Artysta: Justyna Bargielska
Tytuł: Obsoletki
"Obsoletki" to znakomity debiut prozatorski Laureatki Nagrody Literackiej Gdynia 2010. Justyna Bargielska - uznana poetka młodszego pokolenia - w swoim zbiorze opowiadań sięga po nowe środki wyrazu, by jak najpełniej uchwycić istotę straty rodzicielskiej. Błyskotliwość, dowcip, lekkość pozwają jej złamać tabu delikatnie, z szacunkiem dla ludzkiej odmienności i wrażliwości.
OPINIE:
"Obsoletka to - poza wszystkimi medycznymi powiązaniami - wygodna forma literacka dla nielubiących zapominać. Dla ceniących nie tylko dobre wspomnienia, bo jedną z metod szukania sensu jest dla nich analiza straty. Dla tych wreszcie, którym świadomość, że strata może nadejść w każdej chwili z każdej strony - pomaga osiągnąć szczęście".
Justyna Bargielska
"Mitochondria moje podczas lektury Obsoletek trzęsły się ze śmiechu, zastygały w zadumie i dygotały z zachwytu".
Natasza Goerke
"Bargielska wymiata: językowo, światopoglądowo i matkopoglądowo. Jeżeli ktoś w życiu zajmuje się pisaniem wierszy i dziećmi, a na dodatek ma odwagę szanować swoje życie prywatne, to zabija w nas skutecznie stereotyp samopoświęcającej się kobiety. Obsoletki zmuszają do myślenia i pokazują różne sposoby radzenia sobie z traumą - ale
wszystko to z humorem rodem z Topora".
Sylwia Chutnik
FRAGMENT:
Chciałabym opowiedzieć o moim ostatnim porodzie
Termin porodu przez cesarskie cięcie miałam naznaczony
na dziewiątego maja na dziewiątą rano. Termin był ustalany
za pomocą czterech kalendarzy, to jest kalendarza mojego,
położnika, anestezjologa i rzecznika prasowego urzędu
dzielnicy. Naczelnym dążeniem naszym było, by się ten termin
we wszystkich czterech kalendarzach pokrywał. Pokrył
się, choć dzień przed miałam w, wybaczcie mój francuski,
macicy, poważną obawę, że chyba się wyłamię z ustaleń, ale
ostatecznie się nie wyłamałam: miałam oddać całą pracę na
wieczór, a zrobione było pół (bo ja zawodowiec jestem) i to
mnie skutecznie powstrzymało w skurczach.
W piątek rano wstałam o wpół do drugiej po północy i poszłam
do łazienki czyścić fugi. Pięć godzin później wstał mój
mąż i starsze dziecko i pojechaliśmy. Dziecko upuściliśmy po
drodze u opiekunki.
Miałam pokoik w kolorze oranż motywujący, a koszulkę
mi dali niebieską z aplikacją. Błędnie wzięłam swoją niejaką
tępotę za skupienie, co najlepiej wyszło, gdy po serii pytań
towarzyskich (HIV, WR, HBS) lekarz spytał:
– A gdzie było robione poprzednie cięcie?
A ja, po nieskończenie długiej chwili, w której, gdybym
chciała, zdążyłabym odwiedzić Wegę, skąd przecież muszę
pochodzić, skoro zadaje mi się takie pytania, odpowiedziałam:
– Na brzuchu.
Lekarz spojrzał na męża, czy mógłby przetłumaczyć, i mąż
przetłumaczył, że w Szpitalu Praskim.
Potem przyszli po mnie, żebym już szła na salę operacyjną.
Nie potrafili mi wyjaśnić, dlaczego mam zdejmować majtki,
ale postanowiłam ulec ich irracjonalnej argumentacji, bo
przecież mógł to być mój ostatni raz ulegania irracjonalnej
argumentacji w kwestii zdjęcia majtek.
A na stole operacyjnym mój ginekolog powiedział:
– Ach, zapomniałem panią zbadać.
I wtedy się okazało, że już od dłuższego czasu rodzę, właściwie
kończę już, tylko byłam rozproszona fugami i nie zauważyłam.
Potem zaś potoczyło się wszystko błyskawicznie: wyjęli
małego, wyglądał jak biała kiełbasa, wzięli go do pokoiku
obok na metraż, pediatra gwizdnął na męża, żeby z nimi
poszedł, i przestało działać znieczulenie. Powiedziałam anestezjologowi,
że chyba przestało działać znieczulenie, na
co on powiedział:
– Co też pani!
