Autorka: Mariella Mehr
Tytuł: Oskarżona
"Oskarżona" to historia morderczyni i podpalaczki Kari Selb opowiedziana jej własnymi słowami w przejmującym grozą monologu, w którym - by udowodnić swą poczytalność - Kari odkrywa dawno wyparte wspomnienia. Wyzywająca czerwień butów ofiary, pijacka lubieżność, obłęd w celi, lodowata pogarda dla siebie i gapiów - zwierzenia Oskarżonej oszałamiają, budzą lęk i niezdrowy zachwyt. Kari miała "sobowtóra" w realnym świecie - "garażową morderczynię" skazaną w 2001 roku w Szwajcarii na dożywocie za dwa zabójstwa i liczne podpalenia. Mariella Mehr powiedziała w jednym z wywiadów, że jej bohaterki mogłyby być jej alter ego. Że wyobraża sobie, iż mord może przynieść choć na chwilę wyzwolenie. I że być może pisanie ratuje ją przed nim.
Opinie:
"Mehr tworzy literaturę dziś prawie anachroniczną w swym radykalizmie, odwadze, bezkompromisowości. I polityczności. Zaczęła pisać, bo mówienie było niebezpieczne: gdy mówiła, zmuszano ją do milczenia elektrowstrząsami.
Jej pisania - jako Cyganki, kobiety, chorej psychicznie degeneratki - nie traktowano poważnie. To była szansa, którą wykorzystała: ucząc się myśleć, analizować, walczyć. Z pisania uczyniła broń. Pisanie pozwoliło jej żyć."
Katarzyna Leszczyńska, tłumaczka
"Kiedy czytam książkę Marielli Mehr, mam ochotę uciec, bo w niej jest wszystko, z czym boimy się zmierzyć: krzyk za miłością, samotność, ból, szaleństwo i przemoc. Mehr dotyka piórem jak żyletką. Prawie po każdym zdaniu zostaje blizna. Trzeba mieć duża odwagę, żeby ją czytać, ale jeszcze większą, żeby tego nie zrobić".
Angelika Kuźniak
fragment:
Jestem w stanie łaski. Zabijam. Jestem.
Uważam swoje życie za udane, jeśli sprowadzić je do tej
krótkiej formułki. Za skończone dzieło sztuki: nie brak mu
żadnego odcienia, żadnej możliwej do pomyślenia formy.
Zawiera nawet kolory miłości, chociaż zapewne trudno pani
w to uwierzyć. Jak wiadomo, takim jak ja nie przyznaje się
prawa do miłości. Słusznie czy niesłusznie – to zależy od
pani podejścia do życia.
Proszę nie dać się zwieść mojemu młodzieńczemu wyglądowi.
Prawdziwy wiek przejawia się w czynach. Gdyby je
podliczyć, choćby tylko te ujęte w protokole sądowym, doszlibyśmy
do imponujących kilkuset lat.
Kiedy zniknęła Malik, najdłuższą część życia miałam już za
sobą, abstrahując od wczesnego dzieciństwa – wtedy nie
wiedziałam jeszcze o jej istnieniu. Malik była liczydłem, na
którym rachowałam moje czyny i dodawałam lata, które
one symbolizowały.
Malik wróci.
Czy Malik wróci?
To kwestia wiary, jak wszystko, co nami kieruje.
Wpuścić. Bez lęku. Mówi pani.
Zdobyć moje zaufanie. Nic do stracenia.
Gdyby pani wiedziała, co mam do stracenia. Historię. Moją
historię. Całe życie. Malik.
Ale, ale. Czy urzędniczce przystoi rozmawiać tak z delikwentką?
Malik by się to nie spodobało.
A więc do roboty.
Uporajmy się z tym jak najszybciej, obojętne, który wariant
wybiorę.
Bo pani już chyba wybrała.
Powiedziałam tak nie dlatego, że zamierzam kłamać. Ale lubię
się bawić, a wspomnienia, jak wiadomo, są nieobliczalne.
