Autorka: Max Cegielski
Tytuł: Mozaika. Śladami Rechowiczów
Kolorowe ptaki na tle „szarego" PRL-u. Ona przyciągająca wzrok, w oryginalnych strojach, czasem uszytych z okiennych zasłon, on elegancki, wycofany, zazwyczaj milczący. Twórczość jest dla nich wolnością, za komuny budują enklawę, swój własny świat, w którym estetyka dominuje nad polityką. Malują mozaiki, freski, wykorzystują materiał uznawany za brzydki - kamienie, potłuczoną ceramikę, bryłki szkła, by stworzyć kompozycje zmieniające oblicze Polski Ludowej. Gaber ilustruje szereg czasopism oraz książek dla dzieci, wreszcie dojrzewa do malarstwa sztalugowego, które zdobywa ogromne uznanie m.in w Japonii. Dopiero w 2011 roku szkice Rechowiczów zostały po raz pierwszy pokazane na wystawie w Polsce, a przecież ślady ich twórczości istnieją w Łańcucie, Nałęczowie, i wielu innych miejscowościach. Media zachwycają się ocaloną dokumentacją fresku w warszawskim Supersamie, dawno temu zburzonym.
Książka Cegielskiego - sama w sobie będąca mozaiką - to spacer śladami dzieł zagubionych w czasie. To także subiektywna historia Polski od roku 1920 do dziś, oraz historia relacji pomiędzy władzą a artystami. Opowiedziana przez Rechowiczów a także Andrzeja Wajdę, awangardowy duet KwieKulik, Szymona Bojko czy ucznia Claude Levi Straussa a zarazem przyjaciela bohaterów - Abrahama Zemsza.
To opowieść, w której Max Cegielski nieustannie szuka swoich korzeni. Zastanawia się nad tajemnicą przemijania i śmierci, cudem narodzin, i chęcią kreacji własnego życia, ceną niezależności i rolą sztuki.
Próba ocalenia pamięci o Hannie i Gabrielu Rechowiczach jest reportażem, esejem, powieścią: próbą dotknięcia czegoś, co każdemu z nas wciąż wymyka się z rąk...
Autor pisze: „Po książkach o Indiach, Pakistanie czy Turcji zrozumiałem, że muszę wreszcie zrozumieć Polskę i samego siebie, a dzięki losom Rechowiczów otrzymałem klucz do naszej historii".
Fragment
1.
Nie pamiętam, jaką barwę miało światło ani jaki odcień szarości dominował, nie opiszę barwy liści ani temperatury powietrza. W jednostajnie bure, jesienne przed- lub popołudnia zacierają się nawet kanty architektury przedwojennego osiedla. Kształty, kolory i czas rozmywają się w subiektywnej bylejakości. W dziury po kulach z 1944 roku powkładano kamienie, tworzące mozaikę. Z otoczaków zeszła farba, którą zostały pomalowane, tylko na skrawkach ściany mieni się parę plam drogiej, kolorowej farby, importowanej z Zachodu do Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Żelazna, zardzewiała furtka nie broni dostępu do ogródka zniszczonego jak stary dywan. Zamek nie działa, nie trzeba przeskakiwać płotów, grubych kresek ani przepaści społecznych. Chciałbym od razu budować metaforę, najlepiej, żeby nie działał od 1989 roku. To by pasowało do układanki z małych elementów, kompozycji z szumów, zlepów i ciągów.
Zostało jeszcze pięć minut do umówionej godziny, tak samo dobrej na rozpoczęcie akcji jak każda inna. Ani za mało, ani za bardzo symbolicznej: godzina W, godzina X, Y, Z. Po prostu ustalmy, arbitralnie, że to początek. Inaczej się po prostu nie dało. Właścicielka domu przy małej uliczce w centrum miasta nie chciała spotkać się wcześniej.
Miejsce osiadło na bocznej mieliźnie czasu, który nie całkiem się tu zatrzymał, ale spowolnił bieg. Za fasadą nie kryje się sanatorium pod klepsydrą, to byłoby zbyt ciekawe. Po prostu tutaj chodzi się późno spać i równie późno wstaje; nie używa się telefonów komórkowych, nie ma komputera ani internetu. Mogę się spóźnić, nikt nie zauważy, lecz nie mogę przyjść za wcześnie - to akurat zostanie dostrzeżone w półmroku wnętrz. Od ulicy ich nie widać, okna zarośnięte bluszczem, zasłonięte jedwabnymi, kiedyś bajecznie kolorowymi tkaninami, szyby bardziej szare od dnia, w którym się zjawiam. Wkraczam w przeszłość, gdzie zamierzam znaleźć ukrytą ścieżkę do teraźniejszości, a nawet liczę po cichu na ślady prowadzące w przyszłość.
