Musisz się zalogować lub zarejestrować
Autor: Laurent Graff
Tytuł: Szczęśliwe dni



Który człowiek w wieku osiemnastu lat wykupuje dla siebie miejsce na cmentarzu, a ukończywszy lat trzydzieści pięć, postanawia spędzić resztę swojego życia w domu starców? Poznajcie Antoine’a. Przedwcześnie pochłonięty myślą o śmierci, wybiera życie wśród starszych ludzi. W ośrodku „Szczęśliwe dni” zyskuje akceptację mieszkańców, stając się obiektem pożądania pielęgniarek i towarzyszem mężczyzny nazywanego Alzheimerem. Monotonne, pozbawione sensu życie bohatera zmienia się po przybyciu nowej pacjentki – śmiertelnie chorej Mireille, której marzeniem jest po raz ostatni zobaczyć morze. Antoine zabiera ją w krótką podróż.

OPINIE:

Szczęśliwe dni to przesycona czarnym humorem książka pełna trafnych obserwacji o życiu i jego kresie. Czarna komedia z filozoficznym przesłaniem.
Live

Niewielka książka, z której wyciągniesz daleko idące wnioski.
Marie-Claire

W Szczęśliwych dniach Graff z ogromną wrażliwością opisuje absurdy ludzkiego życia.
Page

Laurent Graff napisał znakomitą książkę. Będąc bystrym obserwatorem, potrafił uchwycić nasze marzenia, lęki i słabości w krótkich, nieskomplikowanych zdaniach. Wywołuje uśmiech, nawet jeśli jest on czasem gorzki.
Quest


literatura piękna
seria: poza seriami
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: twarda obwoluta
format: 12,5 x 17,5
liczba stron: 128



fragment

Piękny jesienny dzień; drzewa zrzucają listowie na trawnik; opatuleni pensjonariusze suną powolnym krokiem po asfaltowych alejkach, zbierając i rozgarniając stopami zwiędłe liście; ambulans przywozi nowego przybysza do jego ostatniego miejsca zamieszkania; siedzę obok Alzheimera, rozparty na ławce, i z błogim uśmieszkiem błądzącym po mej twarzy jak mewa na wietrze wdycham świeży powiew parku „Szczęśliwych Dni”. Bébel uprawia poranny jogging jakby w zwolnionym tempie, z ręcznikiem na szyi, a jego zdumiewająca opalenizna odcina się wyraźnie od białego dresu. Rachitycznymi susami, nie forsując kroku, biega od Domu do bramy, tam i z powrotem. „Jak forma, Bébel? – Dajemy radę!”
Na końcu głównej alei wznosi się Dom, obszerna dwupiętrowa budowla, dość nowa, przypominająca szwajcarskie schronisko z rzędami drewnianych balkonów. Na parterze, za rozsuwanymi szklanymi drzwiami, które zdobią zawieszone na karniszach kwieciste zasłony, mieści się jadalnia. Przy wejściu widnieje marmurowa tablica: „Szczęśliwe Dni. Prywatny Dom Opieki”. Wewnętrzny parking pozwala odwiedzającym podjeżdżać pod sam Dom. Całość sprawia wrażenie zdrowego, spokojnego, zadbanego miejsca.
Odwracam się do Alzheimera, który zdaje się wpatrywać w jakiś punkt w przestrzeni, w skupieniu, marszcząc brwi:
– O czym to mówiliśmy, Al’?
Al’ nie reaguje, zaciął się na jakiejś frazie, która w całości pochłania jego uwagę.
– Ach, tak, moje osiemnaście lat!
Al’, nagle zaciekawiony, spogląda na mnie:
– Ale gdzie pan mieszka?
– Chwileczkę, Al’, chwileczkę.

