Autor: Ron Leshem
Tytuł: Twierdza Beaufort



Południowy Liban, izraelska baza wojskowa w twierdzy Beaufort, rok 1999. Oficer Erez Liberti zaczyna pisać listy do swojej dziewczyny. Listy, które nigdy nie zostaną wysłane. Opisuje swoją jakże niecodzienną codzienność, rytuały, które pozwalają w niej przetrwać, kolegów i wszechobecne napięcie. Jest patriotą, gorąco wierzy w sens służby i rwie się do walki z terrorystami. Jest też krewki i niesubordynowany:

Giną kolejni koledzy, a Erez zaczyna dostrzegać, że znalazł się w matni. Jest mu coraz trudniej wytrzymać w Beauforcie, a jednocześnie nie potrafi myśleć o niczym innym. Wreszcie nadchodzi rozkaz, który stawia pod znakiem zapytania sens jego dotychczasowego życia. Żołnierze muszą opuścić bazę i wysadzić ją w powietrze.

Film na podstawie książki "Twierdza Beaufort" to jeden z największych sukcesów izraelskiego kina ostatnich lat. Został nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię na festiwalu w Berlinie i nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Premiera DVD: 15 maja 2009

Opinie:

Wzruszający, sugestywny debiut o żołnierzach Sił Obronnych Izraela. Na długo pozostaje w pamięci.
Los Angeles Times

Twierdza Beaufort to kawał pięknej literatury, którą czyta się raczej jak autobiografię niż powieść. Leshem spędził setki godzin, rozmawiając z Izraelczykami stacjonującymi w Libanie. W efekcie napisał baśń, która wydaje się zupełną prawdą. Jest w niej wszystko, co powinna zawierać powieść historyczna – czytelnik dowiaduje się wielu rzeczy o wyjątkowych czasach i miejscach, a do tego ma wrażenie, że się tam znajduje.
Book Browse

Twierdza Beaufort jest przepełniona strachem – prawie czujesz, jak obok rozrywają się pociski.
Publishers Weekly

To naprawdę rzadkie, znaleźć książkę, która nie tylko odwołuje się do twojego sumienia i duszy, nie tylko porusza cię do głębi i doprowadza do łez, ale wciąż trzyma cię mocno, kiedy ją odkładasz. Twierdza Beaufort jest taką książką.
Maariv


literatura piękna
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
tytuł oryginalny: Im jesz gan eden
przekład: Agnieszka Kopycińska
gatunek: powieść
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 416
cena: 39,90 zł
nagrody: SAPIR 2006, Izrael



fragment


Kiedy dokładnie to się stało? Przysięgałem sobie, że nigdy nie zapomnę tej daty. I teraz nagle nie pamiętam. Ale wstyd. Myślę, że Ziw zginął w wigilię Dnia Zagłady. Na pięć dni przed wyjściem do cywila. Miał już bilet do Ameryki Południowej, dziewczynę, dopiero co kupił samochód, garbusa, jakieś dwa miesiące wcześniej, niezłe życie. To był jego ostatni wyjazd do Libanu, tak wszystkich zapewniał. Nazywał mnie czong, że niby kot, młode wojsko. A ja mu odpowiadałem: przymknij się, przymknij się wreszcie.

