Autorka: Małgorzata Yildirim
Tytuł: Włoskie sekrety



Ktoś bardzo się stara, aby prawda nie wyszła na jaw, i gotów jest na wszystko, aby zachować własne tajemnice.

Miranda prowadzi ustabilizowane życie. Ma kochającą rodzinę i oddanych przyjaciół. Spokój burzy tragiczna wiadomość o śmierci jej ukochanej ciotki Agnes. Testament, zgodnie z którym to Miranda odziedziczyła zawrotną sumę pieniędzy i dom we włoskim Sorrento, zaskakuje całą rodzinę. Nie wszyscy chcą pogodzić się z ostatnią wolą zmarłej. Miranda jednak, wbrew siostrze i jej mężowi, rzuca pracę i wyjeżdża do Włoch. Na miejscu poznaje ludzi, którzy stają się dla niej bliscy niczym rodzina, i wdaje się w romans z tajemniczym i pociągającym Rafaelem. Szybko odkrywa nowe fakty z życia ciotki, na które składało się wiele dramatycznych wydarzeń, o czym nikt z rodziny nie miał pojęcia. Niewyjaśnione historie otaczające włoską willę oraz tajemnice związane z przeszłością ciotki zmienią życie Mirandy.
http://www.facebook.com/pages/Ma%C5%82gorzata-Yildirim-W%C5%82oskie-sekrety/288704434475115


Fragment:

ROZDZIAŁ 2.