Fresk i mozaika od strony ulicy zatarły się i zszarzały, a może kolor nigdy nie został położony, może nie dokończono dzieła? Może prace wciąż trwają, tylko robotnicy na chwilę je przerwali? Mają fajrant, ale wrócą pewnego dnia, dokończą dzieło, a przy okazji naprawią zamek i zamkną furtkę. Tuż obok, u zamkniętego dla samochodów wylotu uliczki, tworzy się korek. Codziennie rano pęcznieje, kiedy kierowcy chcą skręcić z przelotowej trasy na jedną z głównych ulic. W korku stoją terminy i godziny, szlagiery, nazwiska, gwiazdy, znajomości, które mijam na rowerze. Zaraz obok, w dwupiętrowym domku schowanym między bankami, biurowcami, urzędami i ministerstwami, każde nazwisko ulega przekręceniu. Nikt nie może więc czuć się pewny swojego prestiżu i znaczenia. Kalendarze i spisy telefonów rozsypują się jak hieroglify na papirusie. Właścicielka zawsze zapomina i myli, kto jest szefem czego i jak ma na nazwisko. To dodaje otuchy, znane mi współczesne układy towarzyskie rozpadają się w oczach, w uchu, na języku domowników. Wszystko jest więc możliwe, dźwięki tworzą anarchistyczną alternatywę, tymczasową strefę autonomiczną, zryw audiowolności. Tutaj historie ciągle wydarzają się na nowo, zmienia się więc także Historia - ruchliwy, niesforny, czasem dziki zwierz. Kameleon ciągle przybierający inne barwy i kształty. Nic nie jest pewne, czuję szansę na pokonanie niemożliwości.
(...)
Dopóki istnieje, moja babcia, należąca do tego samego pokolenia co Rechowiczowie, robił tam zakupy. Jeździ po nie moskwiczem, potem ładą, a w końcu maluchem. Wtedy już strach wsiadać z nią do auta, słuch nie ten i oczy nie te co dawniej. Prowadzi raczej na pamięć, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła.
Kiedy w latach sześćdziesiątych mknie swoim sowieckim pojazdem, ruch jest niewielki i konkurencja mała. Nie trzeba zerkać co chwila we wsteczne lusterko. Tak, uprzedzam pytania, babcia jest żoną urzędnika państwowego, ale prawo jazdy zrobiła przed wojną jako córka burżuja. Trochę tłumaczy ją i usprawiedliwia fakt, że byłaby spadkobierczynią bogatego nafciarza, gdyby ten przez wojnę i komunizm nie stracił wielkiego majątku. W takiej sytuacji można bez obciachu jechać moskwiczem przez puste ulice do Supersamu.
Supersam, czyli erzac, podróbka i fałszywka, ale jakże piękna. Oglądany dziś na tle swojej epoki błyszczy i mieni się światłem ułudy z pasaży przemierzanych przez paryskiego wieśniaka Louisa Aragona. Sam spożywczy w wersji super, nadęty jak balon sklep osiedlowy, późniejsza Spółdzielnia Spożywców Społem udająca multikorporację. Dużo absurdu i piękna, kolejna nieudana próba zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych społeczeństwa, czyli kwintesencja Polski Ludowej. Produkt małej stabilizacji gomułkowskiej, symbol pierwszej złotej epoki między odwilżą 1956 a marcem 1968 roku.
Decyzję o „budowie w trybie priorytetowym" podejmuje Stołeczna Rada Narodowa w 1960 roku. W trakcie prac kompletowana jest prawie czterystuosobowa załoga. Prasa zapowiada, że na półkach znajdą się zarówno mleko, jak i kawior. Emocje sięgają zenitu, kiedy w miasto idzie plotka, że w dniu otwarcia rzucą cytryny. Podczas hucznej ceremonii w 1962 roku milicjanci muszą uspokajać cisnący się tłum, choć tak naprawdę Supersam od innych sklepów różni się tylko skalą i samoobsługą. Daje złudzenie wolności, jest przedsmakiem nadmiaru, spaceru wzdłuż półek, którym mogliśmy się później zachłysnąć w latach dziewięćdziesiątych. Kolejki nie ciągną się na zewnątrz jak gruby wąż boa po zjedzeniu słonia, lecz znikają w środku i nie kłują w oczy.
