Autor: Roman Gren
Tytuł: Schronisko
Przyjechali do Francji, jak tylu przed nimi, gnani nadzieją na lepsze życie. Wszyscy spotkali się w Grobowcu, schronisku dla bezdomnych. Sissoko z Mali – jego bliscy zostali zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Youmi z Senegalu – za diament kupił mieszkanie w jednej z najdroższych dzielnic Paryża. Monsieur Dembo – minister Republiki Środkowoafrykańskiej, uciekł z przyjęcia dyplomatycznego, na którym doszło do zamachu stanu. Stiopa – przyjechał z Kijowa, żeby pozbierać się po zdradzie żony. Maria z Wysp Zielonego Przylądka – chora na AIDS matka trójki dzieci, tak piękna, że mężczyźni, onieśmieleni, spuszczali wzrok. I wielu innych.
Zjawiali się nagle i równie nagle znikali. Niektórzy zostawali na dłużej, chociaż zawsze mówili, że wpadają tylko na chwilę. W ankiecie przy pytaniu „Kogo zawiadomić w razie wypadku” zostawiali puste miejsce.
Roman Gren maluje swoich bohaterów z precyzją godną holenderskiego mistrza. Pieczołowicie kreśli pełnokrwiste portrety i niezwykłe sceny rodzajowe, utrwalając to, co w nich najcenniejsze – ludzką godność.
------
"Roman Gren przygląda się rzeczom i ludziom z pełną skupienia uwagą i formą czułości. To nie znaczy, że ich lubi albo że jest sentymentalny. To znaczy, że szanuje ich ulotną prawdę i wyjątkowość ich istnienia. Dzielę wybitnych fotografów na turystów i buddystów. Jedni fotografują wojny i egzotyczne pejzaże, inni (jak czeski fotograf Josef Sudek, który w latach niemieckiej okupacji i stalinizmu fotografował tylko widok z okna swej pracowni) odbicie światła na szybie, twarz starego człowieka, szklankę wody. Ci drudzy imponują mi naprawdę i oni właśnie dotykają tajemnicy. Gren opisuje tylko to, co poznał dogłębnie, czego doświadczył, czego mógł dotknąć. Wciąż dziwiąc się, że dalej nic o tym opisywanym świecie nie wie. Przez dwadzieścia lat wydał tylko dwie cienkie książki. Dla mnie więcej warte niż tony rozgadanej literatury".
Agnieszka Holland
FRAGMENT:
Ciastka
Dobiegł końca ulubiony program bezdomnych Qui veut
gagner
des millions, jadalnia zaczęła pustoszeć. Zostało z dziesięć
osób drzemiących na krzesłach.
– Szefie – odezwał się nagle Boullay – nie zostało nic
z kolacji?
Zajrzałem do lodówki, nic ciekawego: buraki i surówka
z selera, których nikt nie chciał jeść. Za to w dolnym pojemniku
kryła się reklamówka zawiązana na supeł. W środku
było tekturowe pudełko z czekoladowymi ciastkami.
– Są buraki i seler – powiedziałem. – Ale… – ściszyłem
głos – coś znalazłem. Niespodzianka.
Głowy podniosły się.
– Ciastka. Czekoladowe!
Mętne oczy rozbłysły, jadalnia pojaśniała. Postawiłem otwarte
pudełko na cynkowej ladzie.
– Ktoś chce?
Wychylili się do przodu – jeszcze niepewni, jeszcze niewierzący
własnemu szczęściu. Ciastka? I to czekoladowe?
O tej porze? Jakim cudem nikt ich nie zjadł?
Zapadła uroczysta cisza, ustały pochrapywania i pochrząkiwania.
Potem odezwały się głosy – ciche, nieśmiałe, proszące:
ja… chętnie… a można… pewnie…
Pierwszy podniósł się Boullay – ten był od razu godny,
wyprostowany. Przecież gdyby nie on, nikt nie dowiedziałby
się o istnieniu skarbu. Podszedł do lady, wyciągnął rękę. Tu
opuściła go pewność siebie. Nie należało jednak przesadzać.
Bo to może nie tyle niespodzianka, ile nagroda. Należy na
nią zasłużyć, a nie pchać się jak zwykle, nie żądać, nie grozić.
Zarośnięta twarz wykrzywiła się w nieporadnym uśmiechu.
