Autorka: Linda Polman
Tytuł: Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej
Nigdy wcześniej nie istniało tak wiele instytucji niosących pomoc. Karawana organizacji humanitarnych wraz z podążającymi ich śladem gwiazdami muzyki pop, aktorami, politykami i dziennikarzami sunie po planecie, przesuwając się od obszaru dotkniętego kryzysem do strefy wojennej, od przepełnionych obozów dla uchodźców, wzdłuż punktów dystrybucji żywności na obszarach dotkniętych głodem, do zbombardowanych wiosek i domów dziecka dla sierot wojennych.
Niesienie pomocy stało się przemysłem, w którym obraca się miliardami, walczy o jak największy udział w rynku i robi wszystko, by uprzedzić konkurentów. A pomocy udziela się, nawet jeśli pieniądze i towary zasilają kasy wojenne walczących stron. Czy więc organizacje humanitarne mogą twierdzić, że są neutralne? Czy powinny pomagać, jeśli pomoc dociera tylko do najwyżej postawionych, ginie w sidłach korupcji albo przedłuża walki? Co jest na dłuższą metę bardziej okrutne – pomagać czy pozwolić krajowi się wykrwawić albo samemu stanąć na nogi? Kiedy zasady humanitarne przestają być etyczne?
"Karawana kryzysu" to trafna, a jednocześnie szokująca analiza działalności międzynarodowej pomocy humanitarnej. Od Półwyspu Bałkańskiego po Darfur, od Somalii po Afganistan.
Opinie:
"To książka o tym, jak nie powinno udzielać się pomocy i jakie zagrożenia związane są z jej masowością".
Janina Ochojska-Okońska
"Książka przerażająca, obnażająca patologie, do których dochodzi, gdy szlachetne chęci zamieniają się w pomocowo-medialny przemysł. Zostawia czytelnika z fundamentalnymi pytaniami, na które nie ma 'prawidłowej odpowiedzi'".
Anna Wacławik-Orpik
"Ta książka jednocześnie wywołuje halucynacje i otrzeźwia".
Paul Scheffer
"Znakomicie napisana, bardzo przygnębiająca i niszczycielska książka. Ważne, aby przeczytali ją ludzie odpowiedzialni za niesienie pomocy i wyciągnęli z niej wnioski".
Ryszard Kapuściński
Wspieraj Afrykę Wschodnią wraz z Polską Akcję Humanitarną!
Wpłać na konto statutowe PAH BPH 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960
z dopiskiem "Głód"
Fragment książki:
1
Wyobraź sobie, że ktoś do ciebie dzwoni
Łagodzenie cierpień jak największej liczby nieszczęsnych biedaków
jest pragnieniem głęboko ludzkim.
Henri Dunant, założyciel Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (MKCK), zajmował się niesieniem pomocy humanitarnej
Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś pracownikiem międzynarodowej organizacji humanitarnej działającej na obszarze ogarniętym wojną. Jako humanitarysta zachowujesz wierność zasadom Czerwonego Krzyża, jesteś więc osobą bezstronną, neutralną i niezależną. Odpowiadasz za łagodzenie ludzkiego cierpienia, niezależnie od tego, kto, gdzie i kiedy potrzebuje pomocy.
Twoje powołanie doprowadza cię tym razem do obozu uciekinierów w Darfurze. Robisz dla ofiar wszystko, co tylko możesz, ale wojskowi nadużywają twojej pomocy. Za każdą wywierconą przez ciebie studnię żądają pieniędzy, a worki ryżu, namioty i lekarstwa, które sprowadzasz drogą lotniczą, okładają niezwykle wysokimi i wymyślonymi na poczekaniu podatkami. Część dóbr, które powinny zostać przekazane potrzebującym, wykorzystują sami, a część sprzedają. Uzyskane dochody przeznaczają, między innymi, na zakup broni. Za jej pomocą zapędzają do obozów kolejnych uchodźców, lub nawet doprowadzają do śmierci
innych ludzi.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Mimo bardzo trudnych okoliczności pozostajesz neutralny i robisz dla ofiar wszystko, co w twojej mocy.