„Powiało światem, klient sam wchodzi do sklepu, sam bierze sobie koszyk, sam sobie wybiera, sam nakłada, co chce, sam podchodzi do kasy, sam płaci i sam sobie pakuje. To był szok" - wspomina w piśmie „Stolica" reżyser Jerzy Gruza i dodaje, że wiele osób zabiera koszyki do domu. Supersam jest lekkim zefirkiem wolności i władze dbają o jego zaopatrzenie, starając się, aby było lepsze niż gdzie indziej. Pracujące od początku sprzedawczynie porównują po latach Supersam do późniejszych Peweksów. Pozory konkurencji i wolnego wyboru stwarza reklamowanie stoisk i produktów przez radiowęzeł, uwieczniony przez Gruzę w komedii Dzięcioł. Wiele emocji wzbudza też bar Frykas w drugiej części budynku, gdzie według „Życia Warszawy" jedzenie podgrzewane jest „promieniami podczerwonymi". Kurczaki pieczone na rożnie pęcznieją w oczach aż do rozmiarów zwiastunów nowych, lepszych czasów. Nowoczesność widać w każdej dziedzinie, choćby to: kasjerki raz w tygodniu dostają talony do fryzjera, z których muszą obowiązkowo korzystać. To sklep wzorcowy, odwiedzany przez wycieczki szkolne, a także gości z zagranicy, pokazowy dowód na wolność, piękno i bogactwo Polski za czasów Gomułki.
(...)
Hanna i Gaber Rechowiczowie właśnie skończyli ogromne mozaiki w patio, foyer i kawiarni świeżo otwartego Domu Chłopa. Nic dziwnego, że Jerzy Hryniewiecki, szef zespołu projektantów Supersamu, proponuje im oraz ich przyjacielowi Edwardowi Krasińskiemu realizacje we wnętrzu nowego wspaniałego sklepu.
Hryniewiecki jest przyjacielem rodziny, a szczególnie Wandy Ponikiewskiej, ciotki Hani. Ona sama i Gaber, syn architekta, od dzieciństwa dorastają w artystycznym, twórczym otoczeniu, w środowisku, które można wszakże napiętnować i nazwać układem. To słowo sugeruje związek wręcz przestępczy, a w każdym razie niejawny, podszyty domniemanym oszustwem. „Środowisko" brzmi dużo bardziej niewinnie, wszystko staje się ładniejsze, bardziej subtelne. Ja sam jestem częścią takiej struktury, więc wiem, na czym polega niesprawiedliwość, którą generuje. Podczas dokonywania wyboru spośród trzech równie dobrych kandydatów pracę otrzyma ten zaufany, już znany. Bycie częścią środowiska powoduje, że nie zastanawiamy się nawet, czy ktoś inny lepiej wykona zadanie, obracamy się w stałym kręgu. Jesteśmy leniwi, idziemy drogami na skróty, wolimy to, co oswojone, od nieznanego. Kto raz trafił do zbioru, już nigdy z niego nie wyjdzie, a nowym trudno przeniknąć przez barierę sieci znajomości i kontaktów. Piszę o tym, ponieważ sam czuję się uwikłany w związki towarzyskie wynikające z urodzenia, wykształcenia, pozycji rodziców, dziedziczenia znajomości wraz z zestawem genów. Na początku kariery w latach dziewięćdziesiątych często zastanawiałem się, w jakim stopniu wynika ona z moich zdolności i umiejętności, a w jakim z tego, że ktoś mnie zna, ponieważ jestem synem swojego ojca. Zadręczałem się poczuciem niesprawiedliwości, miałem wyrzuty sumienia, męczyło mnie przeświadczenie, że mogę zawdzięczać coś nie samemu sobie, lecz pochodzeniu społecznemu.
Dlatego staram się nie oceniać kariery Rechowiczów. Nie chcę być śledczym ani oskarżycielem, a jednak zastanawiam się, czy dostali pracę w Supersamie „po znajomości"? Takie zależności znam dobrze ze swojego środowiska, życie pod tym względem niewiele się zmieniło. Czy wobec tego Hania schodzi na spotkania ze mną nie z piętra innej epoki, tylko z tego samego świata, w którym ja żyję?