Proszę, powiedział.
Za nim poszedł Desgranges – też wpierw śmiałym krokiem,
naśladując poprzednika, ale już w połowie drogi skurczył
się, zaczął maleć i kiedy doszedł do ciastek, był nie większy
niż pięcioletni chłopczyk i musiał stanąć na palcach, żeby
dosięgnąć pudełka.
Ruszyli pozostali: nieogoleni, brudni, cuchnący, kulejący,
zgarbieni pod ciężarem rzeczywistości, którą rozświetlił nagle
słoneczny promień. Wauters, Maloudji, Tiomkin, Bessari,
Tranh, Pozner, Harkim, Bridel. Szli, wpatrując się w sufit,
zerkając na boki, patrząc pod nogi. Stawiali ostrożnie stopy,
żeby nie hałasować, ręce trzymali za sobą albo w kieszeniach.
Wielu, jak Desgranges, malało w oczach.
Potem odchodzili – każdy z błyszczącym czekoladową
tafelką ciastkiem położonym na dłoni. Nikt nie skosztował,
nie nadgryzł, nie polizał. Przedłużali magiczny moment i znikali
w boksach. Tam dopiero słodzili sobie ostatnią chwilę
przed snem.
Starczyło akurat dla wszystkich dziesięciu obecnych w jadalni.
Ale ktoś zauważył, ktoś podejrzał. O północy zastukał
nieśmiało do drzwi biura Monterano – wielki, czarny, awanturnik
jakich mało. Słuchaj, powiedział cichym, proszącym
głosem, chciałem się tylko spytać… no wiesz… może jeszcze…
nie ma już tych ciastek?
Jean Malheur
Jean miał czterdzieści pięć lat i nie chciał mieszkać u babci.
Spędzał u niej dwa albo trzy dni, a potem wymykał się na
ulicę. Kiedy było ciepło, sypiał na ławkach, chłodną lub deszczową
porą dzwonił pod sto piętnaście i prawie zawsze trafiał
na litościwą duszę, która znajdywała mu miejsce w przyzwoitym
schronisku. Jean Malheur (co za prezent od losu nazywać
się Nieszczęście!) miał gołębie serce i był jak dziecko:
wierzył we wszystko, co mu opowiadano.
Pojawił się u nas listopadową nocą: nieduży, krępy, o siwiejących
skroniach i wielkich, ciemnych oczach, w których
czaił się lęk. Nosił za duży, rozchodzący się na łokciach sweter
z włóczki i stare sztruksowe spodnie. Stanął w kącie, przy
kaloryferze, położył na nim zziębnięte dłonie i zapatrzył się
w telewizor, w którym leciał kolejny serial.
– Chcesz zjeść? – spytał go Ahmed pół godziny później.
– Oh oui, oh oui – powiedział Jean z wielkim entuzjazmem
i usiadł przy stole naprzeciwko Belahiego, w którym wzbierała
nienawiść do świata. Na kolację była surówka z selera,
krokiety z halibuta z ryżem i jogurt z cukrem. Jean jadł pospiesznie,
kawałki jedzenia wypadały mu z ust na stół. Popił
wodą, zakrztusił się i zakaszlał wprost na Belahiego.
– Uważaj – powiedział Belahi i twarz wykrzywił mu
grymas.
– Oui, monsieur.
Po kolacji przyszedł do biura.
– Chciałbym zadzwonić do babci. Może mi pan wystukać
numer?
– Babciu? To ja, Jean.
– …
– Nie uciekłem, babciu, musiałem wyjść.
– …
– Nie mogłem zostać.
– …
– Nie mogłem zostać.
– …
– Nie, babciu, u ciebie jest mi bardzo dobrze.
– …
– Bo musiałem wyjść.
– …
– Nie wiem, babciu, ale bardzo cię kocham.
– …
– Teraz nie mogę.
– …
– Obiecuję ci, że przyjdę.
– …
– Niedługo.
– …
– Zaraz go poproszę. Do widzenia, babciu, kocham cię.
Podał mi słuchawkę.
– Babcia chce z panem porozmawiać. To ja idę oglądać
film.
