wskazuje karton – bierzesz ze sobą pracę do domu.
– Myślałem, że lubisz ważyć krzywe? – pyta wzburzony Sebastian.
Dziesięcioletni Liam jest już wystarczająco mądry, by nie odpowiadać na to pytanie. Oczywiście, że lubi pomagać ojcu w doświadczeniach fizycznych. Wie, że zygzakowata linia opisuje wynik pomiaru radiometrycznego, chociaż sam nie potrafi wyjaśnić, co znaczy „radiometryczny”. Całka pod krzywą daje się obliczyć, gdy wytnie się tę płaszczyznę i określi jej wartość, ważąc karton. Ale Liam wie również, że w instytucie stoją komputery umiejące to obliczyć bez wykonywania robótek ręcznych. Ta sprawa mogłaby z pewnością poczekać do poniedziałku. Takie zajęcie ma zatem w późne piątkowe popołudnie przede wszystkim sprawić przyjemność Liamowi, a tym samym uspokoić sumienie Sebastiana. Tyle że deska do krojenia i ostre noże, których właściwie potrzebowaliby, aby zrobić maleńkie ząbki i wcięcia, są u Maike w kuchni.
Kiedy Maike gotuje dla Oskara, przybory kuchenne należą wyłącznie do niej. Za każdym razem, gdy już od samego rana opowiada, jaką nową potrawę wypróbuje, Sebastian zastanawia się, dlaczego te spotkania są dla niej takie ważne. Niezwykłe uwielbienie Liama dla wielkiego fizyka z Genewy powinno by z jej punktu widzenia przemawiać przeciw tym odwiedzinom. Poza tym Oskar rzadko kiedy odnosi się do Maike inaczej niż ze zgryźliwą ironią. Mimo wszystko to właśnie ona dziesięć lat temu wprowadziła obyczaj wspólnych kolacji i do dziś przy nim obstaje. Sebastian przypuszcza, że żona, świadomie lub podświadomie, usiłuje skierować coś na właściwe tory. Coś, co ma się rozgrywać na jej oczach, a nie w sposób niekontrolowany rozwijać w jakichś tajemnych rejonach. Nigdy nie rozmawiali o tym, czym to coś mogłoby być. W skrytości ducha Sebastian podziwia żonę za jej spokojną konsekwencję. Przecież przyjedzie w piątek?, pyta zazwyczaj, a Sebastian zazwyczaj kiwa potakująco głową. Nic więcej.
W środkowej części krzywa staje się prostsza, a pod koniec znów meandryczna. Liam oburącz podtrzymuje karton i krzyczy z radości, gdy nożyczki pokonują ostatnią rafę i zygzakowata reszta upada na podłogę. Ostrożnie ujmuje to arcydzieło za brzegi i idzie przodem, aby zobaczyć, czy waga kuchenna jest wolna.

W białej sukni, która sprawia wrażenie, jakby jej właścicielka dziś wieczorem chciała po raz drugi wyjść za mąż, Maike stoi boso przy bufecie i kroi niesforną sałatę. Prawym paluchem drapie się bezmyślnie po lewej łydce w miejscu po ukłuciu komara. Przez otwarte okno wpada letnie powietrze, przepełnione zapachem rozgrzanego asfaltu, płynącej wody i wiatru, który wysoko na niebie żongluje jaskółkami. W intensywnym świetle Maike bardziej niż kiedykolwiek wygląda jak jedna z tych kobiet, które mężczyzna pragnie wziąć ze sobą na koń i pocwałować wprost ku zachodzącemu słońcu. Jest tak pełna wdzięku, że wytrzymuje on również drugi rzut oka patrzących na nią ludzi. Cera Maike wydaje się jeszcze jaśniejsza niż cera Sebastiana, a lekko skrzywione usta sprawiają, że śmiejąc się, żona wygląda na nieco zamyśloną. Sukces niewielkiej galerii sztuki współczesnej, którą prowadzi w centrum miasta, zawdzięcza między innymi swojej aparycji. Dla artystów jest przede wszystkim menedżerką, ale czasem również modelką. Jej zmysł estetyczny osiąga nieomal religijny wymiar. Maike cierpi w bezdusznie urządzonych pomieszczeniach i nie postawi na stole żadnego szkła, dopóki nie obejrzy go badawczo pod światło.