B. Zastanawiasz się i dochodzisz do wniosku, że w takich warunkach nie da się zastosować zasad Czerwonego Krzyża, po czym się wycofujesz.
A teraz wyobraź sobie taką sytuację: jesteś człowiekiem związanym z miejscowym reżimem i robisz wszystko, żeby skorzystać z funduszy przeznaczonych na pomoc dla obozu uchodźców. Nagle na horyzoncie rozedrganym upałem dostrzegasz zbliżającą się chmurę pyłu. Okazuje się, że
pył podniosła karawana białych samochodów terenowych.
Samochody zatrzymują się przed bramą obozu. Szyby land cruiserów zostają opuszczone i na zewnątrz wychylają się głowy polityków z Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hagi.
Słyszysz aroganckie oświadczenie: od tej pory działania międzynarodowych organizacji humanitarnych w obozie, finansowane przez zachodnich polityków, zależą od twojej motywacji i wkładu w powstrzymanie przemocy w tym regionie oraz ukrócenie kradzieży środków pomocy. Szyby w samochodach zostają zasunięte, orszak zawraca i trzęsąc się na wybojach, znika w końcu na horyzoncie.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Kładziesz kres przemocy i przestajesz kraść.
B. Niech sobie gadają. Bez udzielanej przez inne państwa pomocy finansowej uchodźcy umarliby z głodu, a fundatorzy do tego nie dopuszczą.
A teraz ponownie wczuj się w rolę pracownika organizacji humanitarnej. Przysłuchiwałeś się tej całej rozmowie. Mimo że karawana przedstawicieli ofiarodawców rządowych jeszcze nie zniknęła z pola widzenia, przedstawiciele reżimu natychmiast zabierają się do grabienia twoich środków przeznaczonych na pomoc, a uzbrojeni żołnierze zapędzają do obozu kolejnych uchodźców.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Dalsze przestrzeganie zasad Czerwonego Krzyża jest niemożliwe. Dzwonisz do Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hagi i oznajmiasz sponsorom, że powinni przykręcić kurek, a potem bierzesz nogi za pas i udajesz się gdzie indziej, aby pomagać ofiarom wojny.
B. Wystarczy, że uratujesz choć jedno ludzkie życie. Pomoc, nawet niewielka, jest zawsze lepsza niż nic, dlatego pozostajesz wierny wyznawanym zasadom. Dzwonisz do swojego dostawcy dóbr, aby zamówić dodatkowe racje żywnościowe i leki, które uzupełnią skradzione zapasy.
Prosisz o pośpiech, gdyż z każdym dniem rośnie liczba uchodźców, których musisz nakarmić.
Wynieść się czy za wszelką cenę nadal udzielać pomocy.
To odwieczny dylemat. Już Florence Nightingale i Henri Dunant – pierwsze osoby, które zajęły się niesieniem pomocy na międzynarodową skalę – prezentowali radykalnie sprzeczne poglądy na temat tego, jakiego wyboru należy dokonać w takiej sytuacji. Nightingale była przekonana, że jeśli strony prowadzące wojnę odnoszą korzyść z pomocy, to jej udzielanie mija się z celem. Henri Dunant święcie wierzył w obowiązek pomagania niezależnie od okoliczności.
Dunant urodził się w Szwajcarii, ostoi ortodoksyjnego kalwinizmu. Pracował w Genewie jako bankier i człowiek interesu. W 1859 roku, kiedy Włochy i Francja toczyły wojnę z Austrią, stał się świadkiem bitwy pod Solferino. Spośród trzystu tysięcy mężczyzn i młodzieńców walczących na włoskim froncie, rozciągniętym na linii dwudziestu pięciu kilometrów, śmierć poniosło czterdzieści tysięcy. Kolejnych czterdzieści tysięcy Włochów, Francuzów i Austriaków zostało rannych. Pozostali na polu bitwy, a większość zakończyła tam życie.