Kiedy Ziw przy kolacji usiadł naprzeciwko, wyciągnął rękę i powiedział: „Miło mi, Farran”, nawet nie odpowiedziałem. Czekałem, aż Dave z centrum dowodzenia skończy zbierać modlitewniki, i dopiero wtedy zacząłem jeść. Nasz wojskowy aron ha-kodesz, szafa na Torę, był zielony, żelazny, taki, co to odkształca się po kopnięciu. Spiętrzone latami warstwy farby zwiększały o kilka centymetrów jego wymiary, a małe metalowe nóżki pokrywała rdza. Nie był stabilny, chwiał się, równowagę utrzymywał dzięki karteczkom papieru, rozmiękczanym przez mopa w cyklach od dziesięciu do dwunastu zmywań. Stał zawsze w rogu stołówki, obok niego nieco niższa szafka na dodatkowe przybory, gdzie trzymano dziesiątki zszarganych i poplamionych modlitewników. W każdy piątek Dave rozkładał je na jasnoniebieskim laminowanym blacie drewnianego stołu. Zgodnie z naszymi kryteriami, stół był nowy i świąteczny, najczystszy w bazie. Nie można było przy nim jeść, nawet w święta, a już na pewno nie siadać, skakać, stać, grać w ping-ponga czy postawić go do góry nogami i ślizgać się po mokrej podłodze. Dave pilnował. Kiedy nadchodził szabat, stołówka przeobrażała się w synagogę. Jakichś mniej więcej trzydziestu żołnierzy śpiewało, mruczało pod nosem. Wszystko to w przyśpieszonym, zaimprowizowanym trybie, bo my, trzoda chlewna, czekaliśmy na zewnątrz na najbardziej królewski z posiłków, na myśl o którym przez cały tydzień ciekła ślinka. Nie zdarzało się nam wytrzymać do końca modlitwy. Traciliśmy cierpliwość dużo wcześniej, wdzierając się do pomieszczenia z krzykiem: „Ludzie są głodni, koniec z tym smęceniem”. A na stołach czekało na nas to, o czym dżobnik mógł tylko pomarzyć – steki, hamburgery, ryby, borekasy, deserki, pięciogwiazdkowe ciasta. Restauracja, jak Bozię kocham. Ale kiedy przyjechał Ziw, magazyny były puste. Lodówki Czilego też. Jedliśmy tylko dania bezmięsne, na małych talerzach. Ziemniaki ze śmietaną, domowej roboty matbuchę – sałatkę po marokańsku z gotowanych pomidorów oraz przyprawianą sałatkę pomidorową z cebulką i jajkami. I nasz słynny test – biały serek z doprawioną na ostro smażoną cebulą, specialité kompanii, rozstrzygający sprawdzian – kto nie przeżyje tej potrawy, nie dojrzał do leżenia w zasadzkach na Hezbollah; zadanie nie jest łatwe, czasami się zdarza, że nawet oficerowie na nim polegną. Mięsa jednak nie było. Kiedy wszyscy wdarliśmy się do środka, żeby przerwać modlitwę, szybko zaciągnąłem Oszriego na nasze stałe miejsca, próbując zapobiec temu, aby jakiś z gości blond cieniasów, którzy wieczorem wylądowali w bazie, przez pomyłkę nie wykazał się nieznajomością procedury i nie naruszył porządku siedzenia. Nie pomogło. Zanim do niebieskich plastikowych kubków zdążyliśmy nalać gorącej herbaty i dać sygnał kumplom z uzbrojenia, łączności, psiarni i administracji, żeby usadowili się dookoła, w całości obsadzając stół, podszedł Ziw i wbił się akurat naprzeciwko mnie. Piękniś wyglądał, jakby wylądował tu prosto z reklamy śmietankowego serka. Pięcioprocentowego z superdupą. Taki żołnierz telewizyjny, uzbrojony w najbardziej włoskie okulary słoneczne, jakie w życiu widziałeś. Z równą, dokładną opalenizną, którą można strzelić sobie tylko na solarze, w salonie Pniny Rosenblum. Prawdziwi żołnierze tak nie lśnią, i skąd nagle to szczęście wypisane na gębie? Dlaczego, co się stało? Dam sobie chuja uciąć, jeśli ten aszkenazyjczyk wie coś o rozbrajaniu ładunków.