Jerzy Hryniewiecki, który pracę we „wzorcowym sklepie" zleca Rechowiczom, zaczyna karierę długo przed drugą wojną światową. Urodzony w 1908 roku, chłopak z warszawskiego liceum Batorego, do którego też chodziłem, zanim mnie wyrzucili, więc wiem, jaka to kuźnia elit. Żołnierz kampanii wrześniowej, więzień oflagu w Waldenbergu. Zdolny i utalentowany, zdążył się wiele nauczyć przed inwazją niemiecką na Polskę i nabrać doświadczenia zawodowego. W 1945 roku tworzy wystawę Warszawa oskarża, przypimają mu ordery za kierownictwo artystyczne i koordynację Wystawy Ziem Odzyskanych, o której wkrótce. W 1955 roku buduje, a właściwie wymyśla, jak usypać z gruzów stolicy, stadion X-lecia Manifestu Lipcowego. Jego zamiłowanie do modernizmu oraz problemy finansowe i pośpiech prac, które miały być zakończone na Festiwal Przyjaźni, chronią obiekt od zbędnych socrealistycznych dodatków. Za co znowu otrzymuje nagrody państwowe i Order Sztandaru Pracy, ponieważ w nowym systemie przywileje elit otrzymują odpowiednie ideologiczne nazwy.
Hanię denerwują moje rozważania o „środowisku" i „układzie", dla niej wszystko jest prostsze.
- Hrynio pokazał nam ścianę w barze Frykas w Supersamie i powiedział: teraz szalejcie. Ale myśmy chcieli jakoś się dostroić do bryły całej architektury, która była szalenie interesująca. Konstrukcja z takim dachem wygiętym zrobiona przez Zalewskiego, jednego z najlepszych światowych specjalistów. Ogromne były kłopoty z meblami, bo trzeba je było robić na zamówienie i nie wychodziło. Problemy były też z oszkleniem głównej ściany, dlatego że huta pomyliła się w wymiarach szyb o pięć centymetrów. Sprowadzani z całej Polski najlepsi szklarze musieli ręcznie je przycinać, ale grube, trzycentymetrowe lane płyty pękały. Nam się to tak spodobało, że parę tych wielkich tafli przywlekliśmy do domu i jedna nawet przez długi czas była stołem, a druga jest tutaj, na parterze.
Budynek musi rzeczywiście robić duże wrażenie na Gabrze, ponieważ wybiera zupełnie inne formy fresku niż wcześniej w Domu Chłopa. Na potrzeby Supersamu jedyny raz w życiu zmienia styl i maluje kompozycję geometryczną, a nie płynne fantastyczne światy. Oczywiście, nawet to panneau, pomimo kwadratów i prostokątów, ma w sobie poetyckość, która zawsze cechowała styl Rechowicza. W kolejnych realizacjach ścian wrócił do swojego znaku firmowego, połączenia fresku z mozaiką, grubych otoczaków i kamieni, bogatej faktury. Dla Hryniewieckiego malował płasko, trochę tak, jak na swoich obrazach.
Zachowane szkice różnią się tylko kolorystyką, natomiast sama kompozycja i temat nie zmieniają się, Gaber konsekwentnie rozwija pierwotny pomysł. Od pierwszego najbardziej ogólnego szkicu na kawałku szarego papieru po ostateczne propozycje dla komisji, starannie wymalowane na długich kawałkach twardej tektury.
- Zrobił malarstwo ścienne na całej przestrzeni baru Frykas, może czterdzieści metrów długości, siedem wysokości, aż do stropu naturalnie. - Wydaje mi się, że Hania jak zwykle przesadza, ale na zachowanych zdjęciach widać, że panneau jest ogromne i dominuje nad salą. - Natomiast w przejściu do części handlowej był bar i mozaika kamienna z freskiem, którą głównie ja robiłam. Była też ściana malowana przez Edzia Krasińskiego. Bardzo purystyczna forma malarska, czerwono-brązowa, taka w kolorze laki, płaszczyzna wysokości chyba sześć metrów, na dole ciemniejsza, na górze przechodziła w bardziej czerwoną. Bardzo dekoracyjna. Tę ścianę dosyć szybko chyba zamalowali... - Nie zachowało się żadne zdjęcie, nie wymieniają jej książki i opracowania z dziedziny historii sztuki i architektury. Po cichu zastanawiam się, czy naprawdę istniała, ale głośno zadaję inne pytanie:
- Czy do baru Frykas przychodziło się, bo było tam dobre jedzenie?
- Nie - śmieje się Hania - kiepskie potrawy, paskudne meble, bo już nie było pieniędzy na wykończenie. Proponowaliśmy, żeby chociaż przemalować te stołki i blaty. Ale byliśmy szczęśliwi, że Supersam powstał. Uważaliśmy, że to jest piękny budynek i że zachowa się na zawsze, jako taka wielka piękna forma.