Na przykład mój dom rodzinny. Mogę go tak nazywać, bo
ojciec zbudował go własnymi rękami. Za duży dla małej
rodziny. Cztery piętra, wliczając mansardę. Pamiętam tylko
kuchnię, niezamieszkany salon, tak nazywała go matka, sypialnię
rodziców, mój pokój i mansardę.
Mansardę.
Dziwne, chcieć pamiętać o mansardzie, nieprawdaż? O takiej
jak nasza, w której nie ma nic godnego uwagi.
Ojciec zbudował dom, zanim się urodziłam. Wokół domu
rozrastał się wysoki żywopłot z bukszpanu. Wewnątrz ogród
warzywny, grusze rozpięte na murach, krzak róży. Łososiowe
kwiaty. Co roku o kilka mniej.
Ojciec budował także inne domy, wiele domów. Wieś, w której
dorastałam, nosi jego piętno.
Naszą wieś nazywano wsią również wtedy, kiedy już dawno
straciła wiejski charakter. Kiedy mieszkańcy zaczęli robić
zakupy w mieście, tam pracować, a do wsi wracali tylko na
noc, ponieważ miejscowa knajpa splajtowała, podobnie jak
rzemieślnicy, sklepy spożywcze i pralnia.
Ojciec nie wzbogacił się na swojej pracy. Pieniądze przepił
i przepuścił na dziwki.
Jest to jedna z niewielu pewnych rzeczy, jakie można powiedzieć
o moim ojcu. I jeszcze to, że często go nie było. W takie
dni matka zamykała się w sypialni i piła. Albo siedziała, pijąc,
przy kuchennym stole, nieumyta, nieuczesana, mamrocząc
coś pod nosem. Jej wielkie ciało wyglądało jak rzucony na
krzesło worek. Byłam wtedy zdana na siebie. Chodziłam do
szkoły. Gotowałam sobie, podczas gdy matka odżywiała się
słodkim likierem i przeklinała ojca. Czasem sikała w majtki.
Myłam ją wtedy i kładłam do łóżka, stawiałam butelkę na
szafce nocnej i wymykałam się z domu. Wkrótce znałam
na pamięć każdą nierówność schodów prowadzących do
sypialni rodziców. Miejsca, w których skrzypiały i gdzie
można się było potknąć, przez nieuwagę albo jeśli matka
była całkiem bezwładna.
Mansardę nazywaliśmy też pokojem gościnnym. Był zarezerwowany
dla ciotki, siostry mamy. Jedyny gość, jakiego
pamiętam. Kiedy przyjeżdżała, matka wyprowadzała się
z małżeńskiej sypialni do niej na poddasze. Ich chichot słychać
było w całym domu. Kiedy ciotka Dore wyjeżdżała,
mama sprzątała mansardę, wyrzucała puste butelki i niedopałki,
resztki jedzenia i papierki po czekoladzie. Wprowadzała
się znowu do małżeńskiej sypialni. Czasem również
ojciec spędzał noce na poddaszu. Wtedy słychać było wszystkich
troje.
Co było z poddaszem?
Nic.
Nic nie było.
Kiedy ojciec wracał ze swoich wyjazdów, był nie mniej wypalony
niż matka przy kuchennym stole.
Powiedziałam wypalony? Celny żart, nie uważa pani?
Jeśli wracał ze szminką na kołnierzyku koszuli, matka piła
dalej, a ojciec, ogoliwszy się i wykąpawszy, znikał w biurze.
Biuro było na drugim końcu ulicy, przy placu Dębowym.
Plac nazywał się tak, ponieważ rósł tam kiedyś stary dąb,
który jeszcze przed moimi narodzinami ustąpił miejsca
parkingowi.
Sąsiedzi nazywali nieobecności ojca podróżami służbowymi.