I to jest ten precyzyjny moment, w którym się w nim zakochałam.
Jeszcze na chwilę wrócił pediatra z moim mężem, przekazać
wynik metrażu.
– Pięćdziesiąt sześć centymetrów – powiedział, na co mój
mąż zwrócił uwagę, że pan pediatra chyba źle zmierzył, po
czym obaj znów wyszli do pokoiku.
Potem poszli anestezjolog, ginekolog i położna, mówiąc
mi przedtem miło:
– Dziękuję.
– Również dziękuję – powiedziałam.
I zostałam tylko ja z drugą położną, ja – płacząc, położna –
myjąc mnie. Kafelki były w kolorze spranej kaki.
Następnym razem będę chciała opowiedzieć o śmierci
z balkonu mojego kota Pawła.
Jak wydawało mi się, że mam czas
Usiadłam sobie, a nikt mi nie wisiał na cycu, nikt nie śturchał
ustnikiem niekapka, żeby mu dać soczku, ani żadną inną wypustką,
żeby w ogóle dać. Siedziałam, Kubica jeszcze nie był
zwycięzcą, polska reprezentacja na Euro, jeszcze nie w pełnej
pogrążona apatii, wpychała sobie bułki i banany, burzę
z piorunami to mogłam sobie pooglądać nad tęsknymi zarysami
city bez szans na jej dotarcie nad moją wieś, gdzie biała
łąka i bażanty, i pranie bezpieczne na balkonie. Siedziałam
i trwało to już milisekund może dwie, gdy przyszedł mąż porozmawiać
o książce.
Książkę o Kubusiu Puchatku w cyklu Śpiewanki – rozkładanki:
Play a Song
wydało z bateriami w zestawie wydawnictwo
Egmont. Rozkładanka na każdej stronie! Dziesięć
grających przycisków! Zaśpiewaj do muzyki. Chcesz się zatrzymać?
Naciśnij gwiazdkę!
Mój mąż pśtyknął przycisk z balonikiem i pokazał na tekst
takim samym balonikiem opatrzony czerwonym: „Hop! Siup!
Jak wspaniale jest brykać!”.
– Czy mogłabyś zaśpiewać ten tekst na tę melodię?
Niestety, nie szło. Może przekład był zły, a może moje
wykształcenie kierunkowe niewystarczające, ale nie było
tej harmonii dźwięku i słowa. Kiedy na prośbę męża prześpiewałam
„Kto z wdziękiem pośród chmurek…” do melodii
wydobywającej się z przycisku z Kubusiem oraz „Most misiowy
wali się” do melodii spod Kłapouchego i wszystko to
brzmiało jak raźna, ale jednak „Bogurodziiica”,
mąż zrobił
chytrą minę:
– Przyciski są pomylone – powiedział. – Tam, gdzie jest
balonik, trzeba śpiewać do parasola, a gdzie Prosiaczek, do
Tygryska. Odkryłem to.
A teraz jest bardzo rano, siedzę w kuchni i szukam tej
gwiazdki, którą trzeba nacisnąć, żeby się zatrzymać.
O śmierci z balkonu mojego kota Pawła
Paweł był ze mną i z moim mężem od początku. Przyniósł
go mąż do mnie z reklamówką, w której miał szczoteczkę do
zębów i inne takie, oraz z pytaniem, czy mogą ze mną zamieszkać.
Mogli, a Paweł miał wtedy osiem do dwunastu cali
długości i jedne wąsy białe, a drugie czarne. Potem Paweł występował
na różnych rodzinnych zdjęciach aż do ostatniego
piątku maja, kiedy to poniósł śmierć z balkonu.
Akurat przyszła do mnie siostra z synem.
Nie winię jej, bo już wiem, że to moja nieuważna podświadomość
zabiła Pawła, ale dla celów synchronicznych
chcę podkreślić, że akurat wtedy do mnie przyszli i zrobili
ten swój klasyczny wir powietrzny, na który ja i moje wodne
dzieci patrzyliśmy z cienkiej krawędzi pomiędzy wzruszeniem
ramion a załamaniem nerwowym. Trzeba było otworzyć
balkon dla tlenu i trzeba to przyznać i powiedzieć, że
przestałam trochę panować nad sytuacją, i Paweł wyszedł –
nie wiedzieć kiedy – i spadł – nie wiedzieć kiedy, lecz wiedzieć
na co – na beton.