W wieku osiemnastu lat sądziłem, że spróbowałem już wszystkiego, co, grosso modo, wypełnia normalne życie, od miłości po pracę, od ideałów po ambicje, od rozczarowań do nudy. Zaznałem już, wprawdzie tylko w postaci infantylnych, acz znaczących próbek, życiowych radości i zawodów, i na tej podstawie wyrobiłem sobie ogólną opinię, na której, jak mi się zdawało, mogę w pełni polegać. Myślałem, że życie, z grubsza biorąc, nie może mnie już niczym „specjalnym” zaskoczyć, niczym, na co warto by czekać z nadzieją. Postanowiłem zdać się na los, niczego się nie spodziewać i przygotować na to, co musi nastąpić. „Ale gdzie pan mieszka?”
Pewnego pięknego dnia udaję się więc do kasy oszczędności z książeczką, którą rodzice cierpliwie uzupełniali od dnia moich urodzin. „Mieszka pan w kasie oszczędności?” Okazuję książeczkę oraz dowód osobisty panu z okienka i mówię, że chcę podjąć oszczędności. Miałem do tego prawo, byłem już dorosły. Gość sprawdza dokumenty, stuka w klawiaturę komputera i szczęśliwy, że może oddać przysługę młodemu, wkraczającemu w życie człowiekowi, wystawia czek z czymś w rodzaju zawodowej satysfakcji, nie zapominając o uroczystej minie ad hoc. Wsuwam czek do kieszeni i idę prosto do banku, by go zdeponować. Następnie udaję się do urzędu miasta. Pytam o osobę, która zajmuje się cmentarzami. Tak oto w wieku, w którym większość młodych ludzi kupuje sobie pierwszy samochód, postanowiłem wykupić sobie grób. Chciałem naznaczyć moje życie
kamieniem.
Staję przed osłupiałą urzędniczką, która nie wierzy własnym uszom. Pyta mnie o wiek, znów się dziwi, próbuje przemówić mi do rozsądku: „W pańskim wieku jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, ma pan czas, żeby o tym pomyśleć, całe życie przed panem... Dobrze się pan czuje?” Ależ tak, znakomicie, jestem zdrowy na ciele i umyśle, zapewniam. „Dobrze pan to przemyślał?”, nie daje za wygraną. Zaczynamy wypełniać papiery, patrzy na mnie dziwnie znad okularów, wyraźnie zmieszana; posyłam jej miły uśmiech. „Chodzi o grób rodzinny czy pojedynczą kwaterę?” Nie pomyślałem o tym. Było prawie pewne, że za parę lat ożenię się jak wszyscy, będę miał dzieci, jeżeli wszystko dobrze pójdzie, ale już teraz myśleć o ich grobie... Po chwili zastanowienia zdecydowałem się na pojedynczą kwaterę, nie należy sięgać zbyt daleko w przyszłość. „Na wieczność czy czasowa? – Na wieczność.” Przegląda rejestr, coś w rodzaju cmentarnego katastru, wielkiej księgi rachunkowej, i zapisuje numer kwatery. Pytam, czy mogę najpierw udać się na cmentarz i obejrzeć miejsce mojego przyszłego pochówku. Zrezygnowana odpowiada z westchnieniem, że kwatery przydziela się z urzędu, wedle ustalonego porządku, i otwiera księgę na stronie ze szczegółowym planem cmentarza, wskazując palcem przysługujące mi dwa metry kwadratowe. Podpisuję dokumenty i wpłacam zaliczkę, resztę mam uregulować po otrzymaniu faktury, która przyjdzie pocztą. Serdecznie dziękuję i wyciągam rękę, żeby się pożegnać: podaje mi dłoń smutną, trupią, pozbawioną życia. Biedactwo, była kompletnie oszołomiona, zbita z tropu! Zgorszona moją wizytą. Gdy opuszczałem jej biuro, powiedziała: „Mam syna w pańskim wieku”. Uśmiechnąłem się po raz ostatni i zostawiłem ją samą, by udać się do zakładu pogrzebowego. „Ale gdzie pan mieszka?”
To nie żart, naprawdę, facet z zakładu pogrzebowego wyglądał raczej na rzeźnika niż grabarza. Czerwona twarz hulaki, obleśne sadełko, niestosowna wylewność, w stylu „Czym możemy służyć?”, którą starał się z lepszym czy gorszym skutkiem hamować. „Słucham pana?”, takim tonem, jakby składał wyrazy współczucia, chowając nóż za plecami. Wyjaśniam mu, o co chodzi, a on, prawdziwy człowiek interesu, prawie się nie dziwi: „Ma pan rację, nigdy nie jest za wcześnie, by o tym pomyśleć”. Mówię, że chciałbym jak to możliwe najszybciej ozdobić moją kwaterę nagrobkiem, dopełnić całości. Patrzy podejrzliwie: „Nie zamierza pan chyba...” Ależ skąd, nie przyszło mi do