Artysta: Linus Reichlin
Tytuł: Tęsknota atomów
Tylko pięć dni dzieli inspektora Hannesa Jensena od zakończenia służby. Na upragnionej emeryturze policjant planuje całkowicie poświęcić się swojmu hobby - doświadczeniom z fizyki. Tego deszczowego, leniwego dnia na komisariacie nieoczekiwanie pojawia się pijany Amerykanin, by pokazać list z pogróżkami, jaki właśnie otrzymał. Jensen lekceważy obawy swojego klienta.
Po jego tajemniczej śmierci, zawieszony w obowiązkach za niezłożenie zawiadomienia w tej sprawie, rozpoczyna śledztwo na własną rękę.
Powieść Linusa Reichlina otrzymała prestiżową nagrodę za najlepszą niemieckojęzyczną powieść kryminalną (Deutscher Krimipreis 2009).
Fragment:
Szpital Świętego Jana leżał za peryferiach miasta, otaczały go puste pola i trasy szybkiego ruchu. Jensen jak zawsze poczuł się nieswojo, gdy tylko znalazł się w holu i wciągnął w nozdrza szpitalne powietrze. Nie pachniało niczym szczególnym, a jednak można w nim było rozpoznać wszystkie zapachy: smród ropy, krwi, gnijącego ciała i rozpaczy.
Ludzie rozmawiali cicho, lekarze i pielęgniarki w białym szpitalnym obuwiu przesuwali się obok niego, jakieś dziecko trzymało niedbale bukiet chryzantem. Matka – kobieta o zmęczonych, załzawionych oczach – upomniała je, by trzymało kwiaty prosto. Poprawiła kołnierzyk koszuli dziecka i odgarnęła mu włosy z czoła. Oddział patologii znajdował się na ósmym piętrze. Jensen czekał na jedną z wind. Na fotelu w poczekalni siedział starszy mężczyzna. Kiedy przyszli dwaj pielęgniarze, podniósł swoją małą, zniszczoną walizkę i poszedł za nimi. Tulił tę walizkę do piersi jak dziecko lalkę. Gdy przechodził obok, Jensen przez krótką chwilę popatrzył mu w oczy i dojrzał w nich czysty strach, nie przerażenie czy panikę, lecz dojrzały strach człowieka, który miał już czas pogodzić się ze swoim losem.
Jensen odwrócił się; na każdym kroku człowiek dowiaduje się o czyjejś tajemnicy. Winda nie nadjeżdżała. Czekał z coraz większą niecierpliwością, szukał pocieszenia w elementarnej prawdzie, leżącej u podstaw całego tego cierpienia i straconych nadziei. Prawdzie głoszącej, że chorzy i umierający, dręczeni bólem i słabi, zbudowani są z niemal nieśmiertelnego materiału. Protony, neutrony i elektrony, z których składają się ich ciała, liczą czternaście miliardów lat, tyle, co sam wszechświat, a jednak ciągle są jeszcze młode. Niektóre atomy, na przykład atomy żelaza, mogą się poszczycić poetyckim pochodzeniem. Powstały w gasnących słońcach, w głębinach wszechświata miliardy lat temu i na skutek najrozmaitszych wydarzeń znalazły się na Ziemi. Ten stary mężczyzna z walizką, prowadzony przez pielęgniarzy i znikający właśnie za wahadłowymi drzwiami oddziału onkologicznego, jest istotą z gwiezdnego pyłu. Teraz pył ten tworzy wprawdzie to pojedyncze śmiertelne ciało, ale wcześniej był już w niezliczonych stworzeniach, w dębie, kroplach rosy, trzcinie, pradawnym jaszczurze i w myśliwym polującym na renifery, w babilońskiej chłopce i w normandzkim pachołku. Jeśli ów stary mężczyzna nie wyjdzie żywy ze szpitala, za pięćdziesiąt albo za sto lat niektóre jego atomy przyczynią się do piękna chryzantem, które jakaś matka kupi w szpitalnym kiosku i wciśnie w dłoń swojemu dziecku, żeby wręczyło je śmiertelnie choremu człowiekowi.
Śmierć można by przezwyciężyć, pomyślał Jensen, gdyby człowiek potrafił identyfikować się z całością, zamiast z samym sobą.
W końcu drzwi windy otworzyły się i wyszło z niej kilka osób ze stojakami, na których wisiały woreczki z solą fizjologiczną. Przede wszystkim wodór, pomyślał. Wodór, który powstał wkrótce po Wielkim Wybuchu.
Na ósmym piętrze zameldował się u pielęgniarki. Była tu nowa, nie znał jej. Pokazał legitymację służbową i zapytał o doktora Balasundarama.
– Bierze prysznic – odrzekła.
– Poczekam.
– To może chwilę potrwać.
– Wiem.