Ale ja tego nie widziałam, więc szukałam Pawła w garderobie,
pomstując, bo nie wolno mu było wchodzić do garderoby.
A potem przyszedł z pracy mój mąż i jasnym się stało dla
nas, że Pawła nie ma na obiekcie w węższym pojęciu, więc
mąż poszedł sprawdzić, czy nie leży gdzie na obiekcie w pojęciu
szerszym. Nie leżał.
I tacy trochę znieczuleni nadzieją staliśmy potem późno
w noc na balkonie, gdy dzieci już poszły i spały, i rozmawia-
liśmy o tym, że może Pawła dopiero czeka śmierć, jeśli przelazł
na sąsiedni balkon, do tego sąsiada, co mu żona i córka
siedmiomiesięczna zginęły w wypadku samochodowym, bo
u sąsiada po południu było przez chwilę otwarte okno, ale teraz
już było zamknięte, a on się rzadko pojawiał w domu. Ja
się zawsze cieszyłam, że rzadko, bo miałam nadzieję, że nigdy
go nie zobaczę: już jak nam poprzedni właściciel opowiadał
u notariusza o tym sąsiedzie, to nie chciałam go oglądać.
Raz pakowaliśmy dzieciaki na korytarzu do wózka i przyszedł
ktoś, i wszedł do mieszkania tego sąsiada, ale mój mąż
powiedział, że to nie on, bo on jest wyższy i ma więcej takiej
klasy. A przez uchylone drzwi widziałam stojące w przedpokoju
torby cukru.
I tak patrzyliśmy z góry i z boku na nasz stosunkowo nowy
dom i jego łyse patio, aż wzrok mój padł na czarny punkt, coś
jakby worek na śmieci, obok altanki śmietnikowej.
– A tamto to nie Paweł jest? – powiedziałam do męża.
– E, nie – powiedział mąż.
A rano zadzwonił do mnie z pracy – ma pracę na terenach
leśnych poza granicami administracyjnymi Warszawy – i powiedział:
– No to go zakopałem.
(...)
Wydanie I
Format: 125x195 mm
oprawa miękka, foliowana
Liczba stron: 92
Projekt okładki: Kamil Targosz
Seria wydawnicza: Linie Krajowe
Cena: 32.00 zł
Tytuł: Obsoletki
"Obsoletki" to znakomity debiut prozatorski Laureatki Nagrody Literackiej Gdynia 2010. Justyna Bargielska - uznana poetka młodszego pokolenia - w swoim zbiorze opowiadań sięga po nowe środki wyrazu, by jak najpełniej uchwycić istotę straty rodzicielskiej. Błyskotliwość, dowcip, lekkość pozwają jej złamać tabu delikatnie, z szacunkiem dla ludzkiej odmienności i wrażliwości.
OPINIE:
"Obsoletka to - poza wszystkimi medycznymi powiązaniami - wygodna forma literacka dla nielubiących zapominać. Dla ceniących nie tylko dobre wspomnienia, bo jedną z metod szukania sensu jest dla nich analiza straty. Dla tych wreszcie, którym świadomość, że strata może nadejść w każdej chwili z każdej strony - pomaga osiągnąć szczęście".
Justyna Bargielska
"Mitochondria moje podczas lektury Obsoletek trzęsły się ze śmiechu, zastygały w zadumie i dygotały z zachwytu".
Natasza Goerke
"Bargielska wymiata: językowo, światopoglądowo i matkopoglądowo. Jeżeli ktoś w życiu zajmuje się pisaniem wierszy i dziećmi, a na dodatek ma odwagę szanować swoje życie prywatne, to zabija w nas skutecznie stereotyp samopoświęcającej się kobiety. Obsoletki zmuszają do myślenia i pokazują różne sposoby radzenia sobie z traumą - ale
wszystko to z humorem rodem z Topora".
Sylwia Chutnik
FRAGMENT:
Chciałabym opowiedzieć o moim ostatnim porodzie
Termin porodu przez cesarskie cięcie miałam naznaczony
na dziewiątego maja na dziewiątą rano. Termin był ustalany
za pomocą czterech kalendarzy, to jest kalendarza mojego,
położnika, anestezjologa i rzecznika prasowego urzędu
dzielnicy. Naczelnym dążeniem naszym było, by się ten termin
we wszystkich czterech kalendarzach pokrywał. Pokrył
się, choć dzień przed miałam w, wybaczcie mój francuski,
macicy, poważną obawę, że chyba się wyłamię z ustaleń, ale
ostatecznie się nie wyłamałam: miałam oddać całą pracę na
wieczór, a zrobione było pół (bo ja zawodowiec jestem) i to
mnie skutecznie powstrzymało w skurczach.