– Śnię czy ten podjaraniec robi sobie włosy na żel w samym środku Beaufortu? – głośno zapytałem Oszriego.
– Niezła stylizacja – odpowiedział.
Ziw też się uśmiechnął – odkąd przyjechał na górę, nie przestawał się uśmiechać – a następnie zapytał, czy wieści, że razem wychodzimy na akcję, są prawdziwe. Na końcu języka miałem odpowiedź „nie potwierdzam”, ale wtedy pojawił się Amos, dowódca batalionu, zawiadamiając, że akurat „potwierdzam”. Jesteśmy razem, ja i Ziw, to rozkaz. Mam przykleić mu się do tyłka, tak postanowiono, zapoznać go z sektorem, umilić czas, poprowadzić wraz z drużyną w głąb terytorium, do celu. On jest dowódcą saperów, ja dowodzę oddziałem ubezpieczająco-eskortującym. Jasne? Obojętnie skinąłem głową.
Wszystko zaczęło się dwa tygodnie i dwa dni wcześniej, kiedy spory konwój z zaopatrzeniem powinien był wjechać w góry. Jeśli w zwykłe dni zadowalała nas runda ob-ob (obserwacja i obchód – okrążamy bazę pieszo w porannej mgle i szukamy odbiegających od normy śladów), to tego dnia, dnia konwoju, chcieliśmy upewnić się, że również trasy dojazdowe są czyste i nie ma na nich pułapek ani ładunków. Wyszedłem z drużyną, żeby przeprowadzić otwarcie drogi, zadanie najbardziej znienawidzone przez pokolenia żołnierzy Beaufortu. To powolny, wyczerpujący marsz, sześć kilometrów górskiej ścieżki wychodzącej z bazy, przecinającej zakręt J, przechodzącej przez wieś Arnun, wijącej się wiejskimi ścieżynami, przechodzącej obok bazy Dlaat, docierającej aż do pasa lądowania Para – opuszczonego pasa awaryjnego na trasie do Mancurji. Zgodnie z tradycją, każdemu otwarciu drogi nadawaliśmy żeńskie imię, tym razem zaszczyt przypadł Hodaji. Idziemy otworzyć Hodaję, zarządził Oszri i wrobił Bejlisa w poszukiwanie drutów. Poszukiwacz drutów idzie na czele, obok tropiciela, szuka wzrokiem rozciągniętego tuż nad ziemią drutu, który jeśli się na niego lekko nadepnie, uruchomi ładunek wyrzucający cię pod niebiosa, zanim jeszcze zdążysz zacząć Szma Israel, Słuchaj, Izraelu. Pozostali wloką się z tyłu, ubrani w kamizelki kuloodporne i kamizelki z ciężkim wkładem ceramicznym. Część tacha na plecach dziesiątki kilogramów sprzętu walki elektronicznej, z wystającymi w niebo ponad dziesięciometrowymi antenami. Oddychamy z wielkim trudem, ociekamy potem, staramy się dokonać precyzyjnego przeczesania terenu, które powinno być ciągiem bystrych spojrzeń, nastawionych na zlokalizowanie podejrzanych śladów, a bardzo szybko zmienia się w zmęczone, tępe gapienie i towarzyszące mu powłóczenie nogami. Mimo wszystko w tej procedurze jest pewna logika: podczas otwarcia drogi żołnierze idą w dużych odstępach, więc rakieta, seria czy ładunek zdołają trafić jednego, dwóch, pojedyncze osoby, oby jak najmniej. Lepiej wystawić na potencjalne zagrożenie taką pieszą kolumnę, niż narazić zwarty konwój ciężarówek pełnych żołnierzy. I podczas marszu masz jeszcze ze sobą tropicieli. W tamtych dniach wygodnie było wierzyć, że wraz z arabskim akcentem tropiciel