Wydanie I
Format: 125x195 mm
oprawa miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 152
Projekt okładki: Kamil Targosz
Seria wydawnicza: Linie Krajowe
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki
Tytuł: Schronisko
Przyjechali do Francji, jak tylu przed nimi, gnani nadzieją na lepsze życie. Wszyscy spotkali się w Grobowcu, schronisku dla bezdomnych. Sissoko z Mali – jego bliscy zostali zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Youmi z Senegalu – za diament kupił mieszkanie w jednej z najdroższych dzielnic Paryża. Monsieur Dembo – minister Republiki Środkowoafrykańskiej, uciekł z przyjęcia dyplomatycznego, na którym doszło do zamachu stanu. Stiopa – przyjechał z Kijowa, żeby pozbierać się po zdradzie żony. Maria z Wysp Zielonego Przylądka – chora na AIDS matka trójki dzieci, tak piękna, że mężczyźni, onieśmieleni, spuszczali wzrok. I wielu innych.
Zjawiali się nagle i równie nagle znikali. Niektórzy zostawali na dłużej, chociaż zawsze mówili, że wpadają tylko na chwilę. W ankiecie przy pytaniu „Kogo zawiadomić w razie wypadku” zostawiali puste miejsce.
Roman Gren maluje swoich bohaterów z precyzją godną holenderskiego mistrza. Pieczołowicie kreśli pełnokrwiste portrety i niezwykłe sceny rodzajowe, utrwalając to, co w nich najcenniejsze – ludzką godność.
------
"Roman Gren przygląda się rzeczom i ludziom z pełną skupienia uwagą i formą czułości. To nie znaczy, że ich lubi albo że jest sentymentalny. To znaczy, że szanuje ich ulotną prawdę i wyjątkowość ich istnienia. Dzielę wybitnych fotografów na turystów i buddystów. Jedni fotografują wojny i egzotyczne pejzaże, inni (jak czeski fotograf Josef Sudek, który w latach niemieckiej okupacji i stalinizmu fotografował tylko widok z okna swej pracowni) odbicie światła na szybie, twarz starego człowieka, szklankę wody. Ci drudzy imponują mi naprawdę i oni właśnie dotykają tajemnicy. Gren opisuje tylko to, co poznał dogłębnie, czego doświadczył, czego mógł dotknąć. Wciąż dziwiąc się, że dalej nic o tym opisywanym świecie nie wie. Przez dwadzieścia lat wydał tylko dwie cienkie książki. Dla mnie więcej warte niż tony rozgadanej literatury".
Agnieszka Holland
FRAGMENT:
Ciastka
Dobiegł końca ulubiony program bezdomnych Qui veut
gagner
des millions, jadalnia zaczęła pustoszeć. Zostało z dziesięć
osób drzemiących na krzesłach.
– Szefie – odezwał się nagle Boullay – nie zostało nic
z kolacji?
Zajrzałem do lodówki, nic ciekawego: buraki i surówka
z selera, których nikt nie chciał jeść. Za to w dolnym pojemniku
kryła się reklamówka zawiązana na supeł. W środku
było tekturowe pudełko z czekoladowymi ciastkami.
– Są buraki i seler – powiedziałem. – Ale… – ściszyłem
głos – coś znalazłem. Niespodzianka.
Głowy podniosły się.
– Ciastka. Czekoladowe!
Mętne oczy rozbłysły, jadalnia pojaśniała. Postawiłem otwarte
pudełko na cynkowej ladzie.
– Ktoś chce?
Wychylili się do przodu – jeszcze niepewni, jeszcze niewierzący
własnemu szczęściu. Ciastka? I to czekoladowe?
O tej porze? Jakim cudem nikt ich nie zjadł?
Zapadła uroczysta cisza, ustały pochrapywania i pochrząkiwania.
Potem odezwały się głosy – ciche, nieśmiałe, proszące:
ja… chętnie… a można… pewnie…
Pierwszy podniósł się Boullay – ten był od razu godny,
wyprostowany. Przecież gdyby nie on, nikt nie dowiedziałby
się o istnieniu skarbu. Podszedł do lady, wyciągnął rękę. Tu
opuściła go pewność siebie. Nie należało jednak przesadzać.
Bo to może nie tyle niespodzianka, ile nagroda. Należy na
nią zasłużyć, a nie pchać się jak zwykle, nie żądać, nie grozić.
Zarośnięta twarz wykrzywiła się w nieporadnym uśmiechu.
Proszę, powiedział.