W piątek rano wstałam o wpół do drugiej po północy i poszłam
do łazienki czyścić fugi. Pięć godzin później wstał mój
mąż i starsze dziecko i pojechaliśmy. Dziecko upuściliśmy po
drodze u opiekunki.
Miałam pokoik w kolorze oranż motywujący, a koszulkę
mi dali niebieską z aplikacją. Błędnie wzięłam swoją niejaką
tępotę za skupienie, co najlepiej wyszło, gdy po serii pytań
towarzyskich (HIV, WR, HBS) lekarz spytał:
– A gdzie było robione poprzednie cięcie?
A ja, po nieskończenie długiej chwili, w której, gdybym
chciała, zdążyłabym odwiedzić Wegę, skąd przecież muszę
pochodzić, skoro zadaje mi się takie pytania, odpowiedziałam:
– Na brzuchu.
Lekarz spojrzał na męża, czy mógłby przetłumaczyć, i mąż
przetłumaczył, że w Szpitalu Praskim.
Potem przyszli po mnie, żebym już szła na salę operacyjną.
Nie potrafili mi wyjaśnić, dlaczego mam zdejmować majtki,
ale postanowiłam ulec ich irracjonalnej argumentacji, bo
przecież mógł to być mój ostatni raz ulegania irracjonalnej
argumentacji w kwestii zdjęcia majtek.
A na stole operacyjnym mój ginekolog powiedział:
– Ach, zapomniałem panią zbadać.
I wtedy się okazało, że już od dłuższego czasu rodzę, właściwie
kończę już, tylko byłam rozproszona fugami i nie zauważyłam.
Potem zaś potoczyło się wszystko błyskawicznie: wyjęli
małego, wyglądał jak biała kiełbasa, wzięli go do pokoiku
obok na metraż, pediatra gwizdnął na męża, żeby z nimi
poszedł, i przestało działać znieczulenie. Powiedziałam anestezjologowi,
że chyba przestało działać znieczulenie, na
co on powiedział:
– Co też pani!
I to jest ten precyzyjny moment, w którym się w nim zakochałam.
Jeszcze na chwilę wrócił pediatra z moim mężem, przekazać
wynik metrażu.
– Pięćdziesiąt sześć centymetrów – powiedział, na co mój
mąż zwrócił uwagę, że pan pediatra chyba źle zmierzył, po
czym obaj znów wyszli do pokoiku.
Potem poszli anestezjolog, ginekolog i położna, mówiąc
mi przedtem miło:
– Dziękuję.
– Również dziękuję – powiedziałam.
I zostałam tylko ja z drugą położną, ja – płacząc, położna –
myjąc mnie. Kafelki były w kolorze spranej kaki.
Następnym razem będę chciała opowiedzieć o śmierci
z balkonu mojego kota Pawła.
Jak wydawało mi się, że mam czas
Usiadłam sobie, a nikt mi nie wisiał na cycu, nikt nie śturchał
ustnikiem niekapka, żeby mu dać soczku, ani żadną inną wypustką,
żeby w ogóle dać. Siedziałam, Kubica jeszcze nie był
zwycięzcą, polska reprezentacja na Euro, jeszcze nie w pełnej
pogrążona apatii, wpychała sobie bułki i banany, burzę
z piorunami to mogłam sobie pooglądać nad tęsknymi zarysami
city bez szans na jej dotarcie nad moją wieś, gdzie biała
łąka i bażanty, i pranie bezpieczne na balkonie. Siedziałam
i trwało to już milisekund może dwie, gdy przyszedł mąż porozmawiać
o książce.
Książkę o Kubusiu Puchatku w cyklu Śpiewanki – rozkładanki:
Play a Song
wydało z bateriami w zestawie wydawnictwo
Egmont. Rozkładanka na każdej stronie! Dziesięć
grających przycisków! Zaśpiewaj do muzyki. Chcesz się zatrzymać?
Naciśnij gwiazdkę!
Mój mąż pśtyknął przycisk z balonikiem i pokazał na tekst
takim samym balonikiem opatrzony czerwonym: „Hop! Siup!
Jak wspaniale jest brykać!”.
– Czy mogłabyś zaśpiewać ten tekst na tę melodię?
