Autor: Michel Faber
Tytuł: Ewangelia ognia



Najnowsza książka Michela Fabera to po części współczesna wersja (parodia) mitu o Prometeuszu, a po części cięta satyra na biznes wydawniczy. Obrywa się po równo wszystkim – żądnym szybkiego zysku wydawcom, egocentrycznym pisarzom, fanatykom religijnym i autorom idiotycznych komentarzy na forach internetowych.
Irak po upadku Husajna. W splądrowanym muzeum Theo Griepenkerl, ambitny naukowiec, znajduje dziewięć idealnie zachowanych zwojów, które dwa tysiące lat spoczywały w ukryciu. Ich autorem jest niejaki Malchus, naoczny świadek ostatnich godzin życia Chrystusa.
Relacja Malchusa znacznie się różni od tych pozostawionych przez Mateusza, Marka, Łukasza i Jana...
Wielkie odkrycie stanie się przekleństwem naukowca. Theo tłumaczy tekst z aramejskiego na angielski i wydaje drukiem. Prawa rynku wymagają, aby historyczne wersety zostały przerobione na produkt medialny. Machina promocyjna rusza. Informacja o „piątej ewangelii” trafia do wiadomości publicznej – i wtedy się zaczyna.

Opinie:

Przezabawna satyra, którą czyta się jednym tchem.
The Observer

Ewangelia ognia nie jest powieścią o religii, ale o niebezpiecznej sile książek będących wehikułem idei.
Time Out

Wciągająca opowieść z żartobliwie potraktowaną symboliką w tle.
The Financial Times

Bezlitośnie trafna parodia, która bierze na celownik chciwych, neurotycznych, egocentrycznych pisarzy.
The Times

Faber pisze po mistrzowsku. Jego książki czyta się z niesłabnącym dreszczem emocji i zapartym tchem. Tworzy światy, w które wierzymy bez zastrzeżeń.
The Dazed and Confused Magazine


Z recenzji powieści "Szkarłatny płatek i biały":

Powieść, której nie powstydziłby się Dickens.
Lampa

Faber odkrywa i obnaża to, co ówcześni często przemilczali. Pokazuje marność i koloryt życia, brutalność i małość jak mało kto.
Gentleman

Treść Szkarłatnego płatka i białego ukazuje nowe horyzonty powieściopisarstwa, wspaniałe możliwości narracji, niemal naturalistycznej, która mimo swej wyrazistości i dosadności jest niesłychanie czuła w obejściu ze swymi bohaterami.
Portret

Szkarłatny płatek i biały to studium ludzkich charakterów, XIX-wiecznych obyczajów i odwiecznych zasad relacji między płciami. Pełnokrwiste, a zarazem dziwnie delikatne, błyskotliwe i ckliwe, wielkoduszne i oskarżycielskie. Nic, tylko czytać i zazdrościć.
Kazimiera Szczuka


literatura piękna
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
wydanie: I
tytuł oryginału: The Fire Gospel
przekład: Maciej Świerkocki
gatunek: powieść
oprawa: miękka ze szkrzydełkami
format: 12,5 x 19,5 cm
liczba stron: 176
cena: 29,90 zł