W książce, którą Dunant opublikował trzy lata później, Un souvenir de Solferino [Wspomnienie Solferino], opisuje widok z następnego ranka po walce: „Pole bitwy było pokryte ciałami ludzi i koni; drogi, okopy, doliny, krzaki i otwarte pola były nimi usiane. […] Mężczyźni z otwartymi, już zainfekowanymi ranami odchodzili od zmysłów z powodu bólu. Mieli twarze czarne od much, które roiły się wokół ich ran. Rozglądali się dookoła dzikim wzrokiem. Inni stanowili nierozpoznawalną masę mundurów, koszul, mięsa i krwi. Błagali, aby wyzwolić
ich z cierpienia. Nawet oficerów męczyło tak straszliwe pragnienie, że pili wodę z kałuż czerwonych od krwi”.
Ranni żołnierze austriaccy opowiadali Dunantowi, że zostali wysłani na pole walki po długim marszu w upale.
Nie pozwolono im odpocząć, nie dano nic do jedzenia czy picia poza racją brandy. Żołnierze francuscy również maszerowali w kierunku frontu przez wiele dni. Rano przed walką dostali jedynie kubek kawy.
Ponieważ brakowało lekarzy wojskowych, bandażowaniem rannych i pojeniem ich wodą zajęli się mieszkańcy wiosek i miasteczek z okolic Solferino. Wolontariusze ci przeciągali ocalałych żołnierzy do stajni, obór, kościołów i klasztorów, a następnie asystowali garstce miejscowych lekarzy przy amputowaniu kończyn. W tych okolicznościach jakakolwiek bardziej zaawansowana pomoc medyczna była niemożliwa.
Dunant pisał: „Co kwadrans przybywali nowi ranni, a brak pomocników stawał się coraz bardziej dotkliwy”.
Udało mu się jednak zgromadzić grupę ochotników; w przeważającej mierze były to kobiety. „Sam podjąłem się opieki nad pięćdziesięcioma żołnierzami, których przyniesiono do kościoła. Na zewnątrz, na sianie, leżało jeszcze ze stu. Kobiety chodziły między nimi z dzbankami i butelkami napełnionymi czystą wodą, aby ugasić ich pragnienie”.
Dunant zorganizował również kociołki z zupą i zaopatrzył ochotników w wielkie bele bawełny, której mogli używać do przemywania ran. Polecił, aby z nieco dalej położonego miasta ściągnięto na jego rachunek leki, koszule, pomarańcze i tytoń.
Dunant wierzył w zasadę tutti fratelli – wszyscy jesteśmy braćmi. Udało mu się przekonać swoich pomocników, aby pomagali wszystkim rannym, również Austriakom.
W kolejnych dniach każdy „szlachetny filantrop” oraz kobiety z utworzonych na tę okoliczność „komitetów” przyjęli za punkt honoru otoczenie opieką określonej liczby potrzebujących.
W promieniu wielu kilometrów wszystkie domy zamieniono w niewielkie szpitale. Ludzie przynosili zupę, pisali w imieniu umierających żołnierzy listy pożegnalne do ich rodzin i dodawali im otuchy, poklepując zakrwawione dłonie.
Dunant pisał, że jego pomocnicy mieli wprawdzie dobre zamiary, ale byli jedynie „odosobnionymi entuzjastami”, którzy podejmowali „rozproszone wysiłki”. Mieszkańcy okolicznych miast nie wiedzieli, jak należy opiekować się poszkodowanymi, i przynosili do kościołów i szpitali żywność, która często była dla rannych nieodpowiednia. Takie osoby chętne do pomocy trzeba było zatrzymywać przed drzwiami, dlatego „wielu przygotowanych na to, by posiedzieć przy pacjentach godzinę, dwie, przestało podejmować wysiłki w tym kierunku, kiedy wymagało to ubiegania się o pozwolenie. […] Ci, którzy znali się na rzeczy, nie mieli czasu na udzielanie rad i instruowanie innych, chociaż bardzo tego potrzebowaliśmy. A większość, która chciała wykonywać tę pracę z potrzeby dobrego serca, nie dysponowała odpowiednią wiedzą ani doświadczeniem, dlatego ich wysiłki pozostawały nieadekwatne i często nie przynosiły rezultatów”.