otrzymuje jakąś nadprzyrodzoną zdolność namierzania min ukrytych wzdłuż drogi. Szliśmy za nimi ze spokojnym sercem, pełni podziwu, próbując zaprzeczyć nasuwającym się przypuszczeniom, że wszystko to, prawdę mówiąc, bzdety, bo ani sprawność, ani doświadczenie, ani geny udoskonalające się przez tysiące lat na tej ziemi, jak mawiał Mahomet, nie umożliwią człowiekowi, żadnemu człowiekowi, namierzenia czegokolwiek w terenie, po którym się poruszamy. W otaczającej nas dzikiej roślinności mógłby skryć się czołg, dokładnie między krzakami, a my byśmy go nie zauważyli. Sprawdzone. Okazuje się, że dowódcy doskonale o tym wiedzieli, bo przecież w dniach, kiedy na ich biurkach zbierały się wyjątkowo gorące i realne ostrzeżenia wywiadu, woleli nie polegać na naszym otwieraniu drogi. W takich wypadkach wzywali olbrzymie buldożery CAT D9, wielkie niczym trzypiętrowy szeroki budynek, prawdziwa twierdza na kółkach. Prowadzone przez członków APL-u, przeorywały ścieżki tam i z powrotem. Obok wybuchały pola minowe, a one wychodziły bez zadraśnięcia.
Tego ranka, gdy wyszliśmy otworzyć Hodaję, nie przypuszczaliśmy, jak krótka będzie to wyprawa. Z trudem uszliśmy ze czterysta metrów, minęliśmy zakręt J, weszliśmy na ścieżkę Wirlist, a tam, w odległości kilku kroków, dosłownie w ciągu sekund, nastąpił wybuch. Krzyknęliśmy: „Ładunek!”, wszyscy zamarli w miejscu, czekając na przegląd strat i przeprowadzenie procedury ewakuacji. To była najbardziej zabójcza mieszanka: unowocześniona mina przeciwpiechotna Claymore ze standardowym materiałem wybuchowym, zagęszczonym żelazem i gwoździami, uruchamiana za pośrednictwem czujnika na podczerwień wyłapującego ruch. Maskujące okrycie, coś w rodzaju sztucznej skały, dobrze ją zakrywało. Było tam wszystko, czego trzeba, aby spowodować masakrę wśród naszych ludzi. Ale durny szyita, który, co prawda, z godnym podziwu talentem zdołał pod nosem punktów obserwacyjnych ukradkiem wśliznąć się na naszą zamkniętą drogę wojskową, zrobił dwa żenujące błędy: położył odwrotnie korpus miny, górą do dołu, i podłączając mechanizm, zapomniał o jednym z najistotniejszych drutów. Wybuch był słaby, prawie nieodczuwalny, ot, taki tam fajerwerk. Żadnych płomieni, słupów ognia, ani jednego zadraśnięcia u żadnego z żołnierzy liniowych, ani jednego obtarcia. Ale mimo wszystko to pierwszy od roku i trzech miesięcy ładunek, który wybuchł przy siłach naszej kompanii, normalne, że zakręci to całą bazą. Naprawdę się tym przejęto, doba czy dwie opowieści o bohaterstwie i respekt, jak wobec królów, dla wszystkich zamieszanych. Autentyczny szacunek, myśleliśmy wtedy. Ale czy to możliwe, żeby terrorysta przeszedł taki kawał, wdrapał się prawie na szczyt góry i na koniec zadowolił się podłożeniem tylko jednego claymore’a? I już? To wszystko? Nie zostawił po sobie pola minowego, które miałoby, na przykład, poranić tych z sił ewakuacyjnych? Nie zastawił pułapek, nadal czyhających na nas wzdłuż drogi? Jakie istnieje prawdopodobieństwo? Małe. To wiadomo z doświadczenia. Dlatego jeszcze tego samego ranka, natychmiast po zdarzeniu, zadecydowano o całkowitym zamknięciu odcinka dla ruchu pieszego i pojazdów – nie ma wyjazdów, przyjazdów, poczty, paczek z łakociami, zaopatrzenia, APL-owców docierających do bazy, aby naprawić zniszczenia, jakie co noc zostawiają uderzenia fioletowego deszczu. Dopóki nie zostanie wyjaśnione z całą pewnością, czy podłożono dodatkowe ładunki, jesteśmy odcięci.