Oczywiście, podjęcie decyzji o wyjeździe to jedno, a wdrożenie planu w życie to zupełnie inna sprawa. Musiałam spotkać się z rodziną. Wprawdzie nie miałam zamiaru prosić o pozwolenie, nikt zresztą tego po mnie nie oczekiwał, jednak ważne decyzje zawsze omawialiśmy we wspólnym gronie.
Miałam zamiar jak najszybciej złożyć wniosek o urlop, ale przed wyjazdem pozostawało do załatwienia jeszcze wiele rzeczy. Poza tym nie bardzo wiedziałam, jak mam się wziąć do którejkolwiek z tych spraw.
Przede wszystkim – nie potrafiłam określić czasu trwania podróży.
Nie wiedziałam nic o kraju, do którego się wybieram, nie znałam języka, nie wiedziałam, do jakiego stopnia naiwne miały się okazać moje nadzieje, że ludzie we Włoszech posługują się angielskim.
Aby uzyskać więcej informacji, musiałam spotkać się raz jeszcze z prawnikami. Nie podałam im przecież nawet numeru konta bankowego, na które miała wpłynąć zapisana w testamencie kwota.
Już każde z tych zagadnień z osobna było mi obce, ale zestawione razem wyglądały zupełnie nieprawdopodobnie. Jakby dotyczyły kogoś innego.
Mimo to sytuacja do pewnego stopnia wpływała na mnie ożywczo. Niewątpliwie czekała mnie przygoda, być może nawet przygoda życia. Czyż nie miałam dosyć rutyny? Ostatnio przecież coraz częściej zastanawiałam się nad zmianą pracy. A nawet miejsca zamieszkania.
Postanowiłam zacząć od szefa, i to jak najszybciej. Wbrew moim oczekiwaniom, nie poszło łatwo.
Pan Barton był wymagającym przełożonym, to prawda, ale przede wszystkim człowiekiem sympatycznym i życzliwym, co już samo w sobie stanowiło rzadkość. Zawsze go postrzegałam w taki właśnie sposób, jednak jego reakcja miała się nijak do moich oczekiwań.
Gdy poinformowałam go o mojej sytuacji i podjętej decyzji, twarz nabiegła mu krwią.
– A więc ma pani zamiar porzucić nas z dnia na dzień? Czy dobrze zrozumiałem? – zapytał podniesionym głosem, niebezpiecznie zbliżonym do krzyku.
Po raz pierwszy widziałam go w takim stanie.
– Nie, proszę pana, niedokładnie to miałam na myśli. Pragnę wyjechać jak najszybciej, ale poczekam, dopóki nie znajdzie pan zastępstwa na moje miejsce – odparłam spokojnie.
– Doceniam pani łaskawość, droga panno Powell, ale obawiam się, że nie stanie się tak, jak pani chce. Albo zapomni pani o tym pomyśle, albo do końca dnia oczekuję na pani rezygnację ze skutkiem natychmiastowym!
Emocje opadły; mój szef wracał do równowagi, najwyraźniej uspokojony faktem, że to w końcu on rozdaje karty. Zupełnie nie mogłam pojąć, skąd ten nagły brak elastyczności i wrogie nastawienie. Powtórzyłam w myśli wypowiedziane przeze mnie słowa, ale nie mogłam się w nich doszukać niczego, co tłumaczyłoby tak gwałtowną reakcję.
– Rozumiem. Dzisiaj otrzyma pan moją rezygnację – powiedziałam, sama zaskoczona tym, że podjęłam decyzję bez zastanowienia.
Najwyraźniej po powrocie i tak będę musiała poszukać sobie nowej pracy.
Szef wyglądał na wstrząśniętego; pewnie nie przyszło mu do głowy, że mogę wybrać tę właśnie opcję. Przez chwilę wydawało się, że ma zamiar cofnąć swoją groźbę, tyle że nie bardzo wie, jak to zrobić, aby nie stracić autorytetu. Skinął mi więc sztywno głową, co potraktowałam jako odprawę i opuściłam jego gabinet bez słowa.
To tyle jeśli idzie o jego życzliwość, pomyślałam.
Było mi przykro, że tak kończy się nasza współpraca, ale pan Barton nie pozostawił mi wyboru. W przyszłości nie miałam co liczyć na dobre referencje i to martwiło mnie najbardziej. Westchnęłam głęboko i zaczęłam porządkować swoje biurko, przekazując najpilniejsze sprawy koleżankom i kolegom. Nikt nie chciał uwierzyć, że odchodzę tak po prostu, z dnia na dzień, ale nie miałam ochoty wdawać się w dyskusję i tłumaczyć ze swojego postępowania.
Zresztą z nikim w muzeum nie przyjaźniłam się do tego stopnia, aby go wprowadzać w szczegóły dotyczące mojego prywatnego życia.
Przygotowałam wypowiedzenie i złożyłam je na ręce zaskoczonej i sprawiającej wrażenie zasmuconej pani Moore. Nie rozumiałam, z czego wynika jej smutek; kto jak kto, ale ona powinna się ucieszyć. W końcu o jednego „dzieciaka” mniej, pomyślałam z wisielczym humorem.
Pod koniec dnia pracy, najwyraźniej ostatniego, zadzwoniłam do mojego przyjaciela Jacka i zdałam mu relację z ostatnich wydarzeń. Sprawiał wrażenie zszokowanego, ale przecież nie co dzień w życiu najbliższych osób następuje zwrot o trzysta sześćdziesiąt stopni. Nie mieściło mu się to w głowie. I nie chodziło bynajmniej o dom we Włoszech, tylko o zawrotną sumę, która spadła mi z nieba.
Szczerze mówiąc, o pieniądzach nie zdążyłam jeszcze nawet pomyśleć, bo ciągle największe wrażenie robiła na mnie informacja o posiadaniu nieruchomości za granicą i rewelacje wyczytane w liście ciotki.
– Mirando, czy nie podjęłaś tej decyzji zbyt pochopnie? Wielu dałoby sobie uciąć rękę za taką pracę, jak twoja – powiedział Jack, gdy już trochę doszedł do siebie.
Obydwoje wiedzieliśmy, że w tej chwili bawi się raczej w adwokata diabła, postawiony bowiem pod ścianą, podjąłby identyczną decyzję.
– Kochanie, czy pomyślałaś, jak to przyjmą twoi bliscy? W końcu z dnia na dzień stawiasz na głowie swoje życie? – zapytał spokojnie.
– Wiem, jak to wygląda Jack, ale nie wyobrażam sobie, że miałabym tam nie polecieć. Nie chcę załatwiać spraw wirtualnie, chcę zobaczyć to miejsce na własne oczy – tłumaczyłam.