fragment


Genesis

Kurator zamaszyście otworzył następne zabytkowe drzwi i w tym momencie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki lwu odpadł łeb. Ogromna, wykuta przed wiekami głowa kamiennego zwierzęcia huknęła o podłogę. Siła uderzenia była tak wielka, że wokół posypały się odłamki pokruszonych kafli. Lwia głowa potoczyła się w bok i znieruchomiała koło lewej łapy posągu. Król zwierząt – a ściśle rzecz biorąc, jego łeb – miał otwartą paszczę i wybite kły. Omijał gniewnym wzrokiem swój bezgłowy kark i spoglądał wyżej, w bogato zdobiony sufit.
– Nie do wiary – powiedział Theo, czując, że powinien w jakiś sposób dać wyraz przerażeniu.
– Wcale nie – odparł ponuro kurator. – Rabusie chcieli ukraść także ten łeb. Stracili sporo czasu, próbując go odrąbać siekierami, oddzielić za pomocą łomów, a nawet odstrzelić. Jeden z nich trafił lwa w kark, ale kula zraniła złodzieja rykoszetem. Jego kompani tylko ryknęli śmiechem, po czym zabrali się za kolejny eksponat.
Theo wszedł do ogołoconej sali muzealnej, wbijając wzrok w podłogę, aby uszanować nieutulony żal, jaki zapewne odczuwał Allach na widok swojego zbezczeszczonego sanktuarium, albo by podziwiać misternie zdobione kafle podłogowe. Tak naprawdę Theo wypatrywał jednak po prostu śladów krwi. W tej sali popełniono morderstwo, a poza tym jednego z rabusiów zraniła odbita rykoszetem kula. Niestety, podłoga została już zamieciona i umyta – niezbyt dokładnie, ale wystarczająco, żeby usunąć ślady, choć tu i ówdzie można było jeszcze dostrzec błysk drobinki szkła, odprysk jakiegoś ceramicznego naczynia albo strzępek tkaniny.
Kurator też doznał obrażeń w trakcie napadu. Głowę miał owiniętą przypominającym pieluchę, niezbyt czystym opatrunkiem, podbiegłym na środku czoła różowym rumieńcem, bo krew zatamowano niezbyt starannie. Bandaż stanowił cokolwiek komiczny kontrast z ciemnoszarą dwurzędową marynarką, ciemnobrązową cerą i eleganckimi półbutami muzealnika. Dlaczego postanowił paradować w tej serwecie na głowie, jak w czasach pierwszej wojny światowej, zamiast dać sobie założyć kilka szwów i zasłonić je potem plastrem opatrunkowym?
„Facet robi z siebie widowisko”, pomyślał Theo, mając pełną świadomość, że to bardzo niegrzecznie z jego strony, bo przecież kurator był niewątpliwie ofiarą. Istnieje jednak wyraźna różnica między ofiarą tragicznych okoliczności i ofiarą losu, a ofiary losu irytowały Theo jak jasna cholera: ofiary losu, czyli tacy ludzie jak ten gość, który ledwo łazi teraz po muzeum, z brudnym bandażem na głowie i miną śledziennika. Ofiary losu nieustannie ściągają na siebie kłopoty i czy trwa akurat jakaś wojna, czy nie, chodzą potem ciągle w glorii skrzywdzonej niewinności – a Theo podejrzewał, że kurator jest właśnie ofiarą losu. Kolosalna niesprawiedliwość wojny oraz zakrwawiony bandaż na głowie nadawały poszkodowanemu muzealnikowi status męczennika i facet odgrywał tę rolę najlepiej, jak potrafił. Z każdym słowem i gestem bił od niego melancholijny fatalizm, który dziennikarze prasowi lubią określać mianem „cichej godności”.
„Nie ja napadłem na twój zasrany kraj”, pomyślał Theo i chociaż od razu zrobiło mu się wstyd, to przecież wcale nie skłamał: był językoznawcą, pracownikiem naukowym Instytutu Humanistycznego w Toronto, a nie jakimś burakiem z jankeskiej armii. Zresztą muzeum okradli Irakijczycy, nie Amerykanie.
– Przechowywaliśmy tu manuskrypty z czasów imperium ottomańskiego – odezwał się kurator zbolałym, cichym, monotonnym głosem. – Mieliśmy w zbiorach zwoje z epoki dynastii Abbasydów. A także egzemplarz Koranu z 1787 roku, z autografem samej Katarzyny Wielkiej.
– To straszne – zauważył ze smutkiem Theo.
– W naszym muzeum przechowywaliśmy też glinianą tabliczkę z Uruk, jednego z najważniejszych miast w starożytnej Mezopotamii, pokrytą tekstem klinowym, który nawet nie został jeszcze odczytany.