Tłumaczyła: Anna Taraska-Pietrzak
Przekład sfinansowany przez the Swiss Arts Council Pro Helvetia
Okładka: miękka
Liczba stron: 304
Format: 125 x 195
Cena: 34 zł
Tytuł: Tęsknota atomów
Tylko pięć dni dzieli inspektora Hannesa Jensena od zakończenia służby. Na upragnionej emeryturze policjant planuje całkowicie poświęcić się swojmu hobby - doświadczeniom z fizyki. Tego deszczowego, leniwego dnia na komisariacie nieoczekiwanie pojawia się pijany Amerykanin, by pokazać list z pogróżkami, jaki właśnie otrzymał. Jensen lekceważy obawy swojego klienta.
Po jego tajemniczej śmierci, zawieszony w obowiązkach za niezłożenie zawiadomienia w tej sprawie, rozpoczyna śledztwo na własną rękę.
Powieść Linusa Reichlina otrzymała prestiżową nagrodę za najlepszą niemieckojęzyczną powieść kryminalną (Deutscher Krimipreis 2009).
Fragment:
Szpital Świętego Jana leżał za peryferiach miasta, otaczały go puste pola i trasy szybkiego ruchu. Jensen jak zawsze poczuł się nieswojo, gdy tylko znalazł się w holu i wciągnął w nozdrza szpitalne powietrze. Nie pachniało niczym szczególnym, a jednak można w nim było rozpoznać wszystkie zapachy: smród ropy, krwi, gnijącego ciała i rozpaczy.
Ludzie rozmawiali cicho, lekarze i pielęgniarki w białym szpitalnym obuwiu przesuwali się obok niego, jakieś dziecko trzymało niedbale bukiet chryzantem. Matka – kobieta o zmęczonych, załzawionych oczach – upomniała je, by trzymało kwiaty prosto. Poprawiła kołnierzyk koszuli dziecka i odgarnęła mu włosy z czoła. Oddział patologii znajdował się na ósmym piętrze. Jensen czekał na jedną z wind. Na fotelu w poczekalni siedział starszy mężczyzna. Kiedy przyszli dwaj pielęgniarze, podniósł swoją małą, zniszczoną walizkę i poszedł za nimi. Tulił tę walizkę do piersi jak dziecko lalkę. Gdy przechodził obok, Jensen przez krótką chwilę popatrzył mu w oczy i dojrzał w nich czysty strach, nie przerażenie czy panikę, lecz dojrzały strach człowieka, który miał już czas pogodzić się ze swoim losem.
Jensen odwrócił się; na każdym kroku człowiek dowiaduje się o czyjejś tajemnicy. Winda nie nadjeżdżała. Czekał z coraz większą niecierpliwością, szukał pocieszenia w elementarnej prawdzie, leżącej u podstaw całego tego cierpienia i straconych nadziei. Prawdzie głoszącej, że chorzy i umierający, dręczeni bólem i słabi, zbudowani są z niemal nieśmiertelnego materiału. Protony, neutrony i elektrony, z których składają się ich ciała, liczą czternaście miliardów lat, tyle, co sam wszechświat, a jednak ciągle są jeszcze młode. Niektóre atomy, na przykład atomy żelaza, mogą się poszczycić poetyckim pochodzeniem. Powstały w gasnących słońcach, w głębinach wszechświata miliardy lat temu i na skutek najrozmaitszych wydarzeń znalazły się na Ziemi. Ten stary mężczyzna z walizką, prowadzony przez pielęgniarzy i znikający właśnie za wahadłowymi drzwiami oddziału onkologicznego, jest istotą z gwiezdnego pyłu. Teraz pył ten tworzy wprawdzie to pojedyncze śmiertelne ciało, ale wcześniej był już w niezliczonych stworzeniach, w dębie, kroplach rosy, trzcinie, pradawnym jaszczurze i w myśliwym polującym na renifery, w babilońskiej chłopce i w normandzkim pachołku. Jeśli ów stary mężczyzna nie wyjdzie żywy ze szpitala, za pięćdziesiąt albo za sto lat niektóre jego atomy przyczynią się do piękna chryzantem, które jakaś matka kupi w szpitalnym kiosku i wciśnie w dłoń swojemu dziecku, żeby wręczyło je śmiertelnie choremu człowiekowi.
Śmierć można by przezwyciężyć, pomyślał Jensen, gdyby człowiek potrafił identyfikować się z całością, zamiast z samym sobą.
W końcu drzwi windy otworzyły się i wyszło z niej kilka osób ze stojakami, na których wisiały woreczki z solą fizjologiczną. Przede wszystkim wodór, pomyślał. Wodór, który powstał wkrótce po Wielkim Wybuchu.
Na ósmym piętrze zameldował się u pielęgniarki. Była tu nowa, nie znał jej. Pokazał legitymację służbową i zapytał o doktora Balasundarama.
– Bierze prysznic – odrzekła.
– Poczekam.
– To może chwilę potrwać.
– Wiem.
Tłumaczyła: Anna Taraska-Pietrzak
Przekład sfinansowany przez the Swiss Arts Council Pro Helvetia
Okładka: miękka
Liczba stron: 304
Format: 125 x 195
Cena: 34 zł