Za nim poszedł Desgranges – też wpierw śmiałym krokiem,
naśladując poprzednika, ale już w połowie drogi skurczył
się, zaczął maleć i kiedy doszedł do ciastek, był nie większy
niż pięcioletni chłopczyk i musiał stanąć na palcach, żeby
dosięgnąć pudełka.
Ruszyli pozostali: nieogoleni, brudni, cuchnący, kulejący,
zgarbieni pod ciężarem rzeczywistości, którą rozświetlił nagle
słoneczny promień. Wauters, Maloudji, Tiomkin, Bessari,
Tranh, Pozner, Harkim, Bridel. Szli, wpatrując się w sufit,
zerkając na boki, patrząc pod nogi. Stawiali ostrożnie stopy,
żeby nie hałasować, ręce trzymali za sobą albo w kieszeniach.
Wielu, jak Desgranges, malało w oczach.
Potem odchodzili – każdy z błyszczącym czekoladową
tafelką ciastkiem położonym na dłoni. Nikt nie skosztował,
nie nadgryzł, nie polizał. Przedłużali magiczny moment i znikali
w boksach. Tam dopiero słodzili sobie ostatnią chwilę
przed snem.
Starczyło akurat dla wszystkich dziesięciu obecnych w jadalni.
Ale ktoś zauważył, ktoś podejrzał. O północy zastukał
nieśmiało do drzwi biura Monterano – wielki, czarny, awanturnik
jakich mało. Słuchaj, powiedział cichym, proszącym
głosem, chciałem się tylko spytać… no wiesz… może jeszcze…
nie ma już tych ciastek?
Jean Malheur
Jean miał czterdzieści pięć lat i nie chciał mieszkać u babci.
Spędzał u niej dwa albo trzy dni, a potem wymykał się na
ulicę. Kiedy było ciepło, sypiał na ławkach, chłodną lub deszczową
porą dzwonił pod sto piętnaście i prawie zawsze trafiał
na litościwą duszę, która znajdywała mu miejsce w przyzwoitym
schronisku. Jean Malheur (co za prezent od losu nazywać
się Nieszczęście!) miał gołębie serce i był jak dziecko:
wierzył we wszystko, co mu opowiadano.
Pojawił się u nas listopadową nocą: nieduży, krępy, o siwiejących
skroniach i wielkich, ciemnych oczach, w których
czaił się lęk. Nosił za duży, rozchodzący się na łokciach sweter
z włóczki i stare sztruksowe spodnie. Stanął w kącie, przy
kaloryferze, położył na nim zziębnięte dłonie i zapatrzył się
w telewizor, w którym leciał kolejny serial.
– Chcesz zjeść? – spytał go Ahmed pół godziny później.
– Oh oui, oh oui – powiedział Jean z wielkim entuzjazmem
i usiadł przy stole naprzeciwko Belahiego, w którym wzbierała
nienawiść do świata. Na kolację była surówka z selera,
krokiety z halibuta z ryżem i jogurt z cukrem. Jean jadł pospiesznie,
kawałki jedzenia wypadały mu z ust na stół. Popił
wodą, zakrztusił się i zakaszlał wprost na Belahiego.
– Uważaj – powiedział Belahi i twarz wykrzywił mu
grymas.
– Oui, monsieur.
Po kolacji przyszedł do biura.
– Chciałbym zadzwonić do babci. Może mi pan wystukać
numer?
– Babciu? To ja, Jean.
– …
– Nie uciekłem, babciu, musiałem wyjść.
– …
– Nie mogłem zostać.
– …
– Nie mogłem zostać.
– …
– Nie, babciu, u ciebie jest mi bardzo dobrze.
– …
– Bo musiałem wyjść.
– …
– Nie wiem, babciu, ale bardzo cię kocham.
– …
– Teraz nie mogę.
– …
– Obiecuję ci, że przyjdę.
– …
– Niedługo.
– …
– Zaraz go poproszę. Do widzenia, babciu, kocham cię.
Podał mi słuchawkę.
– Babcia chce z panem porozmawiać. To ja idę oglądać
film.
Wydanie I
Format: 125x195 mm
oprawa miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 152
Projekt okładki: Kamil Targosz
Seria wydawnicza: Linie Krajowe
Independent.pl jest patronem medialnym tej książki