– Tragedia – odpowiedział Theo.
„Tylko mi nie mów, jak ważnym ośrodkiem kulturalnym było kiedyś Uruk, bo nie jestem idiotą”, pomyślał. A poza tym dlaczego kurator uparł się, by mówić po angielsku, skoro wcześniej Theo powitał go przez telefon płynnym arabskim? Wyglądało na to, że ten człowiek pragnął podkreślić swoje upokorzenie w obliczu „postinwazyjnej” katastrofy w muzeum.
– Znajdowały się tu również umowy małżeńskie z VII wieku przed Chrystusem – rozpaczał dalej kurator, podnosząc głowę coraz wyżej, aż bandaż zmarszczył się na kołnierzyku jego marynarki. – Z czasów Sennacheryba.
– To naprawdę okropne – powiedział znowu Theo.
Zaczęło go ogarniać nieprzyjemne poczucie, że jeśli zaraz nie przejmie inicjatywy, kurator uzna za stosowne, aby mu przypomnieć, że Irak jest kolebką cywilizacji i że przed wiekami był to tolerancyjny, wielonarodowościowy tygiel kulturowy, w którym kwitła nauka, kiedy większość innych narodów nie wyrosła jeszcze z barbarzyńskiego niemowlęctwa, i tak dalej... Wszystko to prawda, ale Theo nie był w odpowiednim nastroju do wysłuchiwania jej od żałosnego człowieczka z pieluchą na czole.
– Mimo wszystko... Proszę mnie posłuchać, panie Muhibb... Jeśli to, co powiem, nie zabrzmi zbyt... obcesowo, może powinniśmy się skupić na tych eksponatach, które wam zostały. Ostatecznie po to tu przyjechałem.
– Zabrali wszystko, wszystko – lamentował kurator, załamując ręce. – Zostało nam tylko to, czego rabusie nie uznali za godne kradzieży.
Theo westchnął. Słyszał już te biadania; przypominały mu magiczne zaklęcia, mające dotrzeć do uszu być może podsłuchujących ich teraz złodziei, którzy planują dalsze kradzieże. Żeby się dowiedzieć, jakie skarby udało się uratować i co zostało zachomikowane gdzieś w piwnicy albo zapobiegawczo ukryte w prywatnych domach pracowników muzeum, musi zdobyć zaufanie kuratora, a to wymaga wielogodzinnych rozmów, zaproszenia na obiad i znacznych ilości wina. Dopiero wtedy prawda wyjdzie na jaw, wszystkie eksponaty zostaną spisane, i dopiero wówczas Theo będzie mógł ponownie przedstawić Muhibbowi hojną propozycję instytutu. W tej chwili nie był jednak pewien, czy wystarczy mu cierpliwości, by dalej znosić tę pustą gadaninę. Poza tym próbował się odchudzać, a suty, wielodaniowy arabski obiad na pewno nie pomoże mu pozbyć się brzucha. Nadto wcale nie miał ochoty na żadne nieformalne kontakty towarzyskie, bo zaledwie czterdzieści pięć minut wcześniej, podczas rozmowy przez komórkę, jego dziewczyna poinformowała go, że musi mieć trochę luzu, aby zastanowić się poważnie, czego naprawdę chce, a Theo podejrzewał, że „naprawdę chce” pewnego przystojnego fotografa, czarującego łajdaka imieniem Robert, który specjalizował się w zdjęciach przyrodniczych.
– W piątek wracam do Toronto – powiedział, gotując się z gorąca w samochodzie na mosulskiej ulicy, w drodze do muzeum.
– Ale ja potrzebuję trochę luzu już teraz – odparła.
– Tak... No cóż... Nie bardzo rozumiem, jak w tej sytuacji mógłbym ci go nie dać – zauważył Theo. – Ja jestem w Iraku, a ty w Kanadzie, sama. A w każdym razie taką mam nadzieję...
– Usiłuję dać ci do zrozumienia, że kiedy wrócisz, wszystko może już wyglądać inaczej.
– Wszystko?
– Mam na myśli nasz związek.
– Więc... Po co ten wstęp? Dlaczego nie powiesz mi od razu, że z nami koniec?
„No, dalej”, pomyślał. „Powiedz, kurwa, że nie chcesz nauczyciela akademickiego z nadwagą, skoro możesz mieć napakowanego fotografa, który potrafi podchodzić antylopy”.
– Nie mam ci nic do powiedzenia. Potrzebuję trochę luzu, to wszystko.
– No tak... – W tym momencie Theo kichnął, reagując alergicznie na spaliny, unoszące się w wilgotnym powietrzu. – Dobrze, kurwa, rób, co chcesz.