Później dowiedziałam się, że spędzał je w pobliskim mieście,
w którym mieszkała ciocia Dore. Ciocia Dore chciała zostać
śpiewaczką operową, ale została szwaczką, była jedyną
krewną, która nas odwiedzała. Przy każdej okazji powtarzała,
że pracuje poniżej swoich możliwości, podobnie jak ojciec
utrzymywał przy kuchennym stole, że ożenił się poniżej swoich
możliwości. I że przeklina dzień, w którym poznał moją
matkę. Potem kłócili się za przezornie zamkniętymi oknami.
Ojciec policzkował matkę, matka ojca, w końcu matka przystępowała
do odwrotu w kierunku sypialni, a ojciec podążał
za nią. Potem było słychać ich wcale nietłumione krzyki,
chichoty, dyszenie.
Do dwunastego roku życia byłam nad wyraz grzecznym
dzieckiem. Nie dlatego, że szczególnie się starałam. Posłuszeństwo
wydawało mi się po prostu wskazane. Uchodziłam
za przeciętnie inteligentną, przeciętnie ładną i prawdopodobnie
przeciętnie sympatyczną.
Do dwunastego roku życia nie rzucałam się w oczy, chociaż
działy się rzeczy warte dokładniejszej obserwacji. Ale nie
mówiono o nich. Unikano zajmowania się tym, co działo się
w odległych zakamarkach, wewnątrz i na zewnątrz.
W wieku dwunastu lat byłam zatem nadal niepozornym
dzieckiem. Poza jednym jedynym zdarzeniem tuż przed
dwunastymi urodzinami. W szkole mieliśmy opowiedzieć
o naszych najwcześniejszych wspomnieniach z dzieciństwa.
Opowiedziałam o pierwszym dniu szkoły, dzieci
i nauczycielka
wybuchnęły śmiechem. Zdziwiłam się, ale
w milczeniu
zniosłam kpiny. Wydało mi się to stosowniejsze
niż łzy.
Jakiego rodzaju były te rzeczy? Może się pani domyślić. To,
co przydarza się dzieciom podczas wycieczek w świat dorosłych.
Nie, z czasu przed szkołą nic nie zostało mi w pamięci, chociaż
oczywiście wiem, że również te lata musiały istnieć.
Chce mnie pani podprowadzić? To brzmi, jakby mówiła
pani o handlu krowami. Nie musi mnie pani do niczego
i nikogo podprowadzać. O ile wiem, ma pani jedynie obowiązek
wypytać mnie o odnotowane w aktach czyny i udowodnić
przed sądem, że popełniłam je w pełni świadomie,
bez przymusu i presji sytuacji życiowej. Ma pani stwierdzić
moją poczytalność.
Która ma dla mnie olbrzymie znaczenie.
Jak pani widzi, sytuacja w domu rodzinnym nigdy nie wyprowadzała
mnie z równowagi. Może pani uważać, że cierpię
na deficyt emocjonalny, ale brakowało mi po prostu
ciekawości, która naruszyłaby tę równowagę, wyrywając
mnie z obojętności. Żyłam obok moich rodziców, jadłam,
kiedy oni jedli, spałam, kiedy oni spali, mówiłam ich językiem,
choć go nie rozumiałam, wymykałam się z domu
i włóczyłam po wsi, podczas gdy mama albo wszyscy troje
odsypiali swoje rausze.
Chodziłam do szkoły, uczyłam się jak wszyscy, pisałam wypracowania,
rozwiązywałam zadania matematyczne – bez
wewnętrznego zaangażowania.
Czekałam.
Może nie byłam prawdziwym dzieckiem. Może byłam potworem,
ale nie cierpiałam z tego powodu.
W ogóle nie cierpiałam.
Dzieckodziecko, mówili sąsiedzi, mając na myśli moją przeciętność
i wyczuwając we mnie jednak coś niestosownie
podejrzanego…
Mama nigdy nie mówiła dziecko. Prawie nigdy nie nazywała
mnie też po imieniu. Jej zdania nie miały adresata. A więc
nie musiałam odpowiadać, co było mi na rękę, ponieważ
często nie rozumiałam, o co jej chodzi, mimo że mówiłyśmy
tym samym językiem.