Dni się wlokły, magazyny pustoszały. Skończyło się mięso, kotlety i kabanosy też, mała lodówka w kantynie została całkowicie opróżniona. Czekaliśmy na buldożer D9, żeby zrył drogę i przyjął na siebie wybuchy, ale dowództwo miało bardziej twórczy pomysł. W piątek przed zachodem słońca na lądowisku na tyłach bazy usiadł śmigłowiec Anafa Bell 212. Prosto w burzę piaskową wyskoczył z niego Amos. Za nim wypadło trzech wypucowanych i wyperfumowanych żołnierzy z oddziału saperów, specjalizacja – rozbrajanie bomb. Staliśmy z Oszrim naprzeciwko, jakieś dziesięć metrów od ogrodzenia bazy. Lustrowaliśmy nowych gości i po raz pierwszy zobaczyliśmy Ziwa. No, kolejni szpanerzy w bazie, powiedziałem, naprawdę brakuje nam tutaj kilku. Później poszliśmy na kolację szabatową i Ziw wyciągnął do mnie rękę: „Bardzo mi miło, Farran”, z przymrużonymi, rozpromienionymi oczami. Jasne włosy, grube czerwone wargi. Nawet nie odpowiedziałem. Poprzestałem na wiotkim, pośpiesznym uścisku dłoni, który uzmysławiał, jak bardzo nie mam cierpliwości być towarzyski. Potem spuściłem wzrok. Podszedł Amos, żeby nas zeswatać. Wychodzimy razem na akcję, dowodzą nią dwie osoby, Ziw i ja. Zdaje się, że nawet wtedy naprawdę nie pojmowałem logiki stojącej za jej przeprowadzeniem. „Procedura admiralska”, tak to nazywano. Wprowadzić drużynę, pieszo, do leja po wybuchu, powstałego na drodze Wirlist, aby go zbadać (co to w ogóle znaczy zbadać lej?) i przeczesać teren dookoła w celu namierzenia i zneutralizowania dodatkowych ładunków – wszystko to brzmiało nazbyt niebezpiecznie. Dziwne. Co stało się z buldożerami? Toż to dla nich klasyczne zadanie. Ale masz, w Dowództwie Północy zdecydowano i brzmiało to nawet jak okazja do action, zdaje się, że to ważne, zbadać lej, mechanizm, zebrać informacje dla wywiadu, przyjechała do nas ekipka jakby wycięta z amerykańskiego filmu, z czarnymi, błyszczącymi torbami na spadochrony, udoskonalonymi kamizelkami kuloodpornymi, wyposażeniem elektronicznym, segregatorami i zaczesaną do góry grzywką. Ci faceci wyróżniają się na tle przykurzonego ludzkiego krajobrazu, nie pozostawiając wątpliwości, że nic ich z nami i z brygadą nie łączy. I oto przydzielono nas do jednej grupy. Skinąłem głową.
Miałem świetny wykręt dla mojego długiego milczenia, które później nastąpiło. Szpicer i Zitlaui zapanowali nad ciszą za pomocą dwóch starych gitar z pozrywanymi strunami, podarowanych klubowi Beaufort przez jakiś kibuc w połowie lat osiemdziesiątych i przekazywanych z pokolenia na pokolenie, zanim do nas dotarły. Szpicer grał, a Zitlaui wybijał rytm, bębniąc w obudowę, wszyscy dali się porwać piosence Kwiaty w lufie, dziewczyny na wieżyczce czołgu. Imponującą precyzję zachowano zwłaszcza w ostatnich zwrotkach, w każdej sylabie o ostatniej bitwie, co to zakończy się na polu walki, opadających liściach, złocistych kwiatach i różnych innych słowach, jakich, jeszcze chwilę temu mógłbym przysiąc, Zitlaui nigdy nie słyszał. Słońce