Ze wstępem Janiny Ochojskiej-Okońskiej
Przekład z języka niderlandzkiego Ewa Jusewicz-Kalter
Format: 125x205
oprawa miękka, foliowana i lakierowana
Liczba stron: 304
Tytuł: Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej
Nigdy wcześniej nie istniało tak wiele instytucji niosących pomoc. Karawana organizacji humanitarnych wraz z podążającymi ich śladem gwiazdami muzyki pop, aktorami, politykami i dziennikarzami sunie po planecie, przesuwając się od obszaru dotkniętego kryzysem do strefy wojennej, od przepełnionych obozów dla uchodźców, wzdłuż punktów dystrybucji żywności na obszarach dotkniętych głodem, do zbombardowanych wiosek i domów dziecka dla sierot wojennych.
Niesienie pomocy stało się przemysłem, w którym obraca się miliardami, walczy o jak największy udział w rynku i robi wszystko, by uprzedzić konkurentów. A pomocy udziela się, nawet jeśli pieniądze i towary zasilają kasy wojenne walczących stron. Czy więc organizacje humanitarne mogą twierdzić, że są neutralne? Czy powinny pomagać, jeśli pomoc dociera tylko do najwyżej postawionych, ginie w sidłach korupcji albo przedłuża walki? Co jest na dłuższą metę bardziej okrutne – pomagać czy pozwolić krajowi się wykrwawić albo samemu stanąć na nogi? Kiedy zasady humanitarne przestają być etyczne?
"Karawana kryzysu" to trafna, a jednocześnie szokująca analiza działalności międzynarodowej pomocy humanitarnej. Od Półwyspu Bałkańskiego po Darfur, od Somalii po Afganistan.
Opinie:
"To książka o tym, jak nie powinno udzielać się pomocy i jakie zagrożenia związane są z jej masowością".
Janina Ochojska-Okońska
"Książka przerażająca, obnażająca patologie, do których dochodzi, gdy szlachetne chęci zamieniają się w pomocowo-medialny przemysł. Zostawia czytelnika z fundamentalnymi pytaniami, na które nie ma 'prawidłowej odpowiedzi'".
Anna Wacławik-Orpik
"Ta książka jednocześnie wywołuje halucynacje i otrzeźwia".
Paul Scheffer
"Znakomicie napisana, bardzo przygnębiająca i niszczycielska książka. Ważne, aby przeczytali ją ludzie odpowiedzialni za niesienie pomocy i wyciągnęli z niej wnioski".
Ryszard Kapuściński
Wspieraj Afrykę Wschodnią wraz z Polską Akcję Humanitarną!
Wpłać na konto statutowe PAH BPH 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960
z dopiskiem "Głód"
Fragment książki:
1
Wyobraź sobie, że ktoś do ciebie dzwoni
Łagodzenie cierpień jak największej liczby nieszczęsnych biedaków
jest pragnieniem głęboko ludzkim.
Henri Dunant, założyciel Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (MKCK), zajmował się niesieniem pomocy humanitarnej
Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś pracownikiem międzynarodowej organizacji humanitarnej działającej na obszarze ogarniętym wojną. Jako humanitarysta zachowujesz wierność zasadom Czerwonego Krzyża, jesteś więc osobą bezstronną, neutralną i niezależną. Odpowiadasz za łagodzenie ludzkiego cierpienia, niezależnie od tego, kto, gdzie i kiedy potrzebuje pomocy.
Twoje powołanie doprowadza cię tym razem do obozu uciekinierów w Darfurze. Robisz dla ofiar wszystko, co tylko możesz, ale wojskowi nadużywają twojej pomocy. Za każdą wywierconą przez ciebie studnię żądają pieniędzy, a worki ryżu, namioty i lekarstwa, które sprowadzasz drogą lotniczą, okładają niezwykle wysokimi i wymyślonymi na poczekaniu podatkami. Część dóbr, które powinny zostać przekazane potrzebującym, wykorzystują sami, a część sprzedają. Uzyskane dochody przeznaczają, między innymi, na zakup broni. Za jej pomocą zapędzają do obozów kolejnych uchodźców, lub nawet doprowadzają do śmierci
innych ludzi.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Mimo bardzo trudnych okoliczności pozostajesz neutralny i robisz dla ofiar wszystko, co w twojej mocy.
B. Zastanawiasz się i dochodzisz do wniosku, że w takich warunkach nie da się zastosować zasad Czerwonego Krzyża, po czym się wycofujesz.