Podążając w ślad za kuratorem przez splądrowane muzeum, miał ochotę chwycić go za klapy i zacząć krzyczeć: „Chcecie forsy czy nie?! To bardzo prosty układ. Wystawiamy wasze skarby w naszym instytucie przez pięć lat i w zamian za to przekazujemy wam okrągłą sumkę na renowację muzeum. Mija pięć lat, w Iraku już panuje pokój, budynek jest po remoncie, i wtedy oddajemy wam zbiory. Zgadzacie się czy nie?!”
– Przepraszam – powiedział kurator, po czym pokazał gestem, by przystanęli i wytężyli słuch: od strony głównego wejścia dobiegało ciche pukanie. (Dzwonek nie działał, a złodzieje wyrwali głośniki ze ścian i w kątach wszystkich sal spod sufitu zwisały jedynie kable.)
– Przepraszam – powtórzył kurator. – Proszę tu na mnie zaczekać... – Pobiegł otworzyć drzwi.
Theo usiadł na szafce z politurowanego drewna, którą rabusie przewrócili na bok i wybebeszyli, wyrywając z niej szuflady i karty katalogowe. Rozejrzał się po sali: była pusta, jeśli nie liczyć najeżonych odłamkami szkła szczątków szklanej gabloty wystawowej, kilku kawałków drewna i stojącego w przeciwległym kącie nieprawdopodobnie masywnego posągu, przedstawiającego skrzydlatego asyryjskiego byka, którego postument śmierdział moczem i jakimś środkiem czyszczącym. Usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych ciężkich drzwi wejściowych. Żałował, że nie może zapalić, czekając na kuratora. Wydawało mu się absurdalne, że obawia się zepsuć powietrze dymkiem z papierosa w pomieszczeniu, które niedawno okradli nieokrzesani zbóje.
Wtem wyleciały wszystkie szyby z okien. Rozległy się szybko następujące po sobie trzy albo cztery potężne eksplozje i pierwsza z nich powaliła go na ziemię jak huragan. Do środka wtargnęła fala gorąca i blasku. Theo zamrugał powiekami – nie oślepł tylko dlatego, że nosił okulary. Kolana miał usiane drobinami szkła, które wysypały mu się z włosów, kiedy pochylił głowę.
Dźwignął się na nogi. Zachował dosyć przytomności, by oprzeć się pokusie otrzepania spodni gołymi rękami. Spróbował otrząsnąć się jak pies, który wyszedł z wody, i zauważył, że drży na całym ciele.
Ruszył w kierunku wyjścia, ale zreflektował się w porę. Od strony drzwi frontowych dobiegały krzyki i kolejne głośne wybuchy. Kurator wraz ze swoim idiotycznym bandażem został zapewne rozmazany po całej ulicy, a miazga, w jaką zmieniło się jego ciało, zdobi teraz okoliczne mury i samochody niczym graffiti albo bryzgi błota. Theo zaczął żałować, że nie okazał mu trochę więcej serdeczności i potraktował go z taką rezerwą. To nikczemność nazwać dupkiem kogoś, kto dwie minuty później traci życie. Ale na tym właśnie polegał problem: w tym pojebanym kraju nie można przewidzieć, która z osób, wkurzających cię nie do wytrzymania, dożyje setki, a która poświęca ci właśnie ostatnie bezcenne chwile swojego życia. Zresztą w tym pojebanym kraju nie opłaca się być miłym dla nikogo, bo albo zapłacisz za to głową, albo te ludzkie pasożyty zjedzą cię żywcem.
Odgłosy na ulicy to niewątpliwie strzały. We współczesnym Iraku roiło się od różnych nadpobudliwych osobników, którzy co prawda nie wiedzieli nawet, gdzie leży Toronto, i których w dodatku nic to nie obchodziło, ale którzy nie mając pojęcia, co zrobić, gdyby stanęli nagle oko w oko z młodym Kanadyjczykiem, najprawdopodobniej wpakowaliby mu kulkę w łeb. Dlatego Theo pobiegł ostatecznie ku schodom pośrodku budynku. Przypomniał sobie, że w podziemiu mieszczą się toalety. Schowa się tam albo w magazynie, dopóki na ulicy nie zapanuje spokój.
Już zbiegał na dół po kręconych schodach, kiedy zauważył, że wybuchy uszkodziły płaskorzeźbę jakiejś brzemiennej bogini, którą podziwiał podczas pierwszej wizyty w tym przybytku. Jej nieoczekiwanie pusty brzuch pękł niczym skorupka jajka i Theo popatrzył na podłogę, usianą kawałkami kamieni.
Leżało wśród nich dziewięć papirusowych zwojów, zawiniętych niedbale w kawałek tkaniny.




Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data premiery: 2009-08-12