(...)
seria: seria z drzewem
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,9 x 20,2 cm
ilustracje: zdjęcia
Tytuł: Mozaika. Śladami Rechowiczów
Kolorowe ptaki na tle „szarego" PRL-u. Ona przyciągająca wzrok, w oryginalnych strojach, czasem uszytych z okiennych zasłon, on elegancki, wycofany, zazwyczaj milczący. Twórczość jest dla nich wolnością, za komuny budują enklawę, swój własny świat, w którym estetyka dominuje nad polityką. Malują mozaiki, freski, wykorzystują materiał uznawany za brzydki - kamienie, potłuczoną ceramikę, bryłki szkła, by stworzyć kompozycje zmieniające oblicze Polski Ludowej. Gaber ilustruje szereg czasopism oraz książek dla dzieci, wreszcie dojrzewa do malarstwa sztalugowego, które zdobywa ogromne uznanie m.in w Japonii. Dopiero w 2011 roku szkice Rechowiczów zostały po raz pierwszy pokazane na wystawie w Polsce, a przecież ślady ich twórczości istnieją w Łańcucie, Nałęczowie, i wielu innych miejscowościach. Media zachwycają się ocaloną dokumentacją fresku w warszawskim Supersamie, dawno temu zburzonym.
Książka Cegielskiego - sama w sobie będąca mozaiką - to spacer śladami dzieł zagubionych w czasie. To także subiektywna historia Polski od roku 1920 do dziś, oraz historia relacji pomiędzy władzą a artystami. Opowiedziana przez Rechowiczów a także Andrzeja Wajdę, awangardowy duet KwieKulik, Szymona Bojko czy ucznia Claude Levi Straussa a zarazem przyjaciela bohaterów - Abrahama Zemsza.
To opowieść, w której Max Cegielski nieustannie szuka swoich korzeni. Zastanawia się nad tajemnicą przemijania i śmierci, cudem narodzin, i chęcią kreacji własnego życia, ceną niezależności i rolą sztuki.
Próba ocalenia pamięci o Hannie i Gabrielu Rechowiczach jest reportażem, esejem, powieścią: próbą dotknięcia czegoś, co każdemu z nas wciąż wymyka się z rąk...
Autor pisze: „Po książkach o Indiach, Pakistanie czy Turcji zrozumiałem, że muszę wreszcie zrozumieć Polskę i samego siebie, a dzięki losom Rechowiczów otrzymałem klucz do naszej historii".
Fragment
1.
Nie pamiętam, jaką barwę miało światło ani jaki odcień szarości dominował, nie opiszę barwy liści ani temperatury powietrza. W jednostajnie bure, jesienne przed- lub popołudnia zacierają się nawet kanty architektury przedwojennego osiedla. Kształty, kolory i czas rozmywają się w subiektywnej bylejakości. W dziury po kulach z 1944 roku powkładano kamienie, tworzące mozaikę. Z otoczaków zeszła farba, którą zostały pomalowane, tylko na skrawkach ściany mieni się parę plam drogiej, kolorowej farby, importowanej z Zachodu do Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Żelazna, zardzewiała furtka nie broni dostępu do ogródka zniszczonego jak stary dywan. Zamek nie działa, nie trzeba przeskakiwać płotów, grubych kresek ani przepaści społecznych. Chciałbym od razu budować metaforę, najlepiej, żeby nie działał od 1989 roku. To by pasowało do układanki z małych elementów, kompozycji z szumów, zlepów i ciągów.
Zostało jeszcze pięć minut do umówionej godziny, tak samo dobrej na rozpoczęcie akcji jak każda inna. Ani za mało, ani za bardzo symbolicznej: godzina W, godzina X, Y, Z. Po prostu ustalmy, arbitralnie, że to początek. Inaczej się po prostu nie dało. Właścicielka domu przy małej uliczce w centrum miasta nie chciała spotkać się wcześniej.
Miejsce osiadło na bocznej mieliźnie czasu, który nie całkiem się tu zatrzymał, ale spowolnił bieg. Za fasadą nie kryje się sanatorium pod klepsydrą, to byłoby zbyt ciekawe. Po prostu tutaj chodzi się późno spać i równie późno wstaje; nie używa się telefonów komórkowych, nie ma komputera ani internetu. Mogę się spóźnić, nikt nie zauważy, lecz nie mogę przyjść za wcześnie - to akurat zostanie dostrzeżone w półmroku wnętrz. Od ulicy ich nie widać, okna zarośnięte bluszczem, zasłonięte jedwabnymi, kiedyś bajecznie kolorowymi tkaninami, szyby bardziej szare od dnia, w którym się zjawiam. Wkraczam w przeszłość, gdzie zamierzam znaleźć ukrytą ścieżkę do teraźniejszości, a nawet liczę po cichu na ślady prowadzące w przyszłość.