Byłam głęboko przekonana o słuszności podjętej decyzji, choć mnie samą zaskakiwała własna stanowczość.
Miałam cichą nadzieję, że w podobnie wyważony sposób potrafię przedstawić swoje racje rodzinie, która zapewne będzie jeszcze bardziej oszołomiona niż mój przyjaciel.
– Wiem, wiem… Naprawdę cię rozumiem i zdecydowanie zazdroszczę ci tej szansy – przyznał. – Jak będziesz potrzebowała wsparcia po rodzinnym spotkaniu, dzwoń bez wahania. Wpadnę z butelką wina i dobrym słowem – rzucił lekko.
Wiedziałam, że tę propozycję mogę traktować z całą powagą.
Na Jacka zawsze mogłam liczyć.
– Dziękuję skarbie. Do usłyszenia – powiedziałam z uczuciem na zakończenie.
Jacka znałam od przeszło sześciu lat i jeszcze nie zdarzyło się, aby zostawił mnie samą w trudnych chwilach. Moja mama za nim przepadała i przez pierwszy rok naszej znajomości miała nadzieję, że przyjaźń przerodzi się w głębsze uczucie.
Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziała, że Jack preferuje osoby własnej płci. Uśmiechnęłam się na wspomnienie naszej wyjaśniającej tę kwestię rozmowy.
Moja mama jest osobą bardzo tolerancyjną, więc szybko otrząsnęła się z szoku, a orientacja seksualna Jacka nie wpłynęła na ich wzajemne relacje. Musiała jedynie porzucić nadzieję, że kiedykolwiek będziemy parą i że obdarzymy ją kolejnymi wnukami, które będzie mogła psuć.
Dzisiaj wyjątkowo nie śpieszyło mi się do rodziców. Droga z muzeum do ich domu zajęła mi niemal dwa razy więcej czasu niż zazwyczaj. W myślach szykowałam się do czekającej mnie rozmowy.
Wiedziałam, że będą zaskoczeni – sama niewątpliwie byłam – ale nie spodziewałam się większych problemów. Oczywiście, będzie mi przykro, jeśli się okaże, że nie wesprą mnie w moich postanowieniach, nie będzie to jednak miało wpływu na moje plany.
Drzwi, jak zwykle, otworzyła mi mama.
– Mirando, cieszę się, że już przyszłaś! Na razie jesteśmy same, i dobrze, bo chciałabym porozmawiać z tobą, zanim zjawi się reszta – oznajmiła od progu.
Przeszłyśmy do salonu, gdzie czekała już herbata i ciasto kawowe, ułożone na talerzu w schludną piramidkę. Odkąd sięgam pamięcią, duet ten to nierozłączna mamina recepta na wszelkie smutki i zło tego świata. Uśmiechnęłam się do siebie. Niezmienność takiego stanu rzeczy wydała mi się nader kojąca, a ostatnio ukojenia poszukiwałam wszędzie i potrzebowałam go bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Rozejrzałam się po znajomym wnętrzu i jak zwykle poczułam się, jak nigdzie indziej, naprawdę w domu.
Główny pokój, w którym rodzice przyjmują gości, jest niewątpliwie największym pomieszczeniem w mieszkaniu. Jego jedną ścianę w całości zajmuje okno, z którego można podziwiać lśniącą powierzchnię rzeki Charles. Przeważają tu jasne barwy, jak chociażby kremowy odcień zestawu wypoczynkowego zestawionego z niskim stolikiem w kolorze kawy z mlekiem. We wnęce, częściowo ukryty, znajduje się duży, rodzinny stół w zestawie z ośmioma wysokimi krzesłami o wygodnych oparciach. Mieści się w niej również regał z kolekcją książek o najprzeróżniejszej tematyce, począwszy od medycznych, kończąc na dziełach światowych mistrzów pióra.
Usiadłyśmy na kanapie, dziwnie skrępowane. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek wcześniej czuły w swojej obecności zakłopotanie, więc tym intensywniej zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam pokazać mamie list od ciotki. Był wprawdzie adresowany do mnie, ale może, paradoksalnie, ostatnie słowa siostry pomogą mamie się z nią pożegnać? Westchnęłam głęboko i sięgnęłam do torby po kopertę.
– Mamo… – zaczęłam. Nagle nie wiedziałam, jak poruszyć ten delikatny temat. – …Agnes zostawiła mi list. Myślę, że powinnaś go przeczytać, mimo że jego treść niewątpliwie przywoła przykre wspomnienia – powiedziałam cicho.
Spojrzała na mnie, w ułamku sekundy pojmując, co próbuję jej przekazać. Bez słowa wyciągnęła po kartkę drżącą dłoń.
Wstałam i przeszłam do kuchni, chcąc zapewnić mamie przynajmniej złudzenie prywatności. Zamierzałam dać jej tyle czasu, ile będzie potrzebować. Doskonale pamiętałam uczucie rozbicia po przeczytaniu ostatnich słów Agnes.
Bezmyślnie przesuwałam wzrok po ścianach, aż zatrzymałam go na zdjęciu naszej czwórki z czasów, gdy ja miałam pięć lat, a Katie była już nastolatką. Było to ulubione zdjęcie mamy. Zostało zrobione podczas naszej pierwszej wspólnej podróży do Polski. Historie związane z tym wyjazdem słyszałam już tyle razy, że na dobrą sprawę nie byłam pewna, co wtedy przeżyłam, a co zapamiętałam z opowiadań.
Oczywiście, nie był to nasz jedyny wyjazd do rodzinnego kraju ojca. Na przestrzeni lat było ich wiele, może ze względu na to, że dziadkowie nigdy nie złożyli nam wizyty. Tłumaczyli to swoim kiepskim stanem zdrowia i po części była to prawda. Niemały wpływ miał jednak brak akceptacji faktu, że ich syn ułożył sobie życie tak daleko.
Byli z niego dumni – to nie podlegało dyskusji – ale na pewno pragnęli mieć go bliżej siebie. Pokochali synową, rozpieszczali i mnie, i Katie, kiedy tylko mieli możliwość, ale nie byli rodzicami ani dziadkami na co dzień. I to był jeden z punktów zapalnych konfliktu.
(…)


Kategoria: Literatura polska
Format: 142mm x 202mm
Oprawa: miękka
Liczba stron: 360



Wydawca: Prószyński Media



Data wydania: 2011-09-22