Autorka: Magdalena Zych
Tytuł: Siedem szklanek
Skrajność charakterów, zaskakujące wydarzenia, oczarowania i frustracje – to wątki pełnej humoru i trafnych obserwacji społecznych powieści o odkrywaniu samego siebie, o niebezpieczeństwie utknięcia wśród szablonów i komunałów, o odwadze przełamywania tabu i eksponowania odmienności. Powieści o fascynacji niespodziewaną metamorfozą, o mozolnym tworzeniu własnego świata i wyzwalaniu się z objęć jednych stereotypów, by z impetem wpaść w kolejne.
Kuba – wycofany, niepozorny facet, kontra Emil – otoczony chmarą znajomych egocentryczny i ekscentryczny artysta. Ich spotkanie na szalonej imprezie staje się początkiem niezwykłego związku, z którego każdy z nich wyjdzie odmieniony…
Fragment:
(…)
Kiedy dowlókł się wreszcie do domu, było już po dziewiętnastej. Nakarmił kota, wziął miły gorący prysznic, napił się troszeczkę pysznego chianti, posłuchał sobie muzyki i poczuł się bardzo samotny. Sięgnął więc po telefon i napisał: „Wiesz co się dzisiaj STAŁO?”.
Miał zamiar wysłać to do Darii, swojej femme fatale, ale po namyśle zrezygnował. Ona nie zrozumie ogromu mego cierpienia. W taki wieczór, jak dzisiaj, nie potrzebował burzliwego romansu. Potrzebował, żeby go ktoś wysłuchał, pożałował i przytulił – więc wysłał esemes do Pawełka, kochanego studencika archeologii, który był taki mądry i taki miły, i TAKI w nim zakochany, że aż potwornie nudny. Na wieczór podobny dzisiejszemu Pawełek był jak znalazł.
Trafił bez pudła. Po minucie rozdzwonił się telefon. Głos archeologa był jednym wielkim znakiem zapytania.
– Co? Co ci się stało, Emil? Co?
– Och, Pawełku. Odwoziłem do szpitala rodzącą kobietę. Zajmowałem się jej starszym, mocno histerycznym dzieckiem. Opierdolili mnie w pracy. Byłem świadkiem rozpadu małżeństwa. Przyjedź do mnie, Pawełku – poprosił tonem bezbronnego kociątka.
W słuchawce zapanowało pełne napięcia milczenie.
– Ale jak się czujesz?
– Fatalnie!
– Emil… Bo ja mam jutro egzamin z Mezopotamii…
– No trudno. To ucz się. Nie przyjeżdżaj. – Nie musiał nawet specjalne modulować głosu.
– Przyjadę! Jasne, że przyjadę, tylko… No nic, zaraz będę.
– No. To czekam. Pa.
Żeby sobie umilić czas oczekiwania, przyrządził tagliatelle z rokpolem i mozarellą, bo te produkty akurat znalazł w kuchni. Więc kiedy przyszedł Pawełek, zjedli wspaniałą kolację, a potem obejrzeli sobie jakiś głupi film w telewizji i wypili resztę chianti.
Emil wychodził z założenia, że żaden wyrafinowany intelektualnie utalentowany artysta nie powinien się wstydzić oglądania głupich filmów w telewizji. Ba, nawet seriali – pod warunkiem, że nie robi tego w samotności. Leżał więc przytulony do Pawełka, od czasu do czasu wygłaszając jakiś błyskotliwy komentarz na temat nikłego prawdopodobieństwa psychologicznego postaci oraz wyjątkowo cieniutkiej fabuły, sączył wino i z minuty na minutę czuł się coraz lepiej. Śliwę na pewno da się jutro zasmarować tym nowym podkładem Lancôme. Doskonały pretekst, by zjawić się w pracy w makijażu! Pawełek już dawno przestał napomykać o sesji, wpisach, zaliczeniach, poprawkach i paniach z dziekanatu, i już, już zaczynało się robić całkiem miło, kiedy rozległ się głośny, natarczywy dźwięk telefonu.
– No, odbierz – polecił Emil z westchnieniem, troszeczkę tylko zirytowany. Jest czas na miłość fizyczną i czas powstrzymywania się od niej. Ot, co.
– Ale… Ale to nie mój.
– Jak nie twój? Ja nie mam takiego okropnego dzwonka. Oczywiście, że twój. Odbierz.