Fresk i mozaika od strony ulicy zatarły się i zszarzały, a może kolor nigdy nie został położony, może nie dokończono dzieła? Może prace wciąż trwają, tylko robotnicy na chwilę je przerwali? Mają fajrant, ale wrócą pewnego dnia, dokończą dzieło, a przy okazji naprawią zamek i zamkną furtkę. Tuż obok, u zamkniętego dla samochodów wylotu uliczki, tworzy się korek. Codziennie rano pęcznieje, kiedy kierowcy chcą skręcić z przelotowej trasy na jedną z głównych ulic. W korku stoją terminy i godziny, szlagiery, nazwiska, gwiazdy, znajomości, które mijam na rowerze. Zaraz obok, w dwupiętrowym domku schowanym między bankami, biurowcami, urzędami i ministerstwami, każde nazwisko ulega przekręceniu. Nikt nie może więc czuć się pewny swojego prestiżu i znaczenia. Kalendarze i spisy telefonów rozsypują się jak hieroglify na papirusie. Właścicielka zawsze zapomina i myli, kto jest szefem czego i jak ma na nazwisko. To dodaje otuchy, znane mi współczesne układy towarzyskie rozpadają się w oczach, w uchu, na języku domowników. Wszystko jest więc możliwe, dźwięki tworzą anarchistyczną alternatywę, tymczasową strefę autonomiczną, zryw audiowolności. Tutaj historie ciągle wydarzają się na nowo, zmienia się więc także Historia - ruchliwy, niesforny, czasem dziki zwierz. Kameleon ciągle przybierający inne barwy i kształty. Nic nie jest pewne, czuję szansę na pokonanie niemożliwości.
(...)
Dopóki istnieje, moja babcia, należąca do tego samego pokolenia co Rechowiczowie, robił tam zakupy. Jeździ po nie moskwiczem, potem ładą, a w końcu maluchem. Wtedy już strach wsiadać z nią do auta, słuch nie ten i oczy nie te co dawniej. Prowadzi raczej na pamięć, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła.
Kiedy w latach sześćdziesiątych mknie swoim sowieckim pojazdem, ruch jest niewielki i konkurencja mała. Nie trzeba zerkać co chwila we wsteczne lusterko. Tak, uprzedzam pytania, babcia jest żoną urzędnika państwowego, ale prawo jazdy zrobiła przed wojną jako córka burżuja. Trochę tłumaczy ją i usprawiedliwia fakt, że byłaby spadkobierczynią bogatego nafciarza, gdyby ten przez wojnę i komunizm nie stracił wielkiego majątku. W takiej sytuacji można bez obciachu jechać moskwiczem przez puste ulice do Supersamu.
Supersam, czyli erzac, podróbka i fałszywka, ale jakże piękna. Oglądany dziś na tle swojej epoki błyszczy i mieni się światłem ułudy z pasaży przemierzanych przez paryskiego wieśniaka Louisa Aragona. Sam spożywczy w wersji super, nadęty jak balon sklep osiedlowy, późniejsza Spółdzielnia Spożywców Społem udająca multikorporację. Dużo absurdu i piękna, kolejna nieudana próba zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych społeczeństwa, czyli kwintesencja Polski Ludowej. Produkt małej stabilizacji gomułkowskiej, symbol pierwszej złotej epoki między odwilżą 1956 a marcem 1968 roku.
Decyzję o „budowie w trybie priorytetowym" podejmuje Stołeczna Rada Narodowa w 1960 roku. W trakcie prac kompletowana jest prawie czterystuosobowa załoga. Prasa zapowiada, że na półkach znajdą się zarówno mleko, jak i kawior. Emocje sięgają zenitu, kiedy w miasto idzie plotka, że w dniu otwarcia rzucą cytryny. Podczas hucznej ceremonii w 1962 roku milicjanci muszą uspokajać cisnący się tłum, choć tak naprawdę Supersam od innych sklepów różni się tylko skalą i samoobsługą. Daje złudzenie wolności, jest przedsmakiem nadmiaru, spaceru wzdłuż półek, którym mogliśmy się później zachłysnąć w latach dziewięćdziesiątych. Kolejki nie ciągną się na zewnątrz jak gruby wąż boa po zjedzeniu słonia, lecz znikają w środku i nie kłują w oczy.