nad Gazą i Rafjah z refrenu wydawało się najodpowiedniejszą rzeczą, w chwili gdy wszyscy wybijali na stołach rytm. Myślę, że Amos był zadowolony z entuzjazmu i zgrania żołnierzy. Niczym Mosze Dajan podczas parady wojskowej obserwował ich zza stołu honorowego. Szeptał z Furmanem, cały szczęśliwy. Ziw przełknął kromkę chleba z białym serkiem i zabójczą smażoną cebulką i przeżył to jak duży chłopak. Nawet się nie skrzywił. Zaskoczony, dałem znak Oszriemu. Czili wszedł z pucharkami musu czekoladowego (po jednym na parę). Mieliśmy fajoski szabatowy wieczór.
Gdy dobiegł końca, czekała mnie rozmowa w trzy pary oczu w pokoju Furmana. Zanim jeszcze zamknąłem za sobą drzwi, Amos już nacisnął spust.
– Niczego się nie uczysz, co? – zaatakował i zamilkł.
Czekał, aż zareaguję. Naprawdę mnie zaskoczył. Co? Co zrobiłem? Nieskończona ilość strzępów myśli przemknęła mi przez głowę, aż załapałem. Noc wyrzutni rakietowych, kłótnia na jej zakończenie, o to chodzi. Byłem w szoku. Nie mogłem uwierzyć, że starszy oficer, taki jak Amos, wpadnie w dziecinną pułapkę zastawioną przez płaczliwego dowódcę kompanii, i teraz ma zamiar przeprowadzić niesmaczną rozmowę na temat godności osobistej tegoż dowódcy, godności, którą zdaje się utracił, kiedy krzyczałem to, co krzyczałem po zasadzce. Czy to logiczne, żebyśmy wałkowali tę bzdurę, zamiast rozmawiać o konkretach, to znaczy kogo należy ukrzyżować za poważne niedociągnięcia etyczne i operacyjne, za ewakuację, do której nie doszło, jak siedzieliśmy pod ostrzałem? Od kiedy Cahal przestał uważać ewakuację rannych za najwyższą wartość? Opuszczono nas. Ale Amos uparł się powiedzieć swoje, to znaczy Furmana. Zatopił się w pokrytym czarnym, skóropodobnym plastikiem, podartym fotelu dowódcy kompanii. Furman, skulony, siedział na małym drewnianym krześle po drugiej stronie stołu. Szybko złapałem sobie miejsce i usiadłem. Przysunąłem się jak najbliżej Amosa. To nie sąd polowy. Tak, to prawda, przyznałem, szczerze, to prawda, odbiło mi i tyle, dlatego przy wszystkich krzyczałem, ale miałem dobry powód, bo jak, do diabła, mogę narażać na niebezpieczeństwo życie żołnierzy na terytorium wroga? Oni od tamtej nocy żyją w poczuciu, że nie stoi za nimi wsparcie. Przysięgam, sami mi mówią, że za naszymi plecami nie ma nikogo, na kim by można polegać. Myślę, że brzmiałem agresywnie.
– Właśnie o tym mówię – wyskoczył Furman – dokładnie o tym. Tak nie można dowodzić bazą.
Prawie się na niego rzuciłem, ale zniecierpliwiony i dość znudzony Amos nam przerwał. Nie miał najmniejszego zamiaru wchodzić w szczegóły, bo na horyzoncie słychać było, że okazja, która podrzuci go do domu, krąży, przygotowując się do lądowania.
– Jeszcze jedno takie wystąpienie, Erez, i wracasz do pierdla. Tym razem na długo – wycedził niskim głosem, prawie szepcząc.
