Autorki: Mariam Notten, Erica Fischer
Tytuł: Wybrałam wolność. Historia pewnej afgańskiej rodziny



Mariam Notten opowiedziała Erice Fischer dzieje swojej rodziny, sięgając cztery pokolenia wstecz.

Historia życia afgańskich kobiet zaczyna się od zabójstwa prababki przez pradziadka. Kobieta posądzona o romans splamiła honor rodziny - najwyższą wartość, na którą powoływać się będą kolejne pokolenia mężczyzn i przez którą cierpieć będą kolejne pokolenia kobiet. Śledząc losy prababki, babki, matki i córki, zaglądamy za zamknięte drzwi afgańskiego domu i poznajemy nie tylko trudy życia tamtejszych kobiet, ale też ich wolę walki o samostanowienie i godność. Opowieść o kobietach przeradza się zaś w opowieść o Afganistanie i burzliwych zmianach, jakie zaszły w tym kraju w ciągu ostatnich stu lat. Erica Fischer i Mariam Notten nie kreślą czarno-białego obrazu, barwnie opisują nieznany i piękny świat islamu, oddając jego kolory, zapachy, dźwięki, jego bogactwo i złożoność. Pokazują wielkie tragedie, ale też codzienne radości afgańskiej rodziny. Przede wszystkim jednak pokazują siłę i wytrwałość afgańskich kobiet.

Opinie:

"Babka Malalai zabiła teścia, bo odkrył jej romans z parobkiem. Ciotka Malalai spędziła dwadzieścia lat w więzieniu, bo rodzina jej męża użyła jej jako narzędzia w zemście rodowej. Siostra Malalai codziennie rano kłóciła się z matką o długość spódnicy, w której szła do szkoły. Zanim skończyła szkołę, musiała wyjść za mąż za chłopaka, który przewiózł ją na motorze.
Malalai wolała wyjechać za granicę, niż wyjść za mąż. Obsługiwała zapomnianych przez rodziny starców w niemieckich szpitalach. Dyskutowała z afgańskimi marksistami w Berlinie. Przebrana za cudzoziemkę jeździła szukać siostrzeńca w obozach afgańskich uchodźców w Peszawarze. To ona jest główną bohaterką tej fascynującej opowieści o afgańskich kobietach, zmieniającym się Afganistanie i umiłowaniu wolności".
Ludwika Włodek-Biernat


Spis treści:
Krwawa zemsta 11
Wesele Pari 33
Porwanie 58
Przesłanie 76
Rasul 116
Pożegnanie z Afganistanem 137
Berlin-Rudow 166
Pojednanie 195
Ratunek 220
Niemcy 252
Melancholijnie 271
Posłowie 277


Fragment książki:

1.
Krwawa zemsta

Krew wsiąkała przez czerwony wzorzysty dywan w glinianą
podłogę. Żarłocznie wgryzała się w delikatną tkaninę czarczafu,
który zsunął się z jej głowy. Nawet nie zdążyła krzyknąć.
Mężczyzna w turbanie, z siwiejącą brodą przykucnął przy niej,
u jego boku leżał stary brytyjski karabin wojskowy. Patrzył na
żonę nieporuszony, może tylko odrobinę zatroskany. Gdy ciało
osuwało się na ziemię, jeden z czarnych warkoczy legł na jej
twarzy. Mężczyzna przesunął dłonią po oczach, które jeszcze
przed chwilą patrzyły na niego z niepokojem. W domu było
cicho. Obaj synowie, Naser i Delawar, spali dwa domy dalej
u ciotki. Nikt się nie zjawił, żeby zobaczyć, kto strzelał. U Pasztunów
strzały zawsze miały powód.
Całą noc Nangin Chan spędził w pozycji w kucki, oparłszy
ramiona na kolanach, czuwał nad zmarłą. Ciężkie dłonie
ze stwardniałymi opuszkami palców zwisały przed nim
bezwładnie.
Kiedy w kości wkradł się chłód, owinął się szerokim
szalem. Była dwa razy młodsza od niego i mogłaby
jeszcze obdarować go wieloma synami. Może też i córką,
która prowadziłaby
gospodarstwo, kiedy Hossai byłaby stara.
Hossai nigdy się już nie zestarzeje, córki nie będzie. Odpędził
lekki żal, który chciał się wśliznąć w jasne uczucie nieuchronności
zdarzenia. Musiało być tak, jak się stało. Nie miał
wyboru.
Kiedy nastał świt, poszedł do swej niezamężnej szwagierki.
Słyszała w nocy strzał, ale nie odważyła się przybiec. Poprzestała
na uspokojeniu wystraszonych dzieci i czekała dnia. Nangin
Chan poprosił, żeby sprowadziła jedną ze starszych krewnych,
żeby razem obmyły ciało i przygotowały je do pogrzebu jeszcze
tego samego dnia.
– Czyściła moją strzelbę, broń wypaliła i kula ugodziła ją
w pierś – tak Nangin Chan wyjaśnił śmierć żony i nikt o nic nie
pytał.
Powód został podany, nie mówiono o tym więcej. Nangin
Chan cieszył się nieposzlakowaną opinią, od dziesiątków lat był
szanowanym członkiem Loji Dżirgi .
Był świadek tego, co poprzedziło całe zdarzenie. Gdyby nie
on, może by i nie strzelił. Sąsiad, mieszkał w tym samym co on
zaułku, wracali razem z meczetu do domu. Po wieczornej modlitwie
długo jeszcze siedzieli z innymi mężczyznami, rozprawiając
o interesach i polityce. Centralny rząd w Kabulu znowu próbował
wtrącać się w sprawy Pasztunów. Król na rozkaz Brytyjczyków
(którzy traktowali Afganistan jak protektorat) zamierzał
wybudować drogę biegnącą przez ich terytorium. Mężczyźni
byli oburzeni. Jak już będzie droga, natychmiast pojawią się
policjanci i sędziowie i tylko patrzeć, jak pasztuńskich synów
zaczną brać do wojska, aby walczyli z własnymi braćmi.
Kiedy Nangin Chan i jego sąsiad skręcili w wąski ślepy zaułek
prowadzący do ich domów, przemknął obok nich jakiś młody
człowiek ze spuszczoną głową, mrucząc coś, co miało brzmieć jak
pozdrowienie. Mimo nisko schylonej głowy w świetle księżyca
mogli zobaczyć jego twarz. Nie mieszkał w ich zaułku. Potem
Nangin Chan przypomniał sobie (a i jego sąsiad z pewnością też),
że syna Sardata Chana jako jedynego z całej wsi tego wieczoru
nie było w meczecie. Mężczyźni spojrzeli na siebie przelotnie
i szybko się pożegnali.
Podwórko Nangina Chana oddzielał od sąsiadów wysoki mur
z gliny. Podejrzliwie zaglądnął we wszystkie kąty, zanim wszedł
do domu. Hossai stała bez ruchu na środku pokoju, jakby właśnie
weszła. Nie potrafiła podać żadnego wiarygodnego powodu,
dlaczego nie siedziała przy kołowrotku lub dlaczego była tu, a nie
u swej siostry, razem z synami.
Nie czekał nawet końca jej nieporadnych prób wyjaśnienia.
Przyłożył karabin do ramienia i wystrzelił.
Musiało się to wydarzyć około roku 1900. Dokładnie nikt
tego nie wiedział, gdyż daty w jednostajnym życiu na wsi nie
odgrywały żadnej roli. W każdym razie było to na długo przed
moim urodzeniem.
Drugi akt krwawej zemsty, mającej ratować honor mojego pradziadka,
okazał się trudniejszy do wykonania.
Sardat Chan był najbogatszym w okolicy właścicielem dóbr
ziemskich. Przydzielił synowi dwóch uzbrojonych po zęby ludzi,
którzy nie odstępowali go na krok. Nangin Chan nie miał najmniejszej
szansy zbliżenia się do niego bez narażenia na szwank
własnego życia.
Jego życie stało się torturą. Bez młodej żony u boku szybko
się postarzał. Jak w zamroczeniu uprawiał swe pola zgodnie
z rytmem pór roku, a wieczorem zamknięty w sobie wracał