„Powiało światem, klient sam wchodzi do sklepu, sam bierze sobie koszyk, sam sobie wybiera, sam nakłada, co chce, sam podchodzi do kasy, sam płaci i sam sobie pakuje. To był szok" - wspomina w piśmie „Stolica" reżyser Jerzy Gruza i dodaje, że wiele osób zabiera koszyki do domu. Supersam jest lekkim zefirkiem wolności i władze dbają o jego zaopatrzenie, starając się, aby było lepsze niż gdzie indziej. Pracujące od początku sprzedawczynie porównują po latach Supersam do późniejszych Peweksów. Pozory konkurencji i wolnego wyboru stwarza reklamowanie stoisk i produktów przez radiowęzeł, uwieczniony przez Gruzę w komedii Dzięcioł. Wiele emocji wzbudza też bar Frykas w drugiej części budynku, gdzie według „Życia Warszawy" jedzenie podgrzewane jest „promieniami podczerwonymi". Kurczaki pieczone na rożnie pęcznieją w oczach aż do rozmiarów zwiastunów nowych, lepszych czasów. Nowoczesność widać w każdej dziedzinie, choćby to: kasjerki raz w tygodniu dostają talony do fryzjera, z których muszą obowiązkowo korzystać. To sklep wzorcowy, odwiedzany przez wycieczki szkolne, a także gości z zagranicy, pokazowy dowód na wolność, piękno i bogactwo Polski za czasów Gomułki.
(...)
Hanna i Gaber Rechowiczowie właśnie skończyli ogromne mozaiki w patio, foyer i kawiarni świeżo otwartego Domu Chłopa. Nic dziwnego, że Jerzy Hryniewiecki, szef zespołu projektantów Supersamu, proponuje im oraz ich przyjacielowi Edwardowi Krasińskiemu realizacje we wnętrzu nowego wspaniałego sklepu.
Hryniewiecki jest przyjacielem rodziny, a szczególnie Wandy Ponikiewskiej, ciotki Hani. Ona sama i Gaber, syn architekta, od dzieciństwa dorastają w artystycznym, twórczym otoczeniu, w środowisku, które można wszakże napiętnować i nazwać układem. To słowo sugeruje związek wręcz przestępczy, a w każdym razie niejawny, podszyty domniemanym oszustwem. „Środowisko" brzmi dużo bardziej niewinnie, wszystko staje się ładniejsze, bardziej subtelne. Ja sam jestem częścią takiej struktury, więc wiem, na czym polega niesprawiedliwość, którą generuje. Podczas dokonywania wyboru spośród trzech równie dobrych kandydatów pracę otrzyma ten zaufany, już znany. Bycie częścią środowiska powoduje, że nie zastanawiamy się nawet, czy ktoś inny lepiej wykona zadanie, obracamy się w stałym kręgu. Jesteśmy leniwi, idziemy drogami na skróty, wolimy to, co oswojone, od nieznanego. Kto raz trafił do zbioru, już nigdy z niego nie wyjdzie, a nowym trudno przeniknąć przez barierę sieci znajomości i kontaktów. Piszę o tym, ponieważ sam czuję się uwikłany w związki towarzyskie wynikające z urodzenia, wykształcenia, pozycji rodziców, dziedziczenia znajomości wraz z zestawem genów. Na początku kariery w latach dziewięćdziesiątych często zastanawiałem się, w jakim stopniu wynika ona z moich zdolności i umiejętności, a w jakim z tego, że ktoś mnie zna, ponieważ jestem synem swojego ojca. Zadręczałem się poczuciem niesprawiedliwości, miałem wyrzuty sumienia, męczyło mnie przeświadczenie, że mogę zawdzięczać coś nie samemu sobie, lecz pochodzeniu społecznemu.
Dlatego staram się nie oceniać kariery Rechowiczów. Nie chcę być śledczym ani oskarżycielem, a jednak zastanawiam się, czy dostali pracę w Supersamie „po znajomości"? Takie zależności znam dobrze ze swojego środowiska, życie pod tym względem niewiele się zmieniło. Czy wobec tego Hania schodzi na spotkania ze mną nie z piętra innej epoki, tylko z tego samego świata, w którym ja żyję?