Litanie matki na temat ojca były mi obojętne, jej lamenty
obchodziły mnie jeszcze mniej. Chociaż czasem podejrzewałam
niejasno, że gdzie indziej byłoby mi lepiej, zachowywałam
się tak jak moi rodzice: jakby wszystko było w porządku.
Całkiem normalna rodzina z córką jedynaczką. Ja,
posłuszne dziecko, i oni, niepojęci dla mnie, ale w oczach
sąsiadów całkiem przeciętni rodzice.
Tak zostało również wtedy, gdy ojciec coraz częściej wyjeżdżał
służbowo, a matka coraz częściej była pijana. Małżeństwo
jak każde, mówiono, raz lepiej, raz gorzej, i niepozorne
dziecko. Nawet choroby wieku dziecięcego: odrę, świnkę
i koklusz przeszłam zwyczajnie. Tylko mnie muskały, twierdziła
mama.
Nie pamiętam odry, kokluszu też nie.
Świnkę miałam w trzeciej klasie. Ponieważ zachorowało
jednocześnie dużo dzieci, zamknięto na jakiś czas szkołę,
a chorych poddano kwarantannie. Tak jak krowy w sąsiedniej
wsi, kiedy wybuchła pryszczyca. Chore dzieci odwiedzały
się nawzajem, gdy tylko spadła im temperatura. Mnie
nie odwiedzał nikt. Zapomniano o mnie, jak zawsze kiedy
byłam nieobecna.
Może powinnam opowiedzieć o psie sąsiada. Ugryzł mamę
w rękę, za co pogłaskałam go z wdzięcznością. Zbiło
mnie to z tropu.
Potem spróbował ugryźć również mnie.
Seria wydawnicza: Proza Świata
Przekład z języka niemieckiego Katarzyna Leszczyńska
Format: 125x205 mm
oprawa miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 128
Projekt okładki: Agnieszka Pasierska/Pracownia Papierówka
Tytuł: Oskarżona
"Oskarżona" to historia morderczyni i podpalaczki Kari Selb opowiedziana jej własnymi słowami w przejmującym grozą monologu, w którym - by udowodnić swą poczytalność - Kari odkrywa dawno wyparte wspomnienia. Wyzywająca czerwień butów ofiary, pijacka lubieżność, obłęd w celi, lodowata pogarda dla siebie i gapiów - zwierzenia Oskarżonej oszałamiają, budzą lęk i niezdrowy zachwyt. Kari miała "sobowtóra" w realnym świecie - "garażową morderczynię" skazaną w 2001 roku w Szwajcarii na dożywocie za dwa zabójstwa i liczne podpalenia. Mariella Mehr powiedziała w jednym z wywiadów, że jej bohaterki mogłyby być jej alter ego. Że wyobraża sobie, iż mord może przynieść choć na chwilę wyzwolenie. I że być może pisanie ratuje ją przed nim.
Opinie:
"Mehr tworzy literaturę dziś prawie anachroniczną w swym radykalizmie, odwadze, bezkompromisowości. I polityczności. Zaczęła pisać, bo mówienie było niebezpieczne: gdy mówiła, zmuszano ją do milczenia elektrowstrząsami.
Jej pisania - jako Cyganki, kobiety, chorej psychicznie degeneratki - nie traktowano poważnie. To była szansa, którą wykorzystała: ucząc się myśleć, analizować, walczyć. Z pisania uczyniła broń. Pisanie pozwoliło jej żyć."
Katarzyna Leszczyńska, tłumaczka
"Kiedy czytam książkę Marielli Mehr, mam ochotę uciec, bo w niej jest wszystko, z czym boimy się zmierzyć: krzyk za miłością, samotność, ból, szaleństwo i przemoc. Mehr dotyka piórem jak żyletką. Prawie po każdym zdaniu zostaje blizna. Trzeba mieć duża odwagę, żeby ją czytać, ale jeszcze większą, żeby tego nie zrobić".