do wsi, nie patrząc w oczy ludziom mijającym go pieszo czy
na grzbietach osłów. Oszałamiająco piękny syn Sardata Chana
był nieosiągalny. Nangin Chan przestał chodzić do meczetu,
jego noga nie przestąpiła progu herbaciarni i nie pojawiał się
więcej ani na dżirdze , ani na Loji Dżirdze. Dopóki jego honor
był splamiony, nie był godzien uczestniczyć w życiu wspólnoty.
Wszystkie jego myśli krążyły wokół własnego honoru i wstydu,
że wciąż nie udało mu się zmyć hańby. Ludzie zostawili go
w spokoju. Nikt nie pytał go o samopoczucie, ale też i nikt z niego
nie szydził. Pozostał szanowanym człowiekiem, odbywającym
swego rodzaju kwarantannę.
Lata mijały i nic się nie zmieniało. Nangin Chan był człowiekiem
złamanym. Myśl, że umrze, zanim zdoła zmyć z siebie
hańbę, ciążyła mu. Jego synów, Nasera i Delawara, wychowała
siostra ich nieżyjącej matki. Ojca znali jako zamkniętego w sobie
odludka, który dużo modlił się w domu, nigdy jednak – jak
inni mężczyźni – nie chodził do meczetu. Matkę pamiętali jak
przez mgłę, coraz mniej wyraźnie, nie mieli jednak odwagi spytać
go, jak umarła. Czuli, że było coś, czego nigdy nie wolno im
dotknąć. Tak mijały lata.
– Jesteście już mężczyznami, niech Allahowi będą dzięki! – zaczepił
ich pewnego dnia wójt, kiedy starszy miał siedemnaście
czy osiemnaście lat. – Czas, żebyście wzięli udział w następnej
Loji Dżirdze.
Obydwaj wprost oniemieli z zaskoczenia. Udział w Wielkim
Zgromadzeniu Rady oznaczał wejście do świata mężczyzn. Zaczęło
się liczyć ich zdanie w kwestiach regulujących społeczne
życie Pasztunów. Stawali się pełnoprawnymi członkami swojego
plemienia. Nieraz już zdarzało im się przysłuchiwać rozmowom
w herbaciarniach, gdzie wracający z Loji Dżirgi podnieceni mężczyźni
kontynuowali dyskusję. Raz chodziło o spory spadkowe
w którymś z klanów, innym razem o miejsca pod łąki i pastwiska
i prawo do wyrębu lasu w górach. Często po każdej ze stron
byli zabici i ranni. Jednak dla Pasztunów najważniejszą sprawą
było zachowanie gospodarczej, a co za tym idzie i politycznej
niezależności od rządu centralnego. Tylko taka samodzielność
gwarantowała im wolność. W obliczu groźby jej utracenia starszyźnie
łatwiej było osiągnąć jedność w innych sytuacjach konfliktowych
podczas zgromadzeń Loji Dżirgi. Bowiem wolność
była dla Pasztunów najwyższym dobrem, za którym w tyle zostawały
wszystkie inne interesy. To, że w Kabulu na karku królowi
siedziały brytyjskie władze okupacyjne było im obojętne tak
długo, dopóki nie mieszał się w wewnętrzne sprawy Pasztunów.
Kabul był daleko.
Po powrocie do domu Naser i Delawar jak zwykle zastali
ojca na popołudniowej modlitwie. Usiedli w kącie na materacu
i czekali z szacunkiem, aż zakończy modły. Prawie jednocześnie
zaczęli mówić, jednak wbrew zwyczajowi starszy szybko oddał
głos młodszemu. Tak było już od ich najmłodszych lat. Delawar
był ten sprytniejszy, bardziej wygadany. Ledwo pełen dumy opowiedział
swemu baba o spotkaniu z wójtem, twarz ojca zasępiła
się. Milczał i tylko wbił gniewny wzrok w dywanik modlitewny
pod kolanami. Synowie nie mogli pojąć, dlaczego ojciec nie
cieszył się z tego zaszczytu.
– Ani mi się ważcie tam iść. Loja Dżirga nie dla was, dopóki
żyje syn Sardata Chana!
Wypalone z taką zawziętością zdanie nie zachęcało do dalszych
pytań i synom nie pozostało nic innego, jak tylko oddalić
się możliwie szybko.
Zdumieni dziwnym zachowaniem ojca, opowiedzieli o wszystkim
ciotce. I w ten oto sposób nareszcie dowiedzieli się, jak
umarła ich matka, przy czym z początku wyjaśnienia ciotki były
podobnie pokrętne jak wyjaśnienia Nagina Chana przed prawie
piętnastoma laty: podczas czyszczenia karabinu padł strzał, który
ugodził matkę prosto w pierś. Ale po chwili dodała szeptem:
– Wasz ojciec był z nią, kiedy się to stało.
I jakby mimochodem wspomniała o synu Sardata Chana.
Natychmiast pojęli, z jakim ciężarem żył ojciec. Wiedzieli też,
że w jego wieku nie będzie w stanie dokonać krwawej zemsty.
Teraz w ich rękach leżało przywrócenie honoru ojcu.
(...)



Seria wydawnicza: Lilith
Przekład z języka niemieckiego Katarzyna Weintraub
Wydanie I
Format: 125x205 mm
oprawa miękka, foliowana
Liczba stron: 280
Projekt okładki: Agnieszka Pasierska/Pracownia Papierówka
Cena: 38.00 zł



Wydawca: Wydawnictwo Czarne



Data wydania: 2010-08-16