głowy odbierać sobie życia, nie mam takich planów, przeciwnie, chcę żyć, jak długo się da. Uspokoił się nieco. „Mamy tu kilka modeli, resztę znajdzie pan w katalogu”. Przeszedłem się po zakładzie, oceniając różne rodzaje marmuru i granitu, muskając dłonią polerowaną płytę czy profil nagrobnej steli. Szukałem czegoś zwykłego, bez pretensji do oryginalności czy estetycznych efektów. Po prostu nagrobka. Na samym końcu znalazłem coś, co chyba mi odpowiadało: płytę z jasnoszarego marmuru i kwadratową stelę, model bazowy. Facet wydawał się zawiedziony tym wyborem, pewnie wolałby, bym wybrał jakiś bardziej wyszukany kamień, oddając cześć jego sztuce. „Dobrze, proszę pana, jak pan sobie życzy”. Wyjaśnia mi, że trzeba trochę zaczekać, muszą najpierw przyznać mi kwaterę, potem przejdziemy do konkretów: „W końcu nic nie goni, prawda?” Wszystkiego dopilnuje i skontaktuje się ze mną. „Życzę miłego dnia!”
Oto jak w wieku osiemnastu lat kupiłem sobie grób. „Ale gdzie pan mieszka?”
Jest południe. Na dziedzińcu Domu „Szczęśliwe Dni” rozbrzmiewa dzwon, wzywając wszystkich na obiad.
– Chodź, Al’, pójdziemy coś przekąsić.
Pomagam Alzheimerowi wstać i wkraczamy do jadalni w towarzystwie innych pensjonariuszy tym samym powolnym, wymierzonym krokiem, którego w końcu się nauczyłem, by nie zjawiać się tu przed wszystkimi.
(…)
Leżę na łóżku z głową wciśniętą w poduszkę i oglądam Ognie miłości. Pokój jest obszerny i jasny, przyjemnie umeblowany i wyposażony we wszelkie niezbędne wygody. „Szczęśliwe Dni” to luksusowy pensjonat dla osób trzeciego wieku, z dostępem do usług medycznych na miejscu, proponujący wysokiej jakości usługi i rozliczne rozrywki (warsztaty, gry, wspólne wyjścia, spektakle), a dewiza Domu brzmi: „Wiedza przedłuża życie; «Szczęśliwe Dni» ożywiają późne lata”. Wolałbym coś skromniejszego, zwykłego, ale nie znalazłem niczego w promieniu trzydziestu kilometrów – i nie chciałem tracić z oczu mojego grobu. Stać mnie na pobyt tutaj dzięki niespodziewanemu spadkowi po nieznanym mi bliżej ojcu chrzestnym, który zmarł bezpotomnie, a został kiedyś wybrany przez moich rodziców w imię niezłomnej i jak im się zdawało, wiecznej przyjaźni. Życie najpierw po prostu oddaliło ich od siebie, potem rozłączyło na dobre. Ojciec chrzestny był tylko wspomnieniem z odległego dzieciństwa, aż w końcu z aktu notarialnego dowiedzieliśmy się o jego śmierci. Ulokowałem odziedziczoną sumę na koncie, które, wedle moich obliczeń, będzie w stanie finansować moją przedwczesną emeryturę przez dobre pięćdziesiąt lat.
Pamela kocha się w swoim teściu imieniem Jack, ten zaś miota się między uczuciem do syna Michaela i niechęcią do żony Ashley, nałogowej alkoholiczki, wiecznie pogrążonej w depresji. Niekończące się monologi Jacka rozbrzmiewały w całym Domu na pełny regulator, toteż pewnego pięknego dnia postanowiłem połączyć ten dźwięk z obrazem. Odtąd muszę wyjaśniać pensjonariuszom, którzy nie do końca wszystko zrozumieli, zawiłości intrygi i subtelności scenariusza. Pytają mnie w salonie albo na korytarzu, przychodzą do mojego pokoju po wyjaśnienia. Cierpliwie ustalam fakty, udzielam wyczerpujących odpowiedzi, zachęcam do refleksji i zwracam uwagę na pojawiające się nowe wątki niczym prawdziwy promotor serialu. Leżę na łóżku z założonymi rękami i oglądam kolejny odcinek, sporządzając notatki.
Po napisach końcowych patrzę w sufit. Na korytarzu pielęgniarki robią obchód pokojów, zmieniają pieluchy i wypytują chorych o samopoczucie, wysłuchują żalów i przepisują placebo, by uciszyć narzekania. Ktoś puka do drzwi. Christine w białym fartuchu wchodzi i zamyka za sobą drzwi. Zbliża się i bez słowa siada na brzegu łóżka. Bierze moją dłoń i bez ogródek wciska ją sobie między uda. Nie opieram się, udaję niewiniątko. Ta gierka trwa od wielu miesięcy i zawsze przebiega wedle tego samego rytuału. Następnie Christine rozpina fartuch…



Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data wydania: 2009-02-04