A teraz wyobraź sobie taką sytuację: jesteś człowiekiem związanym z miejscowym reżimem i robisz wszystko, żeby skorzystać z funduszy przeznaczonych na pomoc dla obozu uchodźców. Nagle na horyzoncie rozedrganym upałem dostrzegasz zbliżającą się chmurę pyłu. Okazuje się, że
pył podniosła karawana białych samochodów terenowych.
Samochody zatrzymują się przed bramą obozu. Szyby land cruiserów zostają opuszczone i na zewnątrz wychylają się głowy polityków z Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hagi.
Słyszysz aroganckie oświadczenie: od tej pory działania międzynarodowych organizacji humanitarnych w obozie, finansowane przez zachodnich polityków, zależą od twojej motywacji i wkładu w powstrzymanie przemocy w tym regionie oraz ukrócenie kradzieży środków pomocy. Szyby w samochodach zostają zasunięte, orszak zawraca i trzęsąc się na wybojach, znika w końcu na horyzoncie.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Kładziesz kres przemocy i przestajesz kraść.
B. Niech sobie gadają. Bez udzielanej przez inne państwa pomocy finansowej uchodźcy umarliby z głodu, a fundatorzy do tego nie dopuszczą.
A teraz ponownie wczuj się w rolę pracownika organizacji humanitarnej. Przysłuchiwałeś się tej całej rozmowie. Mimo że karawana przedstawicieli ofiarodawców rządowych jeszcze nie zniknęła z pola widzenia, przedstawiciele reżimu natychmiast zabierają się do grabienia twoich środków przeznaczonych na pomoc, a uzbrojeni żołnierze zapędzają do obozu kolejnych uchodźców.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Dalsze przestrzeganie zasad Czerwonego Krzyża jest niemożliwe. Dzwonisz do Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hagi i oznajmiasz sponsorom, że powinni przykręcić kurek, a potem bierzesz nogi za pas i udajesz się gdzie indziej, aby pomagać ofiarom wojny.
B. Wystarczy, że uratujesz choć jedno ludzkie życie. Pomoc, nawet niewielka, jest zawsze lepsza niż nic, dlatego pozostajesz wierny wyznawanym zasadom. Dzwonisz do swojego dostawcy dóbr, aby zamówić dodatkowe racje żywnościowe i leki, które uzupełnią skradzione zapasy.
Prosisz o pośpiech, gdyż z każdym dniem rośnie liczba uchodźców, których musisz nakarmić.
Wynieść się czy za wszelką cenę nadal udzielać pomocy.
To odwieczny dylemat. Już Florence Nightingale i Henri Dunant – pierwsze osoby, które zajęły się niesieniem pomocy na międzynarodową skalę – prezentowali radykalnie sprzeczne poglądy na temat tego, jakiego wyboru należy dokonać w takiej sytuacji. Nightingale była przekonana, że jeśli strony prowadzące wojnę odnoszą korzyść z pomocy, to jej udzielanie mija się z celem. Henri Dunant święcie wierzył w obowiązek pomagania niezależnie od okoliczności.
Dunant urodził się w Szwajcarii, ostoi ortodoksyjnego kalwinizmu. Pracował w Genewie jako bankier i człowiek interesu. W 1859 roku, kiedy Włochy i Francja toczyły wojnę z Austrią, stał się świadkiem bitwy pod Solferino. Spośród trzystu tysięcy mężczyzn i młodzieńców walczących na włoskim froncie, rozciągniętym na linii dwudziestu pięciu kilometrów, śmierć poniosło czterdzieści tysięcy. Kolejnych czterdzieści tysięcy Włochów, Francuzów i Austriaków zostało rannych. Pozostali na polu bitwy, a większość zakończyła tam życie.