Pawełek posłusznie wygrzebał z plecaka swoją antyczną komórkę. Cóż, skoro miał rację. Milczała.
Zaintrygowany, i dodatkowo popędzany narastającym jazgotem, Emil wszedł do przedpokoju, skąd najwyraźniej dobiegał niezidentyfikowany dźwięk. Po czym wyjął z kieszeni własnego płaszcza telefon Ewy. No tak. Ta kobieta najwyraźniej lubiła nazywać rzeczy po imieniu. Na kolorowym wyświetlaczu stało jak byk: Marcin.
Tej przyjemności nie odmówi sobie za nic w świecie!
– Haa-lo.
– Eeeeeee?
– No, halo, słucham, słucham.
– Eeeeeee… Emil?
– No, wreszcie przemówiłeś ludzkim głosem. Bo już myślałem, że rozmawiam z jakąś kozą. Albo z capem. O co chodzi?
– Eeeeeeee… A gdzie Ewa? Jest z… z tobą?
– Ależ skąd.
– A…. A gdzie jest?
– A skąd ja mam wiedzieć? Czy to moja żona, czy jak? Słuchaj, Marcin, ja nie mam teraz czasu na pogaduszki, bo właśnie jest u mnie mój chłopak i jesteśmy zajęci, a zresztą i tak nie mam zamiaru więcej z tobą rozmawiać. Ale chyba powinieneś wiedzieć, że dziś około czternastej urodziła ci się córka. Dwa trzysta, czterdzieści osiem centymetrów. Zdrowa. Ewa też się dobrze czuje. To do widzenia… Znaczy nie! Nie do widzenia, bo oglądać cię więcej nie mam zamiaru. Adieu.
Wrócił do pokoju, prosto w znienacka roznamiętnione ramiona Pawełka. A temu co się raptem stało, zdziwił się, bo takiej dawki seksualnej energii już dawno u studenciny nie widział. Nie, żebym się skarżył… Ach tak, powiedziałem: „mój chłopak”. Co za wyjątkowa nieostrożność. Chyba się starzeję.
Format: 125mm x 195mm
Liczba stron: 264
Cena detaliczna: 28,00 zł
Oprawa: miękka
Tytuł: Siedem szklanek
Skrajność charakterów, zaskakujące wydarzenia, oczarowania i frustracje – to wątki pełnej humoru i trafnych obserwacji społecznych powieści o odkrywaniu samego siebie, o niebezpieczeństwie utknięcia wśród szablonów i komunałów, o odwadze przełamywania tabu i eksponowania odmienności. Powieści o fascynacji niespodziewaną metamorfozą, o mozolnym tworzeniu własnego świata i wyzwalaniu się z objęć jednych stereotypów, by z impetem wpaść w kolejne.
Kuba – wycofany, niepozorny facet, kontra Emil – otoczony chmarą znajomych egocentryczny i ekscentryczny artysta. Ich spotkanie na szalonej imprezie staje się początkiem niezwykłego związku, z którego każdy z nich wyjdzie odmieniony…
Fragment:
(…)
Kiedy dowlókł się wreszcie do domu, było już po dziewiętnastej. Nakarmił kota, wziął miły gorący prysznic, napił się troszeczkę pysznego chianti, posłuchał sobie muzyki i poczuł się bardzo samotny. Sięgnął więc po telefon i napisał: „Wiesz co się dzisiaj STAŁO?”.
Miał zamiar wysłać to do Darii, swojej femme fatale, ale po namyśle zrezygnował. Ona nie zrozumie ogromu mego cierpienia. W taki wieczór, jak dzisiaj, nie potrzebował burzliwego romansu. Potrzebował, żeby go ktoś wysłuchał, pożałował i przytulił – więc wysłał esemes do Pawełka, kochanego studencika archeologii, który był taki mądry i taki miły, i TAKI w nim zakochany, że aż potwornie nudny. Na wieczór podobny dzisiejszemu Pawełek był jak znalazł.
Trafił bez pudła. Po minucie rozdzwonił się telefon. Głos archeologa był jednym wielkim znakiem zapytania.
– Co? Co ci się stało, Emil? Co?
– Och, Pawełku. Odwoziłem do szpitala rodzącą kobietę. Zajmowałem się jej starszym, mocno histerycznym dzieckiem. Opierdolili mnie w pracy. Byłem świadkiem rozpadu małżeństwa. Przyjedź do mnie, Pawełku – poprosił tonem bezbronnego kociątka.