Niestety, nie szło. Może przekład był zły, a może moje
wykształcenie kierunkowe niewystarczające, ale nie było
tej harmonii dźwięku i słowa. Kiedy na prośbę męża prześpiewałam
„Kto z wdziękiem pośród chmurek…” do melodii
wydobywającej się z przycisku z Kubusiem oraz „Most misiowy
wali się” do melodii spod Kłapouchego i wszystko to
brzmiało jak raźna, ale jednak „Bogurodziiica”,
mąż zrobił
chytrą minę:
– Przyciski są pomylone – powiedział. – Tam, gdzie jest
balonik, trzeba śpiewać do parasola, a gdzie Prosiaczek, do
Tygryska. Odkryłem to.
A teraz jest bardzo rano, siedzę w kuchni i szukam tej
gwiazdki, którą trzeba nacisnąć, żeby się zatrzymać.
O śmierci z balkonu mojego kota Pawła
Paweł był ze mną i z moim mężem od początku. Przyniósł
go mąż do mnie z reklamówką, w której miał szczoteczkę do
zębów i inne takie, oraz z pytaniem, czy mogą ze mną zamieszkać.
Mogli, a Paweł miał wtedy osiem do dwunastu cali
długości i jedne wąsy białe, a drugie czarne. Potem Paweł występował
na różnych rodzinnych zdjęciach aż do ostatniego
piątku maja, kiedy to poniósł śmierć z balkonu.
Akurat przyszła do mnie siostra z synem.
Nie winię jej, bo już wiem, że to moja nieuważna podświadomość
zabiła Pawła, ale dla celów synchronicznych
chcę podkreślić, że akurat wtedy do mnie przyszli i zrobili
ten swój klasyczny wir powietrzny, na który ja i moje wodne
dzieci patrzyliśmy z cienkiej krawędzi pomiędzy wzruszeniem
ramion a załamaniem nerwowym. Trzeba było otworzyć
balkon dla tlenu i trzeba to przyznać i powiedzieć, że
przestałam trochę panować nad sytuacją, i Paweł wyszedł –
nie wiedzieć kiedy – i spadł – nie wiedzieć kiedy, lecz wiedzieć
na co – na beton.
Ale ja tego nie widziałam, więc szukałam Pawła w garderobie,
pomstując, bo nie wolno mu było wchodzić do garderoby.
A potem przyszedł z pracy mój mąż i jasnym się stało dla
nas, że Pawła nie ma na obiekcie w węższym pojęciu, więc
mąż poszedł sprawdzić, czy nie leży gdzie na obiekcie w pojęciu
szerszym. Nie leżał.
I tacy trochę znieczuleni nadzieją staliśmy potem późno
w noc na balkonie, gdy dzieci już poszły i spały, i rozmawia-
liśmy o tym, że może Pawła dopiero czeka śmierć, jeśli przelazł
na sąsiedni balkon, do tego sąsiada, co mu żona i córka
siedmiomiesięczna zginęły w wypadku samochodowym, bo
u sąsiada po południu było przez chwilę otwarte okno, ale teraz
już było zamknięte, a on się rzadko pojawiał w domu. Ja
się zawsze cieszyłam, że rzadko, bo miałam nadzieję, że nigdy
go nie zobaczę: już jak nam poprzedni właściciel opowiadał
u notariusza o tym sąsiedzie, to nie chciałam go oglądać.
Raz pakowaliśmy dzieciaki na korytarzu do wózka i przyszedł
ktoś, i wszedł do mieszkania tego sąsiada, ale mój mąż
powiedział, że to nie on, bo on jest wyższy i ma więcej takiej
klasy. A przez uchylone drzwi widziałam stojące w przedpokoju
torby cukru.
I tak patrzyliśmy z góry i z boku na nasz stosunkowo nowy
dom i jego łyse patio, aż wzrok mój padł na czarny punkt, coś
jakby worek na śmieci, obok altanki śmietnikowej.
– A tamto to nie Paweł jest? – powiedziałam do męża.
– E, nie – powiedział mąż.
A rano zadzwonił do mnie z pracy – ma pracę na terenach
leśnych poza granicami administracyjnymi Warszawy – i powiedział:
– No to go zakopałem.
(...)
Wydanie I
Format: 125x195 mm
oprawa miękka, foliowana
Liczba stron: 92
Projekt okładki: Kamil Targosz
Seria wydawnicza: Linie Krajowe
Cena: 32.00 zł