Angelika Kuźniak
fragment:
Jestem w stanie łaski. Zabijam. Jestem.
Uważam swoje życie za udane, jeśli sprowadzić je do tej
krótkiej formułki. Za skończone dzieło sztuki: nie brak mu
żadnego odcienia, żadnej możliwej do pomyślenia formy.
Zawiera nawet kolory miłości, chociaż zapewne trudno pani
w to uwierzyć. Jak wiadomo, takim jak ja nie przyznaje się
prawa do miłości. Słusznie czy niesłusznie – to zależy od
pani podejścia do życia.
Proszę nie dać się zwieść mojemu młodzieńczemu wyglądowi.
Prawdziwy wiek przejawia się w czynach. Gdyby je
podliczyć, choćby tylko te ujęte w protokole sądowym, doszlibyśmy
do imponujących kilkuset lat.
Kiedy zniknęła Malik, najdłuższą część życia miałam już za
sobą, abstrahując od wczesnego dzieciństwa – wtedy nie
wiedziałam jeszcze o jej istnieniu. Malik była liczydłem, na
którym rachowałam moje czyny i dodawałam lata, które
one symbolizowały.
Malik wróci.
Czy Malik wróci?
To kwestia wiary, jak wszystko, co nami kieruje.
Wpuścić. Bez lęku. Mówi pani.
Zdobyć moje zaufanie. Nic do stracenia.
Gdyby pani wiedziała, co mam do stracenia. Historię. Moją
historię. Całe życie. Malik.
Ale, ale. Czy urzędniczce przystoi rozmawiać tak z delikwentką?
Malik by się to nie spodobało.
A więc do roboty.
Uporajmy się z tym jak najszybciej, obojętne, który wariant
wybiorę.
Bo pani już chyba wybrała.
Powiedziałam tak nie dlatego, że zamierzam kłamać. Ale lubię
się bawić, a wspomnienia, jak wiadomo, są nieobliczalne.
Na przykład mój dom rodzinny. Mogę go tak nazywać, bo
ojciec zbudował go własnymi rękami. Za duży dla małej
rodziny. Cztery piętra, wliczając mansardę. Pamiętam tylko
kuchnię, niezamieszkany salon, tak nazywała go matka, sypialnię
rodziców, mój pokój i mansardę.
Mansardę.
Dziwne, chcieć pamiętać o mansardzie, nieprawdaż? O takiej
jak nasza, w której nie ma nic godnego uwagi.
Ojciec zbudował dom, zanim się urodziłam. Wokół domu
rozrastał się wysoki żywopłot z bukszpanu. Wewnątrz ogród
warzywny, grusze rozpięte na murach, krzak róży. Łososiowe
kwiaty. Co roku o kilka mniej.
Ojciec budował także inne domy, wiele domów. Wieś, w której
dorastałam, nosi jego piętno.
Naszą wieś nazywano wsią również wtedy, kiedy już dawno
straciła wiejski charakter. Kiedy mieszkańcy zaczęli robić
zakupy w mieście, tam pracować, a do wsi wracali tylko na
noc, ponieważ miejscowa knajpa splajtowała, podobnie jak
rzemieślnicy, sklepy spożywcze i pralnia.
Ojciec nie wzbogacił się na swojej pracy. Pieniądze przepił
i przepuścił na dziwki.
Jest to jedna z niewielu pewnych rzeczy, jakie można powiedzieć
o moim ojcu. I jeszcze to, że często go nie było. W takie
dni matka zamykała się w sypialni i piła. Albo siedziała, pijąc,
przy kuchennym stole, nieumyta, nieuczesana, mamrocząc
coś pod nosem. Jej wielkie ciało wyglądało jak rzucony na
krzesło worek. Byłam wtedy zdana na siebie. Chodziłam do
szkoły. Gotowałam sobie, podczas gdy matka odżywiała się
słodkim likierem i przeklinała ojca. Czasem sikała w majtki.