Jerzy Hryniewiecki, który pracę we „wzorcowym sklepie" zleca Rechowiczom, zaczyna karierę długo przed drugą wojną światową. Urodzony w 1908 roku, chłopak z warszawskiego liceum Batorego, do którego też chodziłem, zanim mnie wyrzucili, więc wiem, jaka to kuźnia elit. Żołnierz kampanii wrześniowej, więzień oflagu w Waldenbergu. Zdolny i utalentowany, zdążył się wiele nauczyć przed inwazją niemiecką na Polskę i nabrać doświadczenia zawodowego. W 1945 roku tworzy wystawę Warszawa oskarża, przypimają mu ordery za kierownictwo artystyczne i koordynację Wystawy Ziem Odzyskanych, o której wkrótce. W 1955 roku buduje, a właściwie wymyśla, jak usypać z gruzów stolicy, stadion X-lecia Manifestu Lipcowego. Jego zamiłowanie do modernizmu oraz problemy finansowe i pośpiech prac, które miały być zakończone na Festiwal Przyjaźni, chronią obiekt od zbędnych socrealistycznych dodatków. Za co znowu otrzymuje nagrody państwowe i Order Sztandaru Pracy, ponieważ w nowym systemie przywileje elit otrzymują odpowiednie ideologiczne nazwy.
Hanię denerwują moje rozważania o „środowisku" i „układzie", dla niej wszystko jest prostsze.
- Hrynio pokazał nam ścianę w barze Frykas w Supersamie i powiedział: teraz szalejcie. Ale myśmy chcieli jakoś się dostroić do bryły całej architektury, która była szalenie interesująca. Konstrukcja z takim dachem wygiętym zrobiona przez Zalewskiego, jednego z najlepszych światowych specjalistów. Ogromne były kłopoty z meblami, bo trzeba je było robić na zamówienie i nie wychodziło. Problemy były też z oszkleniem głównej ściany, dlatego że huta pomyliła się w wymiarach szyb o pięć centymetrów. Sprowadzani z całej Polski najlepsi szklarze musieli ręcznie je przycinać, ale grube, trzycentymetrowe lane płyty pękały. Nam się to tak spodobało, że parę tych wielkich tafli przywlekliśmy do domu i jedna nawet przez długi czas była stołem, a druga jest tutaj, na parterze.
Budynek musi rzeczywiście robić duże wrażenie na Gabrze, ponieważ wybiera zupełnie inne formy fresku niż wcześniej w Domu Chłopa. Na potrzeby Supersamu jedyny raz w życiu zmienia styl i maluje kompozycję geometryczną, a nie płynne fantastyczne światy. Oczywiście, nawet to panneau, pomimo kwadratów i prostokątów, ma w sobie poetyckość, która zawsze cechowała styl Rechowicza. W kolejnych realizacjach ścian wrócił do swojego znaku firmowego, połączenia fresku z mozaiką, grubych otoczaków i kamieni, bogatej faktury. Dla Hryniewieckiego malował płasko, trochę tak, jak na swoich obrazach.
Zachowane szkice różnią się tylko kolorystyką, natomiast sama kompozycja i temat nie zmieniają się, Gaber konsekwentnie rozwija pierwotny pomysł. Od pierwszego najbardziej ogólnego szkicu na kawałku szarego papieru po ostateczne propozycje dla komisji, starannie wymalowane na długich kawałkach twardej tektury.
- Zrobił malarstwo ścienne na całej przestrzeni baru Frykas, może czterdzieści metrów długości, siedem wysokości, aż do stropu naturalnie. - Wydaje mi się, że Hania jak zwykle przesadza, ale na zachowanych zdjęciach widać, że panneau jest ogromne i dominuje nad salą. - Natomiast w przejściu do części handlowej był bar i mozaika kamienna z freskiem, którą głównie ja robiłam. Była też ściana malowana przez Edzia Krasińskiego. Bardzo purystyczna forma malarska, czerwono-brązowa, taka w kolorze laki, płaszczyzna wysokości chyba sześć metrów, na dole ciemniejsza, na górze przechodziła w bardziej czerwoną. Bardzo dekoracyjna. Tę ścianę dosyć szybko chyba zamalowali... - Nie zachowało się żadne zdjęcie, nie wymieniają jej książki i opracowania z dziedziny historii sztuki i architektury. Po cichu zastanawiam się, czy naprawdę istniała, ale głośno zadaję inne pytanie:
- Czy do baru Frykas przychodziło się, bo było tam dobre jedzenie?
- Nie - śmieje się Hania - kiepskie potrawy, paskudne meble, bo już nie było pieniędzy na wykończenie. Proponowaliśmy, żeby chociaż przemalować te stołki i blaty. Ale byliśmy szczęśliwi, że Supersam powstał. Uważaliśmy, że to jest piękny budynek i że zachowa się na zawsze, jako taka wielka piękna forma.
(...)
seria: seria z drzewem
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,9 x 20,2 cm
ilustracje: zdjęcia