W książce, którą Dunant opublikował trzy lata później, Un souvenir de Solferino [Wspomnienie Solferino], opisuje widok z następnego ranka po walce: „Pole bitwy było pokryte ciałami ludzi i koni; drogi, okopy, doliny, krzaki i otwarte pola były nimi usiane. […] Mężczyźni z otwartymi, już zainfekowanymi ranami odchodzili od zmysłów z powodu bólu. Mieli twarze czarne od much, które roiły się wokół ich ran. Rozglądali się dookoła dzikim wzrokiem. Inni stanowili nierozpoznawalną masę mundurów, koszul, mięsa i krwi. Błagali, aby wyzwolić
ich z cierpienia. Nawet oficerów męczyło tak straszliwe pragnienie, że pili wodę z kałuż czerwonych od krwi”.
Ranni żołnierze austriaccy opowiadali Dunantowi, że zostali wysłani na pole walki po długim marszu w upale.
Nie pozwolono im odpocząć, nie dano nic do jedzenia czy picia poza racją brandy. Żołnierze francuscy również maszerowali w kierunku frontu przez wiele dni. Rano przed walką dostali jedynie kubek kawy.
Ponieważ brakowało lekarzy wojskowych, bandażowaniem rannych i pojeniem ich wodą zajęli się mieszkańcy wiosek i miasteczek z okolic Solferino. Wolontariusze ci przeciągali ocalałych żołnierzy do stajni, obór, kościołów i klasztorów, a następnie asystowali garstce miejscowych lekarzy przy amputowaniu kończyn. W tych okolicznościach jakakolwiek bardziej zaawansowana pomoc medyczna była niemożliwa.
Dunant pisał: „Co kwadrans przybywali nowi ranni, a brak pomocników stawał się coraz bardziej dotkliwy”.
Udało mu się jednak zgromadzić grupę ochotników; w przeważającej mierze były to kobiety. „Sam podjąłem się opieki nad pięćdziesięcioma żołnierzami, których przyniesiono do kościoła. Na zewnątrz, na sianie, leżało jeszcze ze stu. Kobiety chodziły między nimi z dzbankami i butelkami napełnionymi czystą wodą, aby ugasić ich pragnienie”.
Dunant zorganizował również kociołki z zupą i zaopatrzył ochotników w wielkie bele bawełny, której mogli używać do przemywania ran. Polecił, aby z nieco dalej położonego miasta ściągnięto na jego rachunek leki, koszule, pomarańcze i tytoń.
Dunant wierzył w zasadę tutti fratelli – wszyscy jesteśmy braćmi. Udało mu się przekonać swoich pomocników, aby pomagali wszystkim rannym, również Austriakom.
W kolejnych dniach każdy „szlachetny filantrop” oraz kobiety z utworzonych na tę okoliczność „komitetów” przyjęli za punkt honoru otoczenie opieką określonej liczby potrzebujących.
W promieniu wielu kilometrów wszystkie domy zamieniono w niewielkie szpitale. Ludzie przynosili zupę, pisali w imieniu umierających żołnierzy listy pożegnalne do ich rodzin i dodawali im otuchy, poklepując zakrwawione dłonie.
Dunant pisał, że jego pomocnicy mieli wprawdzie dobre zamiary, ale byli jedynie „odosobnionymi entuzjastami”, którzy podejmowali „rozproszone wysiłki”. Mieszkańcy okolicznych miast nie wiedzieli, jak należy opiekować się poszkodowanymi, i przynosili do kościołów i szpitali żywność, która często była dla rannych nieodpowiednia. Takie osoby chętne do pomocy trzeba było zatrzymywać przed drzwiami, dlatego „wielu przygotowanych na to, by posiedzieć przy pacjentach godzinę, dwie, przestało podejmować wysiłki w tym kierunku, kiedy wymagało to ubiegania się o pozwolenie. […] Ci, którzy znali się na rzeczy, nie mieli czasu na udzielanie rad i instruowanie innych, chociaż bardzo tego potrzebowaliśmy. A większość, która chciała wykonywać tę pracę z potrzeby dobrego serca, nie dysponowała odpowiednią wiedzą ani doświadczeniem, dlatego ich wysiłki pozostawały nieadekwatne i często nie przynosiły rezultatów”.
Ze wstępem Janiny Ochojskiej-Okońskiej
Przekład z języka niderlandzkiego Ewa Jusewicz-Kalter
Format: 125x205
oprawa miękka, foliowana i lakierowana
Liczba stron: 304