Myłam ją wtedy i kładłam do łóżka, stawiałam butelkę na
szafce nocnej i wymykałam się z domu. Wkrótce znałam
na pamięć każdą nierówność schodów prowadzących do
sypialni rodziców. Miejsca, w których skrzypiały i gdzie
można się było potknąć, przez nieuwagę albo jeśli matka
była całkiem bezwładna.
Mansardę nazywaliśmy też pokojem gościnnym. Był zarezerwowany
dla ciotki, siostry mamy. Jedyny gość, jakiego
pamiętam. Kiedy przyjeżdżała, matka wyprowadzała się
z małżeńskiej sypialni do niej na poddasze. Ich chichot słychać
było w całym domu. Kiedy ciotka Dore wyjeżdżała,
mama sprzątała mansardę, wyrzucała puste butelki i niedopałki,
resztki jedzenia i papierki po czekoladzie. Wprowadzała
się znowu do małżeńskiej sypialni. Czasem również
ojciec spędzał noce na poddaszu. Wtedy słychać było wszystkich
troje.
Co było z poddaszem?
Nic.
Nic nie było.
Kiedy ojciec wracał ze swoich wyjazdów, był nie mniej wypalony
niż matka przy kuchennym stole.
Powiedziałam wypalony? Celny żart, nie uważa pani?
Jeśli wracał ze szminką na kołnierzyku koszuli, matka piła
dalej, a ojciec, ogoliwszy się i wykąpawszy, znikał w biurze.
Biuro było na drugim końcu ulicy, przy placu Dębowym.
Plac nazywał się tak, ponieważ rósł tam kiedyś stary dąb,
który jeszcze przed moimi narodzinami ustąpił miejsca
parkingowi.
Sąsiedzi nazywali nieobecności ojca podróżami służbowymi.
Później dowiedziałam się, że spędzał je w pobliskim mieście,
w którym mieszkała ciocia Dore. Ciocia Dore chciała zostać
śpiewaczką operową, ale została szwaczką, była jedyną
krewną, która nas odwiedzała. Przy każdej okazji powtarzała,
że pracuje poniżej swoich możliwości, podobnie jak ojciec
utrzymywał przy kuchennym stole, że ożenił się poniżej swoich
możliwości. I że przeklina dzień, w którym poznał moją
matkę. Potem kłócili się za przezornie zamkniętymi oknami.
Ojciec policzkował matkę, matka ojca, w końcu matka przystępowała
do odwrotu w kierunku sypialni, a ojciec podążał
za nią. Potem było słychać ich wcale nietłumione krzyki,
chichoty, dyszenie.
Do dwunastego roku życia byłam nad wyraz grzecznym
dzieckiem. Nie dlatego, że szczególnie się starałam. Posłuszeństwo
wydawało mi się po prostu wskazane. Uchodziłam
za przeciętnie inteligentną, przeciętnie ładną i prawdopodobnie
przeciętnie sympatyczną.
Do dwunastego roku życia nie rzucałam się w oczy, chociaż
działy się rzeczy warte dokładniejszej obserwacji. Ale nie
mówiono o nich. Unikano zajmowania się tym, co działo się
w odległych zakamarkach, wewnątrz i na zewnątrz.
W wieku dwunastu lat byłam zatem nadal niepozornym
dzieckiem. Poza jednym jedynym zdarzeniem tuż przed
dwunastymi urodzinami. W szkole mieliśmy opowiedzieć
o naszych najwcześniejszych wspomnieniach z dzieciństwa.
Opowiedziałam o pierwszym dniu szkoły, dzieci
i nauczycielka
wybuchnęły śmiechem. Zdziwiłam się, ale
w milczeniu
zniosłam kpiny. Wydało mi się to stosowniejsze
niż łzy.
Jakiego rodzaju były te rzeczy? Może się pani domyślić. To,
co przydarza się dzieciom podczas wycieczek w świat dorosłych.
Nie, z czasu przed szkołą nic nie zostało mi w pamięci, chociaż
oczywiście wiem, że również te lata musiały istnieć.