Kiedy Sebastian zachodzi ją od tyłu, żona wysuwa przed siebie mokre ręce. Jest wygolona pod pachami. Jego palce pną się po schodach kręgów, od pośladków do karku.
– Zimno ci? – pyta Maike. – Cały drżysz.
– Czy istnieje jeszcze coś poza moim wegetatywnym systemem nerwowym – woła Sebastian celowo głośno – co by was interesowało?
– Tak – mówi Maike. – Czerwone wino.
Sebastian całuje ją w tył głowy. Oboje wiedzą, że Oskar z pewnością przeczytał artykuł w „Spieglu”. Maike nie ma ambicji, by zrozumieć, czego dotyczy nieustanny naukowy spór obu mężczyzn. Ale zna jego przebieg. Gdy Oskar atakuje, jego głos jest niebezpiecznie cichy. Sebastian mruga oczami częściej niż zwykle, a broniąc się, zwiesza ramiona.
– Kupiłam brunello – mówi Maike. – Na pewno mu zasmakuje.
Kiedy Sebastian sięga po karafkę, czerwona świetlna plamka przemyka po piersi Maike, jakby jakiś pijany snajper celował do niej przez otwarte okno. Owoc, dąb, ziemia. Sebastian opiera się pokusie, żeby nalać sobie kieliszek, i odwraca się do Liama, który czeka przy wadze. Policzek przy policzku odczytują cyfrowe wskazanie.
– Znakomicie, profesorku. – Sebastian przytula syna. – Co należy zauważyć?
– Przyroda odpowiada naszym obliczeniom – mówi Liam, zezując w stronę matki. Jej nóż wybija na drewnianej desce oschły takt. Maike nie lubi, kiedy syn popisuje się wyuczonymi na pamięć zdaniami.
Sebastian zatrzymuje się na chwilę w progu, a później odnosi swoją krzywą z powrotem do gabinetu. Maike powie, że później zabezpieczy mu tyły. Lubi to wyrażenie. Pobrzmiewa starciem o nazwie codzienność, z którego ona co wieczór wychodzi zwycięsko. Choć wcale nie należy do typów walecznych. Zanim poznała Sebastiana, była zdecydowaną marzycielką. Spacerując nocami po ulicach, w marzeniach widziała się w każdym rozświetlonym mieszkaniu. W myślach zaczynała podlewać czyjeś rośliny doniczkowe, nakrywać do kolacji czyjeś stoły i głaskać po głowach czyjeś dzieci. Każdy mężczyzna mógł być kochankiem, u jego boku mogła w wyobraźni wieść życie rozwiązłe albo mieszczańskie, ekscentryczne niczym życie bohemy albo pełne zaangażowania politycznego – w zależności od koloru oczu i postury partnera. Włóczęgowska wyobraźnia Maike mimochodem zagnieżdżała się w różnych ludziach i miejscach. Póki nie spotkała Sebastiana. W chwili kiedy na Kaiser-Joseph-Strasse wpadła mu w ramiona (na Münsterplatz!, powiedziałby Sebastian, bo są dwie wersje ich pierwszego spotkania, każde z nich ma inną), rzeczywistość zmieniła stan z gazowego na stały. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, a tym samym wykluczenie jakiejkolwiek alternatywy, redukcja nieskończonego mnóstwa możliwości do tu i teraz. Pojawienie się Sebastiana w życiu Maike oznaczało, jak by on to wyraził, załamanie się kwantowomechanicznej funkcji fal. Od tamtej pory istnieją dla Maike tyły, które może zabezpieczać. Robi to przy każdej okazji i z ochotą.
– Potem możecie sobie spokojnie rozmawiać – mówi i przedramieniem odsuwa pasmo włosów z czoła. – Zabezpieczę ci...
– Wiem – mówi Sebastian. – Dziękuję.
Śmiejąc się, ukazuje między zębami gumę do żucia, a mimo to jest nieodparcie czarująca z tymi swoimi dziecięcymi oczyma i jasnymi włosami.
– Kiedy wreszcie przyjedzie Oskar? – marudzi Liam.
Podczas gdy rodzice popatrują po sobie, on rozkłada na stole kuchennym swoją niecierpliwość w postaci ornamentów z kawałków cebuli i ząbków czosnku. Maike puszcza płazem niegrzeczne zachowanie, jeśli zdradza kreatywność.



Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data premiery: 2009-09-30