W słuchawce zapanowało pełne napięcia milczenie.
– Ale jak się czujesz?
– Fatalnie!
– Emil… Bo ja mam jutro egzamin z Mezopotamii…
– No trudno. To ucz się. Nie przyjeżdżaj. – Nie musiał nawet specjalne modulować głosu.
– Przyjadę! Jasne, że przyjadę, tylko… No nic, zaraz będę.
– No. To czekam. Pa.
Żeby sobie umilić czas oczekiwania, przyrządził tagliatelle z rokpolem i mozarellą, bo te produkty akurat znalazł w kuchni. Więc kiedy przyszedł Pawełek, zjedli wspaniałą kolację, a potem obejrzeli sobie jakiś głupi film w telewizji i wypili resztę chianti.
Emil wychodził z założenia, że żaden wyrafinowany intelektualnie utalentowany artysta nie powinien się wstydzić oglądania głupich filmów w telewizji. Ba, nawet seriali – pod warunkiem, że nie robi tego w samotności. Leżał więc przytulony do Pawełka, od czasu do czasu wygłaszając jakiś błyskotliwy komentarz na temat nikłego prawdopodobieństwa psychologicznego postaci oraz wyjątkowo cieniutkiej fabuły, sączył wino i z minuty na minutę czuł się coraz lepiej. Śliwę na pewno da się jutro zasmarować tym nowym podkładem Lancôme. Doskonały pretekst, by zjawić się w pracy w makijażu! Pawełek już dawno przestał napomykać o sesji, wpisach, zaliczeniach, poprawkach i paniach z dziekanatu, i już, już zaczynało się robić całkiem miło, kiedy rozległ się głośny, natarczywy dźwięk telefonu.
– No, odbierz – polecił Emil z westchnieniem, troszeczkę tylko zirytowany. Jest czas na miłość fizyczną i czas powstrzymywania się od niej. Ot, co.
– Ale… Ale to nie mój.
– Jak nie twój? Ja nie mam takiego okropnego dzwonka. Oczywiście, że twój. Odbierz.
Pawełek posłusznie wygrzebał z plecaka swoją antyczną komórkę. Cóż, skoro miał rację. Milczała.
Zaintrygowany, i dodatkowo popędzany narastającym jazgotem, Emil wszedł do przedpokoju, skąd najwyraźniej dobiegał niezidentyfikowany dźwięk. Po czym wyjął z kieszeni własnego płaszcza telefon Ewy. No tak. Ta kobieta najwyraźniej lubiła nazywać rzeczy po imieniu. Na kolorowym wyświetlaczu stało jak byk: Marcin.
Tej przyjemności nie odmówi sobie za nic w świecie!
– Haa-lo.
– Eeeeeee?
– No, halo, słucham, słucham.
– Eeeeeee… Emil?
– No, wreszcie przemówiłeś ludzkim głosem. Bo już myślałem, że rozmawiam z jakąś kozą. Albo z capem. O co chodzi?
– Eeeeeeee… A gdzie Ewa? Jest z… z tobą?
– Ależ skąd.
– A…. A gdzie jest?
– A skąd ja mam wiedzieć? Czy to moja żona, czy jak? Słuchaj, Marcin, ja nie mam teraz czasu na pogaduszki, bo właśnie jest u mnie mój chłopak i jesteśmy zajęci, a zresztą i tak nie mam zamiaru więcej z tobą rozmawiać. Ale chyba powinieneś wiedzieć, że dziś około czternastej urodziła ci się córka. Dwa trzysta, czterdzieści osiem centymetrów. Zdrowa. Ewa też się dobrze czuje. To do widzenia… Znaczy nie! Nie do widzenia, bo oglądać cię więcej nie mam zamiaru. Adieu.
Wrócił do pokoju, prosto w znienacka roznamiętnione ramiona Pawełka. A temu co się raptem stało, zdziwił się, bo takiej dawki seksualnej energii już dawno u studenciny nie widział. Nie, żebym się skarżył… Ach tak, powiedziałem: „mój chłopak”. Co za wyjątkowa nieostrożność. Chyba się starzeję.
Format: 125mm x 195mm
Liczba stron: 264
Cena detaliczna: 28,00 zł
Oprawa: miękka