Chce mnie pani podprowadzić? To brzmi, jakby mówiła
pani o handlu krowami. Nie musi mnie pani do niczego
i nikogo podprowadzać. O ile wiem, ma pani jedynie obowiązek
wypytać mnie o odnotowane w aktach czyny i udowodnić
przed sądem, że popełniłam je w pełni świadomie,
bez przymusu i presji sytuacji życiowej. Ma pani stwierdzić
moją poczytalność.
Która ma dla mnie olbrzymie znaczenie.
Jak pani widzi, sytuacja w domu rodzinnym nigdy nie wyprowadzała
mnie z równowagi. Może pani uważać, że cierpię
na deficyt emocjonalny, ale brakowało mi po prostu
ciekawości, która naruszyłaby tę równowagę, wyrywając
mnie z obojętności. Żyłam obok moich rodziców, jadłam,
kiedy oni jedli, spałam, kiedy oni spali, mówiłam ich językiem,
choć go nie rozumiałam, wymykałam się z domu
i włóczyłam po wsi, podczas gdy mama albo wszyscy troje
odsypiali swoje rausze.
Chodziłam do szkoły, uczyłam się jak wszyscy, pisałam wypracowania,
rozwiązywałam zadania matematyczne – bez
wewnętrznego zaangażowania.
Czekałam.
Może nie byłam prawdziwym dzieckiem. Może byłam potworem,
ale nie cierpiałam z tego powodu.
W ogóle nie cierpiałam.
Dzieckodziecko, mówili sąsiedzi, mając na myśli moją przeciętność
i wyczuwając we mnie jednak coś niestosownie
podejrzanego…
Mama nigdy nie mówiła dziecko. Prawie nigdy nie nazywała
mnie też po imieniu. Jej zdania nie miały adresata. A więc
nie musiałam odpowiadać, co było mi na rękę, ponieważ
często nie rozumiałam, o co jej chodzi, mimo że mówiłyśmy
tym samym językiem.
Litanie matki na temat ojca były mi obojętne, jej lamenty
obchodziły mnie jeszcze mniej. Chociaż czasem podejrzewałam
niejasno, że gdzie indziej byłoby mi lepiej, zachowywałam
się tak jak moi rodzice: jakby wszystko było w porządku.
Całkiem normalna rodzina z córką jedynaczką. Ja,
posłuszne dziecko, i oni, niepojęci dla mnie, ale w oczach
sąsiadów całkiem przeciętni rodzice.
Tak zostało również wtedy, gdy ojciec coraz częściej wyjeżdżał
służbowo, a matka coraz częściej była pijana. Małżeństwo
jak każde, mówiono, raz lepiej, raz gorzej, i niepozorne
dziecko. Nawet choroby wieku dziecięcego: odrę, świnkę
i koklusz przeszłam zwyczajnie. Tylko mnie muskały, twierdziła
mama.
Nie pamiętam odry, kokluszu też nie.
Świnkę miałam w trzeciej klasie. Ponieważ zachorowało
jednocześnie dużo dzieci, zamknięto na jakiś czas szkołę,
a chorych poddano kwarantannie. Tak jak krowy w sąsiedniej
wsi, kiedy wybuchła pryszczyca. Chore dzieci odwiedzały
się nawzajem, gdy tylko spadła im temperatura. Mnie
nie odwiedzał nikt. Zapomniano o mnie, jak zawsze kiedy
byłam nieobecna.
Może powinnam opowiedzieć o psie sąsiada. Ugryzł mamę
w rękę, za co pogłaskałam go z wdzięcznością. Zbiło
mnie to z tropu.
Potem spróbował ugryźć również mnie.
Seria wydawnicza: Proza Świata
Przekład z języka niemieckiego Katarzyna Leszczyńska
Format: 125x205 mm
oprawa miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 128
Projekt okładki: Agnieszka Pasierska/Pracownia Papierówka