Wstał, zabrał broń i wyniósł się. Zagryzłem wargi i też wyszedłem, ani słowem nie komentując tej rozmowy, najważniejsze to nie zostać w cztery oczy z Furmanem. Z jakiegoś powodu, akurat w tej kłopotliwej i poniżającej sytuacji, czułem coś w rodzaju ulgi. Tak brzmi nagana? Bardziej jak próba przebaczenia to brzmiało, wywiązanie się z obowiązku. Udobruchać Furmana czymś niewielkim, ale także delikatnie zasygnalizować, że na poziomie etycznym, osobistym, Amos jest w stanie zrozumieć, co mnie boli. Mój dowódca kompanii natomiast nie chce mnie w bazie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Dla niego lepiej, żebym został zdymisjonowany. Co pozwala mi zostać na górze, to tylko, zdaje się, fakt, że brygada nie ma możliwości zapewnienia oficera na zmianę. Dowódca batalionu być może we mnie wierzy. Może rozumie, że jeszcze nad paroma rzeczami muszę popracować, głównie nad impulsywnością, ale jednocześnie jestem dobrym zawodnikiem, pełnym najlepszych chęci, dobrym żołnierzem frontowym, z którego wyrośnie dobry dowódca. Lepszy od Furmana, tego byłem pewien.
O dwudziestej drugiej z minutami wskoczyłem pod prysznic. Większość oficerów wolała całkowicie zrezygnować z tej przyjemności – czasami nie kąpali się i ze cztery tygodnie, grunt to nie zostać przyłapanym z opuszczonymi spodniami, jak zacznie się atak na bazę. Starałem się kąpać raz na dwa i pół tygodnia. W tę sobotę spróbowałem szczęścia, bo naprawdę było spokojnie. Spokój u nas ma specjalny zapach, trudno to wyjaśnić, kiedy pojawia się w libańskim powietrzu, cały się wyciszasz, chwilowo obniżając poziom gotowości. Pojawił się tej nocy i poszedłem zmyć z siebie kurz, odliczając dokładnie minutę pod strumieniem (zbiorniki na wodę mają ograniczoną pojemność, swój limit, nie wolno dać się ponieść). Ta krótka chwila warta jest wszystkiego. Na początku materiał duszący twoje ciało zostaje na parę minut zdjęty, lepkie koszule spadają. I co najważniejsze, skarpetki. Powiew zimy pieści twoje ciało, to orgazm, umierasz ze szczęścia, nawet jeśli przemarzłeś na kość. Bose stopy po dotknięciu ziemi zmieniają się w kostki lodu. Przeciągasz każdy ruch kilka minut ekstra, bo najważniejsze to skraść jeszcze chwilę na golasa. Trzęsiesz się. Cały odurzony jesteś zimnem, a za chwilę odurzy cię gorąco. Wchodzisz pod niemal wrzącą wodę (z nadzieją, że nie będzie usterek), przepona wypełnia się parą. Ja cię kręcę, ale rozkosz.
Ale wtedy pojawił się Ziw. Wpadł jak szalony, rozebrał się i szybko wskoczył pod prysznic. Problem polega na tym, że podczas tych krótkich momentów, gdy moje zmysły upajają się wodą, muszę mieć dookoła bezwzględną ciszę. To część procedury. Nie rozmawia się ze mną. Do tego przywykłem i niech wszyscy spierdalają. To moje schronienie, jedyna prywatna twierdza. Zamykam oczy i o niczym nie myślę. Pustka. Żeby mi tu tylko nie pierdolił, pomyślałem, niech zachowa swoją energię na wieczorek towarzyski w łodziach podwodnych, głośną kolację, obojętne na co, grunt to nie teraz.
– Ostrzegli mnie, żebym z tobą nie zaczynał – powiedział.
– Walla, co ty powiesz – odparłem zrozpaczony.
– Różne historie chodzą, stary, sam wiesz.
– No, co te twoje koleżanki o mnie opowiadają? – zapytałem lekceważąco.
Wtedy, bez wahania, Ziw wyciągnął epizod z bandą w Abu Dżabaj.
– Dowódca pięć razy krzyczał przez radio: Erez, nie ma pozwolenia, ale ty się uparłeś. Wsadzili cię za to do paki, nie, chłopie? Jestem na bieżąco – tak powiedział, bez żadnego wstydu.
– „Na każdy temat” mi tu urządzasz – odszczeknąłem.

Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data premiery: 2009-05-20